Choć trwa 21 miesięcy i utrzyma się do końca roku, nie zagrozi spiralą deflacyjno-recesyjną.
INFLACJA I CEL INFLACYJNY NBP / Dziennik Gazeta Prawna
Marcin Czaplicki ekonomista PKO BP / Dziennik Gazeta Prawna
Marta Petka-Zagajewska ekonomistka Raiffeisen Polbanku / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
GUS potwierdził wczoraj to, co sygnalizował na początku miesiąca – w marcu znów mieliśmy deflację. Tym razem ceny spadły o 0,9 proc. w porównaniu do tych sprzed roku. Nadal jest to zasługa szorujących po dnie cen paliw. Benzyna czy olej napędowy kupowane do prywatnych środków transportu potaniały w ciągu roku 13,4 proc., a ceny nośników energii ogółem zmalały o 2,7 proc. To generalnie przełożyło się na spadek cen takich kategorii jak użytkowanie mieszkania czy transport. Wyraźnie tańsze były również ubrania i buty (o 3,5 proc.).

Reklama
Marzec to już 21. miesiąc deflacji. Teoretycznie tak długi okres utrzymywania się spadku cen może wywoływać tzw. spiralę deflacyjno-recesyjną. Zakładając, że te będą jeszcze się obniżać, konsumenci mogą się wstrzymywać z decyzjami o poważniejszych zakupach. To oznacza problemy ze sprzedażą – przedsiębiorcy w takiej sytuacji jeszcze bardziej obniżają ceny, a w następnym kroku ograniczają produkcję. Co przekłada się na spadek aktywności gospodarczej firm i w konsekwencji może skończyć się spadkiem PKB.
W Polsce ten schemat nie działa. Konsumenci niespecjalnie mają odczucie, że w gospodarce jest deflacja, poza tym mamy bardzo dobrą sytuację na rynku pracy. Bezrobocie spada i zbliża się już do rekordowo niskiego poziomu, w marcu wyniosło 10 proc. i było najniższe od 25 lat. Lada moment przedsiębiorcy zaczną walczyć o pracownika, oferując mu wyższe wynagrodzenie. A to, przy niskich stopach procentowych ograniczających skłonność do oszczędzania przełoży się na wzrost konsumpcji.
Trzeci powód: w rynek pójdzie w tym roku ok. 17 mld zł z programu „Rodzina 500 plus”. Duża jak na polskie warunki skala tzw. stymulacji fiskalnej w ostatnich miesiącach roku – według niektórych ekspertów – może podnieść dynamikę konsumpcji do 5 proc. (obecnie to ok. 3 proc.). Wtedy też, jak sądzą ekonomiści, powinniśmy już skończyć z deflacją. Choć w ocenach, kiedy czas spadku cen dobiegnie końca, są ostrożni. Kilkukrotnie już się w tych przewidywaniach pomylili.
– Zakładamy odbicie cen paliw w drugiej połowie roku, pod koniec roku inflacja powinna być już na plusie tym bardziej, że dojdzie do tego ożywienie popytu dzięki programowi dodatków na dzieci. W grudniu inflacja liczona rok do roku może już wynieść 0,6–0,7 proc. – mówi Piotr Kalisz, główny ekonomista Banku Handlowego.
Inflacyjnego odbicia w ostatnich miesiącach roku spodziewa się również Wiktor Wojciechowski, główny ekonomista Plus Banku. Choć, jego zdaniem, po drodze deflacja jeszcze da o sobie znać, w kwietniu może się nawet pogłębić do 1 proc. Utrzymania się spadku cen do IV kw. oczekują również eksperci Credit Agricole. Ich zdaniem inflacja pojawi się za sprawą coraz wyższych cen żywności, które już zaczęły rosnąć na rynkach światowych. Niemniej zwracają uwagę, że jest ryzyko niespełnienia się tej prognozy, bo nie sposób przewidzieć np., jak będą zachowywały się ceny paliw na świecie.
