W kwietniu minie druga rocznica wybuchu największej afery na polskim rynku kapitałowym, której głównym bohaterem jest GetBack. Ponad pięćdziesiąt osób usłyszało w tej sprawie zarzuty, śledczy zabezpieczyli wart setki milionów złotych majątek. Poszkodowanych jest co najmniej kilkanaście tysięcy; osoby te kupiły akcje oraz obligacje windykatora lub zainwestowały w certyfikaty współpracujących z nim TFI. Nikt jeszcze nie ma aktu oskarżenia w tej sprawie. Z ustaleń DGP wynika, że prokuratorzy wydłużyli postępowanie do 24 października br. Ostatni z wątków, w którym zlecali agentom CBA zatrzymania, dotyczy umowy, jaką GetBack zawarł z Trigon TFI (obecnie Lartiq TFI).

Umowa – zdaniem obecnych władz windykatora i prokuratorów – doprowadziła do wyrządzenia GetBackowi szkody na kwotę ponad 49 mln zł. Obok transakcji zakupu konkurencyjnej spółki EGB Investments od funduszy zarządzanych przez Altus TFI za ponad 207 mln zł (GetBack miał przepłacić 160 mln zł) to największa strata, jaką poniósł w jednej transakcji.

Pod koniec listopada 2019 r. zarzuty w wątku Trigona usłyszały trzy osoby. To były wiceprezes Trigona Paweł B., prokurent i dyrektor prawny Grzegorz N. oraz członek zarządu GetBacku Mariusz B. Wszystko wskazuje, że zarzuty w tej sprawie dostali też inni, byli członkowie zarządu. Trudno jednak ustalić szczegóły, bo Prokuratura Regionalna w Warszawie odmawia komentarza. CBA też nabrało wody w usta. – Trwa śledztwo, więcej informacji będziemy mogli udzielić dopiero po jego zakończeniu – odpisał nam rzecznik Biura Temistokles Brodowski.

Listy żelazne

Powściągliwość prokuratury i służb może wynikać z faktu, że – jak udało nam się ustalić – dwóch byłych menedżerów Trigona wymknęło się z kraju, a mieli zostać zatrzymani razem z trójką, która już usłyszała zarzuty.

– Jeden z nich, były dyrektor w TFI, Jakub A. przebywa obecnie w Malezji. Drugi, czyli były prezes TFI Marek J., prawdopodobnie na Dominikanie – mówi nasze źródło zbliżone do prokuratury.

Zaznacza, że A. miał nawet zaplanowany wylot z Singapuru do Warszawy kilka dni po tym, jak doszło do zatrzymań innych podejrzanych. Ale nie było go na pokładzie samolotu. Za podejrzanymi zarządzono krajowe poszukiwania. Śledczy chcieli też, aby sąd zastosował wobec nich tymczasowe aresztowanie od momentu zatrzymania. W przypadku A. to się nie uda, bo podejrzany dostał już od sądu list żelazny i do czasu wydania prawomocnego wyroku pozostanie na wolności.

Z informacji, jakie uzyskaliśmy od jego pełnomocnika, wynika, że ma wrócić do kraju na początku lutego i stawić się w prokuraturze. O list żelazny ubiega się także były prezes Trigona. Nie udało nam się skontaktować z jego pełnomocnikiem, aby ustalić, czy już go otrzymał.

Umowa bez pokrycia

Wątek umowy, przez którą GetBack stracił ponad 49 mln zł, był już przedmiotem zawiadomienia do prokuratury, które złożyły nowe władze windykatora w połowie 2018 r. W odpowiedzi dostały od Trigona pozew. TFI chciało, aby sąd ustalił, że z umową było wszystko w porządku. Na to pozwem odpowiedział znów GetBack, który chce, aby TFI zwróciło mu całą kwotę. Nie ma jeszcze rozstrzygnięcia w tych sprawach.

Zarówno stare władze Trigona, jak i nowe po zmianie nazwy na Lartiq wskazywały, że umowa została zawarta w ważny i transparentny sposób oraz miała rynkowy charakter. GetBack miał zapłacić za obsługę portfeli inwestycyjnych. To standard w branży, bo windykator, kupując niespłacane długi od banków czy firm telekomunikacyjnych, robi to za pośrednictwem funduszy, którymi zarządzają TFI. TFI sprzedają też certyfikaty tych funduszy, a za pozyskane środki windykator może kupować kolejne portfele wierzytelności.

Prokuratura nie dała wiary, że umowa Trigon-GetBack miała charakter biznesowy. W przeciwieństwie do poprzednich zatrzymań i zarzutów, tym wątkiem afery GetBacku śledczy się nie chwalą.

