Zmiany w coraz mniej efektywnym systemie społeczno-gospodarczym, który nie może wyjść z ostatniego załamania, są niezbędne. Bezprecedensowe działania banków centralnych, które łamiąc dotychczasowe tabu ekonomiczne, rozpoczęły politykę luzowania ilościowego, czyli de facto dodruk pieniądza, i zalały rynki ekstremalnie tanim lub nawet darmowym pieniądzem, nie przynoszą oczekiwanych efektów. Korzyści odnoszą głównie rynki finansowe, w tym instytucje, którym dostarczono paliwa do spekulacji i windowania wycen różnych aktywów. A realna gospodarka korzysta z tych operacji w sposób nadzwyczaj umiarkowany.
Przyczyną tego stanu rzeczy było skierowanie pomocy finansowej nie tam, gdzie trzeba. Prawda, początkowo uchroniła ona system bankowy przed katastrofą. Tyle że ostatecznie nie została zaadresowana do konsumentów, a więc nie spowodowała wzrostu spożycia społeczeństw. Cóż z tego, że firmy teoretycznie mają dostęp do taniego kredytu, skoro w środowisku nadprodukcji i słabej konkurencyjności gospodarek nie są w stanie znaleźć popytu na dodatkowe produkty i usługi, które mogłyby powstać w efekcie nowych inwestycji finansowanych tym kredytem.
Tani pieniądz wywołuje również negatywny efekt finansowania nieefektywnych projektów gospodarczych, które w warunkach standardowej polityki monetarnej byłyby nierentowne. To o tyle groźne, że po okresie taniego pieniądza, choćby trwał on relatywnie długo, nastąpi zwrot i jego koszt wzrośnie, co dla takich projektów będzie zabójcze. Zaniknie możliwość spłaty zadłużenia, pojawią się za to problemy kredytobiorców oraz kredytodawców. Co prawda skala tego problemu jest ograniczona niechęcią banków do nadmiernego rozszerzania akcji kredytowej oraz niewielką skłonnością firm do zaciągania długu w tak niepewnym otoczeniu makroekonomicznym.
Reklama
W takich warunkach pojawiają się – i są coraz częściej rozważane na poważnie w tzw. mainstreamie myśli ekonomicznej – jeszcze śmielsze pomysły na rozruszanie gospodarki. Jednym z nich jest wprowadzenie stałego dochodu gwarantowanego dla obywateli lub w mniej radykalnej formie realizacja krótkoterminowych akcji – tzw. helicopter money, pieniędzy z helikoptera – w ramach których obywatele otrzymują bezpośrednie wsparcie gotówkowe od państwa. W teorii ma to spowodować znaczący skok popytu na produkty i usługi w gospodarce. Prowadzi nas to w ślepą uliczkę.
D o tej pory koncepcje dochodu gwarantowanego były rozważane w kontekście bardziej odległej przyszłości, kiedy postęp technologiczny, w tym rozwój robotyki i sztucznej inteligencji, spowoduje zmianę struktury rynku pracy i zastąpienie pracowników przez maszyny. Chociaż tego typu pomysły są coraz częściej bliskie realizacji (w Szwajcarii odbyło się nawet referendum, w którym obywatele odrzucili pomysł wprowadzenia dochodu gwarantowanego) lub już są testowane (w Finlandii programem testowym objęto grupę obywateli, a wyniki mają dać odpowiedź, czy jest to rozwiązanie skuteczne i pożądane społecznie oraz ekonomicznie).

Reklama
W rzeczywistości rozwiązania podobne w założeniu do dochodu gwarantowanego są znane od lat i funkcjonują np. w niektórych krajach Bliskiego Wschodu. Zasobne w ropę naftową i gaz ziemny kraje fundują swoim obywatelom nie tylko zerowe stawki podatku dochodowego, ale również różnego rodzaju stypendia. Inne prowadzą politykę, w ramach której ich obywatele muszą być zatrudniani choćby na de facto fikcyjnych wysokich stanowiskach w firmach prowadzących działalność w danym kraju. Na tym przykładzie widać, jak destrukcyjny wpływ na zachowania społeczne mają tego typu darmowe świadczenia, które nie są uzależnione od jakiegokolwiek wysiłku ze strony beneficjentów. Nie jest przypadkiem, że pomimo ogromnego bogactwa kraje tego typu nie są w stanie zdywersyfikować gospodarek, a ich społeczeństwa nie mogą pochwalić się innowacyjnymi firmami lub naukowymi dokonaniami.
Przykładem niech będą Zjednoczone Emiraty Arabskie, które kilka lat temu kupiły we Francji nowoczesne fregaty, ale nie były w stanie samodzielnie skompletować kompetentnych załóg i zdecydowały o rekrutacji wśród specjalistów z Europy. Dowody na negatywny wpływ darmowego dopływu gotówki dla państw i grup społecznych można znaleźć nie tylko w czasach współczesnych, ale i dawniejszych. Doskonałym przykładem zmarnowania ogromnego, łatwo zdobytego bogactwa może być Hiszpania. W XVI wieku była ona morską i gospodarczą potęgą, a z jej kolonii szerokim strumieniem płynęły cenne surowce, w tym przede wszystkim złoto. Rozleniwienie łatwym bogactwem i brak rozwoju własnej wytwórczości (skoro mamy ogromne zasoby złota, to zamiast trudzić się, lepiej kupować potrzebne towary od innych) spowodowało, że po dwóch stuleciach Hiszpania spadła do drugiej ligi, a jej miejsce zajęła Wielka Brytania, której model gospodarczy opierał się na innowacyjności wspartej pracą i ekspansją kolonialną.
W skali mikro przykładem rozkładu aktywności i wzrostu patologii w grupach społecznych objętych dotacjami finansowymi bez jakichkolwiek warunków są imigranci z biednych krajów. Po przyjeździe do bogatych państw UE wielu z nich korzysta z bezwarunkowej pomocy socjalnej, która jak na ich dość skromne oczekiwania zapewnia im godny byt. To wywołuje brak skłonności do kształcenia się, poprawiania pozycji na rynku pracy oraz w ogóle podejmowania pracy. Tworzą się getta, w których kwitną patologia i przestępczość. Naukowo udowodniono, że jeśli człowiek nie ma określonego zajęcia, celu i dyscypliny, to bardzo szybko ulega degradacji społecznej.
Wszystko to dyskwalifikuje pomysł dochodu gwarantowanego jako właściwego elementu polityki społeczno-gospodarczej. Stan finansów publicznych krajów europejskich również nie pozwala na wprowadzenie tego typu rozwiązania. Zakładając, że każdy dorosły obywatel byłby uprawnionym beneficjentem, dopiero wówczas zobaczylibyśmy prawdziwe migracje ludów do Unii Europejskiej.