Eksperci są zgodni, że niezależnie od tego, jak szybko Polska wyjdzie z deflacji, Rada Polityki Pieniężnej powinna zachować zimną krew i powstrzymać się od zbyt szybkich obniżek stóp procentowych. Spadek stóp niewiele by tu pomógł, za to mógłby być podłożem do narastania jakichś spekulacyjnych baniek generowanych przez zbyt tani kredyt. ©?
OPINIE
Mamy więcej pieniędzy na zakupy
Deflacja w układzie, jak mamy obecnie, może się przekładać na poprawę jakości życia. Teoretycznie długotrwały spadek cen może mieć działanie recesyjne, gdyby powodował odkładanie wydatków w czasie w nadziei, że ceny jeszcze spadną. Ale nie w przypadku naszej deflacji. Po pierwsze w dużym stopniu jest ona zaimportowana i widać to przede wszystkim w cenach paliw, po drugie dotyczy tych kategorii towarów, dla których ceny nie są najważniejszym czynnikiem wpływającym na spożycie. Potrzebujemy mieć paliwo do samochodu na bieżąco, musimy jeść i się ubierać. Nikt nie będzie czekał na dalszy spadek cen, by zatankować, podobnie z zakupem żywności. Z drugiej strony nikt nie będzie przecież tej żywności kupował więcej tylko dlatego, że jest tania. Deflacja w tym wydaniu powoduje, że w budżetach domowych zostaje więcej pieniędzy, które można spożytkować na inne wydatki. Jeśli do tego dodać dobrą sytuację na rynku pracy, to można zakładać, że tych środków będzie jeszcze więcej, dodatkowym bodźcem będzie program „Rodzina 500 plus” i przewidziane w nim dodatki na dzieci. A skoro tak, to gospodarstwa domowe będzie stać na dobra trwałego użytku, które nie są artykułami pierwszej potrzeby, ale decydują o poprawie jakości życia. Rosnący udział dóbr trwałego użytku świadczy o wzroście zamożności gospodarstw domowych.
Minister finansów wolałby wyższy wzrost cen
Deflacja może mieć negatywny wpływ na stan finansów publicznych, a konkretnie na poziom dochodów z VAT. To główne źródło wpływów budżetowych i poziom cen ma dla niego większe znaczenie niż wzrost PKB. Różnica jednego punktu procentowego w odczycie inflacji to ok. 3 mld zł wpływów. Utrzymywanie się deflacji zapewne nie pomoże w realizacji planów zwiększenia dochodów z podatku VAT. Deflacja nie jest więc dobrą wiadomością dla ministra finansów. Z pewnością wolałby on wyższą inflację również dlatego, że pomaga ona w obsłudze długu, który przy wysokim wskaźniku wzrostu cen realnie staje się tańszy.
Oczywiście można zakładać, że to, co budżet straci na niskich cenach w jednej kategorii towarów, może odzyskać dzięki rosnącemu popytowi na inne, że co prawda mniej może uzyskać z podatków od sprzedaży i tak nisko opodatkowanej żywności, ale więcej dostanie np. z VAT od większej sprzedaży telewizorów. Żeby jednak to przenoszenie konsumpcji rzeczywiście nastąpiło, potrzebny jest nominalny wzrost płac. Czy to nastąpi? Są na to szanse, przedsiębiorcy sygnalizują, że np. oczekiwania płacowe osób nowo zatrudnianych są najwyższe od 3–4 lat. Przedsiębiorcy zdają sobie sprawę, że coraz częściej będą musieli walczyć o pracownika wyższą pensją. Deflacja może pomóc im przez to stosunkowo gładko przejść, bo dotyczy przede wszystkim cen energii. Warto też zwrócić uwagę, że mamy deflację cen towarów. W usługach, gdzie głównym czynnikiem kosztowym jest praca, mamy wzrost cen.