Polacy szturmują urzędy paszportowe. Chcą zdążyć przed brexitem >>>>

– Widać, że przez długi czas nie był on priorytetem. Od złożenia zawiadomienia do zatrzymania i postawienia zarzutów trzem osobom minął ponad rok. W tym czasie dwóch ważnych menedżerów z Trigona opuściło kraj – twierdzi nasz informator.

Z naszych ustaleń wynika, że agenci CBA, którzy mieli ich zatrzymać, dokonali jedynie przeszukania w mieszkaniach.

Podejrzenia, że umowa może być przekrętem, śledczy opierają na wyjaśnieniach, które złożył główny podejrzany w aferze, były prezes GetBacku Konrad K. Przebywa w areszcie od czerwca 2018 r. i składa obszerne wyjaśnienia. Z jego słów wynika, że transakcja od początku była ustawką. Strony umowy zaś zdecydowały się ją zawrzeć, bo miała być nieformalnym wynagrodzeniem za to, że fundusze zarządzane przez Trigona obejmą część akcji przy debiucie windykatora na GPW.

Kasa na debiut

W ramach gratyfikacji GetBack miał nie tylko przelać 49,2 mln zł, do których zobowiązywała go umowa, lecz także kupić od funduszy inwestycyjnych, którymi zarządzało TFI, spółkę Kancelaria Medius. To mała firma windykacyjna. Do jej przejęcia ostatecznie nie doszło, bo strony nie porozumiały się co do ceny za akcje. GetBack miał zapłacić od 150 do 180 mln zł.

Materiał dowodowy zawiera także wiele e-maili, które wymieniali między sobą członkowie zarządu i dyrektorzy Trigona. Zdaniem prokuratury potwierdzają one, że TFI nigdy nie zamierzało wywiązać się z umowy i świadoma była tego również druga strona, czyli władze windykatora. Dodatkowo śledczy nie znaleźli dowodów, aby TFI podjęło jakiekolwiek działania zmierzające do tego, aby zrealizować zobowiązania wobec windykatora.

– Z korespondencji wynika także, że strony transakcji zdawały sobie sprawę z jej nielegalnego charakteru i starały się ukryć wzajemne powiązania kontraktów dotyczących nabycia akcji Kancelarii Medius, partycypacji w debiucie giełdowym oraz umowy – twierdzi nasze źródło. Śledczy ustalili, że fundusze Trigona miały kupić akcje GetBacku o wartości nie niższej niż 100 mln zł.

Kiedy ciężko związać koniec z końcem. Oto dane o zaległościach ze spłatą rachunków w UE >>>>

Co ciekawe Konrad K. powiedział śledczym, że część z kwoty ponad 49 mln zł miała wrócić do ludzi z ówczesnego zarządu GetBacku. W sumie on, inny podejrzany Paweł T. i Mariusz B., który usłyszał zarzuty w tym wątku, mieli otrzymać za jej podpisanie 10 mln zł. Dwaj pierwsi po 4 mln zł, a B. 2 mln zł. Kwota nie została wypłacona, a były prezes GetBacku chciał ją wyegzekwować przy pomocy swojego doradcy Pawła B. Ten był jego człowiekiem do zadań specjalnych. Firma B. miała z windykatorem umowę o świadczenie usług „w zakresie bezpieczeństwa w biznesie”. Zdaniem śledczych za usługi zapłacono 7,3 mln zł, chociaż były one fikcyjne. 

Państwo zawiodło w sprawie GetBacku

Afera GetBacku wybuchła w kwietniu 2018 r. Spółka przestała obsługiwać swoje obligacje. Nim sprawa wyszła na jaw, próbowała przekonać inwestorów, że prowadzi rozmowy na temat pozyskania finansowania z PKO BP i PFR. Informacje zostały zdementowane, akcje GetBacku zawieszone, wkroczyli prokuratorzy. Poszkodowanych jest ponad 9 tys. obligatariuszy, stracili przeszło 2,5 mld zł i mogą liczyć na odzyskanie 25 proc. pieniędzy. NIK skontrolowała, co m.in. KNF, GPW czy UOKiK zrobiły, aby do afery nie doszło. Raport Izby, którego ustalenia publikowaliśmy już w DGP, jest dla państwowych instytucji druzgocący. Szczególnie dla KNF, która – według NIK – przez pięć lat działalności spółki nie skontrolowałą jej. Nie zidentyfikowała sygnałów wskazujących na nieprawidłowości na podstawie informacji udostępnianych przez GetBack, jej audytorów i podmioty z nią współpracujące. Dziś wiadomo, że ze spółki wyprowadzano pieniądze, fałszowano sprawozdania finansowe, oszukiwano inwestorów. W proceder ten zamieszane były też inne instytucje finansowe, które KNF nadzoruje.