Dyskusję otworzyło fundamentalne pytanie o to, jak w ogóle rozumieć polskość firmy w czasach zglobalizowanego kapitału. Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich, zauważył, że dzisiaj kapitał nie ma jednoznacznego przypisania narodowego. Jego zdaniem próba stworzenia sztywnej definicji local content jest ryzykowna, gdyż zawsze ktoś poczuje się pokrzywdzony. Podkreślił, że rozmowę o wzmacnianiu rodzimej gospodarki zaczynamy zbyt późno – o dwie dekady – ale jest to krok niezbędny. Zamiast się bawić w akademickie definicje i wzory, postulował skupienie się na tym, jak stworzyć warunki, by polskie firmy mogły realnie konkurować z zagranicznymi gigantami, zapewniając sobie rozwój, a nie tylko przetrwanie.
Najpierw trzeba ustalić cel
Profesor Paweł Nowicki z Katedry Prawa Międzynarodowego i Europejskiego UMK w Toruniu, członek Rady Zamówień Publicznych, zgodził się, że samo zdefiniowanie pojęcia może być zadaniem łatwym biurokratycznie, ale trudnym, jeśli chodzi o skutki. Ostrzegł, że gdy local content sprowadzimy wyłącznie do sprawozdawczości, czyli odhaczania procentowego udziału polskich podzespołów, nie przyniesie to żadnego impulsu rozwojowego. Przypomniał słowa prof. Chrisa Bovisa, światowej legendy zamówień publicznych, który stwierdził, że Polska przegapiła moment transformacji na budowę własnych czempionów, oddając pole kapitałowi zagranicznemu. Dodał, że kluczowe jest ustalenie, co chcemy osiągnąć: czy chodzi tylko o statystykę, czy o realny wpływ polskich podmiotów na gospodarkę przy największych inwestycjach strategicznych.
Wątek ten rozwinął Janusz Władyczak, prezes KUKE, który wskazał, że definicja jest rzeczą wtórną wobec celu. Zauważył, że na świecie wąskie rozumienie local content coraz częściej jest zastępowane szerszym podejściem, w którym kluczowe staje się nie tyle umiejscowienie produkcji, ile to, gdzie firma płaci podatki i gdzie generuje wartość dodaną. Przywołał pojęcie interesu narodowego, które w środowisku finansowym zyskuje na popularności. Jego zdaniem, musimy wejść na wyższy poziom i zdefiniować, czy naszym interesem są nowe miejsca pracy, wzrost wpływów podatkowych, czy np. budowa bazy firm zdolnych do ekspansji zagranicznej oraz przyciąganie wiedzy i technologii. Dopiero znając cel, można dobrać odpowiednie instrumenty, które, jak zapewnił, są już dostępne w systemie wsparcia eksportu i finansów.
Ważne kwestie prawne
Znaczącą część debaty poświęcono barierom prawnym i mentalnym, które blokują udział rodzimych firm w dużych przetargach. Mariusz Filipek, zastępca rzecznika małych i średnich przedsiębiorców, zwrócił uwagę na konieczność pogodzenia wsparcia dla krajowych podmiotów z unijnymi zasadami konkurencyjności. Zaznaczył, że zdefiniowanie local content jest proste, ale o wiele ważniejsze jest stworzenie takich warunków przetargowych, które w sposób naturalny, a nie dyskryminujący, będą premiować lokalnych dostawców. Jako przykład podał wymóg krótkiego czasu reakcji serwisu, w pełni legalny w świetle prawa UE, a jednocześnie faworyzujący firmy z zapleczem na miejscu, a nie w odległych krajach. Podkreślał, że polska gospodarka stoi sektorem MSP i to o te firmy należy zadbać, tworząc im ułatwienia, np. podatkowe, które zwiększą ich konkurencyjność na starcie.
Tu jednak pojawia się problem praktyki stosowania prawa. Marek Kowalski bezlitośnie punktował polską rzeczywistość zamówień publicznych, w której mimo możliwości stosowania kryteriów jakościowych wciąż króluje dyktat najniższej ceny. Przewodniczący FPP stwierdził, że urzędnicy boją się podejmować decyzje oparte na innych przesłankach niż cena, w obawie przed kontrolami i oskarżeniami o niegospodarność. Jego zdaniem prawo powinno być napisane tak, by chronić urzędnika podejmującego racjonalną, gospodarczą decyzję, a nie paraliżować go strachem. Wskazał, że dopóki ten nie będzie miał poczucia bezpieczeństwa, żadne definicje local content nie zadziałają, bo zawsze wygra oferta najtańsza, często dumpingowa.
