Powojenną historię Zachodu pisała klasa średnia: przez dekady filar społeczeństwa i gospodarki. Ale kilka ostatnich dekad to dla niej okres powolnego schyłku.
Reklama
Tytuł naukowego opracowania „Emerging from Turbulence” („Wyjście z turbulencji”) świetnie nadawałby się na tytuł thrillera któregoś z popularnych pisarzy. Zatytułowana tak książka pojawiła się w amerykańskich księgarniach pod koniec ubiegłego roku – i daleko jej do fikcji. To studium zmian w koncernie Boeing, jakie śledzili socjolog Leon Grunberg i psycholog Sarah Moore z University of Puget Sound w Tacoma. Przez ponad 20 lat, przy zachowaniu zasady anonimowości, wypytywali pracowników Boeinga o codzienność firmy i zmiany, zapoczątkowane wymianą kadry kierowniczej u schyłku lat 90.
– To już nie jest firma waszych ojców – błysnął jeden z nowych menedżerów podczas spotkania z pracownikami w 1998 r., tuż po fuzji z McDonnell Douglas. Credo szybko zaczęło być wdrażane w życie. – To przeważnie ludzie świata finansów – opowiadał jeden z rozmówców Grunberga i Moore. – Cięli pracowników Boeinga jak nóż tnie masło – kwitował. W krótkim czasie firma utraciła rodzinny charakter, w którym struktura zarządzania była stosunkowo rozproszona, a uwaga pracowników koncentrowała się na technologii. Stała się maszynką do zarabiania pieniędzy i osiągania wyznaczonych poziomów sprzedaży czy oszczędności. „Firma stopniowo przekształcała się w taką, w której pracownicy są towarem” – podsumowuje Grunberg.
– Zaczęła obowiązywać filozofia opierająca się na założeniu, że skoro umiesz zarządzać straganem z lodami, poradzisz sobie z IBM czy Boeingiem. Nie trzeba rozumieć istoty danego biznesu, by nim zarządzać – utyskiwał jeden z jego rozmówców. „Lodziarze”, nawet gdy popełnili błąd, byli przesuwani do innych oddziałów koncernu. Personel firmy, jeśli burzył się przeciw nowym porządkom, słyszał, że albo się dostosuje, albo produkcja zostanie przeniesiona w tańsze miejsce. Spektakularnym przypadkiem wpadki opartej na tej filozofii był Dreamliner: projekt, który – mimo skorzystania z outsourcingu – opóźnił się o trzy lata, a jego koszty sięgnęły 28 mld dol.
Podobne zmiany zachodziły w ostatnich dwóch czy trzech dekadach w tysiącach firm. Autorzy „Emerging from Turbulence” nie ograniczają się do studium jednego przypadku – ich konkluzje idą znacznie dalej: na tym przykładzie chcieli pokazać, jak transformacja tradycyjnych przedsiębiorstw w nowoczesne korporacje zabija klasę średnią. Boeing wciąż jest symbolem amerykańskiej gospodarki, firmą profesjonalną i jednym z globalnych potentatów przemysłu lotniczego. Ale nie jest już firmą inżynierów – jest firmą, w której spotykają się menedżerowie i robole.
Ameryka wielkim boeingiem?
Symboliczną kropkę nad i postawili kilka tygodni po premierze „Emerging from Turbulence” badacze z prestiżowego ośrodka sondażowego Pew Research Center. Według opublikowanego w grudniu studium po raz pierwszy od lat 60. XX w. klasa średnia w Ameryce przestała być większością. Na razie symbolicznie – do 50 proc. zabrakło „zaledwie” pół miliona osób – ale trend jest nieubłagany: w 1971 r. 61 proc. Amerykanów kwalifikowało się do tej kategorii. Od tamtej chwili grupa ta kurczyła się średnio o 2–3 proc. co dekadę.
Analitycy Pew w ocenie kondycji klasy średniej biorą pod uwagę przede wszystkim czynniki finansowe: reprezentantów klasy średniej wyceniają na osoby o dochodach pomiędzy 2/3 a dwukrotnością średnich krajowych dochodów – w tej chwili to przedział między 42 a 126 tys. dol. na trzyosobowe gospodarstwo domowe. Z chłodem statystyka konkludują, że stopniowy zanik klasy średniej nie wiąże się wyłącznie z ubożeniem Amerykanów: owszem, grupa ludzi o najniższych dochodach urosła dziś do 20 proc. (plus 9 proc. tuż poniżej granicy klasy średniej). Ale jednocześnie grupa Amerykanów o najwyższych dochodach może stanowić dziś już 9 proc. społeczeństwa.
– To nie musi być takie straszne, jak wygląda – uspokajał były redaktor „Wall Street Journal”, dziś czołowy komentator ekonomiczny popularnego portalu FiveThirtyEight, Ben Casselman. – Klasa średnia znika. Ale nie jest jasne, czy rzeczywiście powinniśmy się tym martwić – dodawał. Według niego na wyniki Pew należy spojrzeć w szerszej perspektywie: społeczeństwo się starzeje, Ameryka przeżyła w ostatnich latach najazd imigrantów, odżywają rasowe resentymenty, pogłębia się polaryzacja dochodów. A jednocześnie, gdy porównać poszczególne elementy składowe badań prowadzonych od 1971 r., okaże się, że dochody emerytów, Afroamerykanów czy imigrantów z Azji, którzy do Ameryki trafili już kilka dekad temu, podniosły się od kilku do 26,7 (w przypadku emerytów) proc. Poziom bezrobocia jest niższy, w przypadku lepiej sytuowanych większe są zgromadzone środki finansowe. Średnią zaniżają tysiące hiszpańskojęzycznych imigrantów z ostatnich lat, którzy powiększają sferę ubóstwa. I tylko politycy, na fali przedwyborczej kampanii, uderzają w histeryczne tony.
