NBP zarobił przede wszystkim na tym, że pod koniec ubiegłego roku złoty wyraźnie stracił na wartości. Spadek kursu był znaczący, ale czy na tyle duży, by pozwolić na to, by zarobek banku centralnego sięgnął 8,6 mld zł?

Nawet osoby z dużą wiedzą o finansach nie są w stanie potwierdzić wyliczeń zysku NBP, ani im zaprzeczyć. Wiedzę o rachunkowości banku centralnego w naszym kraju ma bardzo niewiele osób – i prawie wszystkie pracują w NBP lub w firmie audytorskiej, która bada księgi banku. O tym, czy faktycznie jest się czego czepiać, najwięcej mówi zachowanie członków Rady Polityki Pieniężnej.

Dwa lata temu, gdy część RPP mówiła, że zysk mógł być nawet dwa razy wyższy, niż deklarował ówczesny szef NBP, kontrowersje były ogromne. Tym razem żadnych głosów odrębnych nie słyszeliśmy. To uspokaja.

Mamy więc bank centralny, który nie musi dokonywać cudów rachunkowych, nie musi na gwałt obniżać czy podnosić stóp procentowych, nie musi ratować banków, a budżet wprawdzie wspomaga, ale zgodnie z regułami gry. Zestawmy to z tym, co robi jeszcze niedawno wzorcowy dla nas Europejski Bank Centralny, rzucający na rynek biliony euro zabezpieczone w części mało wartościowymi papierami rządów pogrążonych w kryzysie państw Eurolandu. Wniosek? U nas jest normalnie.

Całe to zadowolenie burzy tylko jedna rzecz: szanse na to, by w tym roku NBP powtórzył wynik z 2011 r., są żadne. Ministerstwo Finansów będzie musiało starać się o ograniczenie deficytu i potrzeb pożyczkowych własnymi sposobami.