Planowanie w długim horyzoncie
Piotr Szelenbaum, partner zarządzający w kancelarii FieldFisher, zaproponował zmianę odejście od pojęcia local content na rzecz local capacity. Wytłumaczył, że local content jest pojęciem mierzonym post factum i bywa zwodnicze, podczas gdy budowa local capacity to strategia długofalowa. Jego zdaniem celem powinna być konkurencyjność polskiej gospodarki, która pozwoli jej rywalizować w regionie. Podał przykład elektrowni jądrowej i zapytał dlaczego przy okazji budowy polskiego atomu nasze firmy nie miałyby się nauczyć technologii, by potem budować reaktory w Rumunii czy na Bałkanach? Podkreślił też, że należy pomyśleć o zmianach w kodeksie spółek handlowych, aby zarządy strategicznych spółek miały obowiązek dbania nie tylko o interes akcjonariuszy, lecz także o szeroko pojęty interes gospodarczy kraju.
Uczestnicy debaty zgodnie wskazali, że największym grzechem polskiego systemu inwestycyjnego jest brak przewidywalności i sinusoida zamówień.
Janusz Władyczak opisał sytuację, w której po okresie posuchy, tak jak to miało miejsce w 2016 r., następuje kumulacja przetargów, co powoduje, że małe firmy nie są w stanie sprostać popytowi, a duże wchodzą na rynek mniejszych zleceń, niszcząc konkurencję ceną. Zaznaczył, że w sektorze zbrojeniowym czy infrastrukturalnym niezbędna jest perspektywa co najmniej 10-letnia. Jeśli firmy nie wiedzą, czy będą miały zbyt za dwa lata, nie zainwestują w rozwój. Przywołał przykład firm tureckich, które dzięki reinwestowaniu zysków w kraju i wsparciu państwa przez dyplomację ekonomiczną wyrosły na potęgi zdolne do ekspansji w Afryce i Azji. Polskie firmy, ograniczone wielkością oraz pochodzeniem kapitału właścicielskiego, rzadko wychodzą poza rodzimy rynek.
Urzędnicy boją się podejmować decyzje oparte na innych przesłankach niż cena, w obawie przed kontrolami i oskarżeniami o niegospodarność. Prawo powinno być napisane tak, by chronić urzędnika podejmującego racjonalną, gospodarczą decyzję, a nie paraliżować go strachem – mówił Marek Kowalski
Profesor Paweł Nowicki dodał, że państwo musi przestać być tylko regulatorem, a stać się strategiem biorącym na siebie część ryzyka. Wskazał na proste mechanizmy, takie jak zaliczki w zamówieniach publicznych, dozwolone prawem a rzadko stosowane. Ich brak eliminuje mniejsze polskie firmy, które nie mają kapitału na kredytowanie wielomiesięcznych budów. Ekspert z UMK podkreślił też rolę analizy przedzakupowej i dialogu technicznego – narzędzi, które pozwalają zamawiającemu poznać rynek i dostosować wymogi przetargu do realnych możliwości krajowych wykonawców, zamiast bezrefleksyjnie kopiować wyśrubowane warunki faworyzujące zagraniczne koncerny.
Istotnym wątkiem dyskusji była kwestia konsorcjów i współpracy z zagranicznymi gigantami. Piotr Szelenbaum zauważył, że polskie firmy muszą się wykazać inicjatywą i profesjonalizacją, by wchodzić w alianse z podmiotami takimi jak Westinghouse czy Bechtel, traktując to jako okazję do transferu know-how. Z kolei Janusz Władyczak zapewnił, że globalni gracze wchodzący do Polski są chętni do budowania lokalnego łańcucha dostaw, bo to im się opłaca logistycznie i politycznie. Często jednak to strona polska nie wymagała od nich konkretnych działań na etapie negocjacji. Janusz Władyczak wskazał też, że obecnie instytucje finansowe takie jak KUKE potrafią rozwodnić wymagania zagranicznych agencji kredytów eksportowych, co otwiera drzwi dla polskich dostawców przy finansowaniu wielkich inwestycji.
Paneliści zgodzili się, że Polska ma już niezbędne narzędzia prawne i finansowe. Brakuje jedynie – lub aż – odwagi w ich stosowaniu, stabilności planowania oraz jasnego zdefiniowania, że rozwój rodzimych firm jest nadrzędnym interesem, który służy całemu społeczeństwu, a nie tylko wybranym przedsiębiorcom. Bez tego local content pozostanie tylko pustym hasłem w dokumentach przetargowych.
Partner