Cóż, nie tylko w przedwyborczym uniesieniu i nie tylko politycy. – W piątek, 10 grudnia 2010 r., obudziłem się jak zwykle, zjadłem śniadanie, jak co dzień, a potem spotkałem się z pracownikami mojego biura. O wpół do jedenastej rozpocząłem w Senacie wystąpienie – wspominał demokratyczny senator Bernie Sanders. Jego przemówienie trwało osiem i pół godziny i zamieniło się, w wydaną po dwóch latach w formie książeczki, tyradę przeciwko ulgom podatkowym dla najbogatszych i narastającej przepaści między majątkiem i możliwościami najbogatszych a resztą społeczeństwa. – Biorąc pod uwagę ponadprzeciętną siłę polityczną, idącą za taką koncentracją bogactwa: możliwości lobbowania, wpłaty na kampanie, własność mediów – czy USA są na dobrej drodze do przekształcenia się w oligarchiczne społeczeństwo, z władzą skoncentrowaną w rękach wąskiej grupy? – dopytywał się Sanders. To samo powtarza dziś i po niedawnych prawyborach w New Hampshire wydaje się, że te obawy podziela większość wyborców Partii Demokratycznej, którzy wyraźnie przedkładają Sandersa nad Hillary Clinton (która z kolei wspomina o „erozji reguły, że ciężka praca pozwala na awans każdej rodziny do klasy średniej”).
Co ciekawe, niepokój ogarnął też prawą stronę sceny politycznej. Jeb Bush, który odpadł co prawda w przedbiegach do kandydatury Republikanów, alarmował, że klasa średnia znika. To był „kandydat środka”, lecz nawet znacznie popularniejszy kandydat – arcykonserwatywny senator Ted Cruz – komentował, że grupa ta „zmierza w niewłaściwym kierunku”.
American Dream
Wszyscy powtarzają jednak argumenty, które w dyskursie publicznym pojawiają się od lat. Już u progu lat 90. William J. Quirk i R. Randall Bridwell narobili szumu książką „Abandoned. The Betrayal of the American Middle Class Since World War II” („Porzuceni. Zdrada amerykańskiej klasy średniej po II wojnie światowej”). W kolejnym dziesięcioleciu podobnych traktatów można by uzbierać całą półkę: „Wrażliwa klasa średnia: Amerykanie w długach” (2000), „Amerykańskie marzenie kontra Gospel Bogactwa. Walka o produktywną gospodarkę opartą na klasie średniej” (2006), „Niewypowiedziana wojna przeciwko klasie średniej” (2007), „Nie dotrzymując kroku naszym rodzicom: Upadek profesjonalnej klasy średniej” (2008). Po wybuchu kryzysu liczba takich rozpraw zwiększyła się kilkakrotnie, tylko w ubiegłym roku amerykańscy dziennikarze, komentatorzy, ekonomiści i politycy dorzucili kilkanaście kolejnych. Swoje zdanie „na temat” zdążyli już wyrazić choćby Ariana Huffington (szefowa popularnego portalu The Huffington Post) czy Ed Schultz (gospodarz talk-show „The Ed Shultz Show”).
Skąd ten szał na obronę interesów średniaków? Bo nie chodzi tu wyłącznie o pieniądze. – Pracownicy Boeinga, ale i generalnie robotnicy, czują się bardziej narażeni na ryzyko, mniej odporni na przeciwności, gniewni, coraz bardziej porzuceni przez establishment – komentował lapidarnie Leon Grunberg. – Te czynniki mogą wyjaśniać choćby popularność Donalda Trumpa i populistycznej retoryki – dodawał.
Analogicznie po naszej stronie Atlantyku. Francuski politolog, socjolog i demograf Emmanuel Todd w zatytułowanej prowokacyjnie książeczce „Kim jest Charlie?” (w nawiązaniu do ubiegłorocznych demonstracji po hasłem „Je suis Charlie”, po zamachu na redakcję francuskiego satyrycznego magazynu) dowodzi, że uczestnicy masowych protestów nad Sekwaną nie tyle manifestowali w obronie liberalnych porządków w ojczyźnie, ile bardziej – by otwarcie zademonstrować od dawna żywioną niechęć do muzułmanów. Todd wiąże też klasę średnią, czy właściwie „nową klasę średnią”, zwłaszcza grupy o niższych dochodach, ze skokowym wzrostem poparcia dla Frontu Narodowego oraz popularnością ksenofobii i populizmu. A swoje rozważania kończy jeżącymi włosy na głowie porównaniami – do masowego poparcia dla nazizmu czy bolszewików (którzy byli niczym innym, jak „projektem ubogiej inteligencji”).
Cóż, niewątpliwie klasa średnia z zachodu Europy nie ma się lepiej od tej w Ameryce. Według raportu opublikowanego w 2013 r. przez powiązany z francuskimi socjalistami think tank Jean-Jaures Foundation tylko w latach 2010–2013 liczba osób uważających się za przedstawicieli klasy średniej spadła nad Sekwaną z 52 do 48 proc. Brakujące 4 proc. w olbrzymiej mierze zaczęło się uważać za klasę robotniczą, bo odsetek przedstawicieli tej grupy wzrósł w tym samym czasie z 29 do 33 proc. „Przedstawiciele tej grupy są pogrążeni w obawach. Skrycie boją się, że będą żyć na niższym poziomie niż ich rodzice, będą świadkami, jak ich dzieci spadają ze społecznej drabiny, która już dziś wydaje się niemożliwa do pokonania” – kwitowali autorzy raportu.
Te dzieci zresztą nie zasypiają gruszek w popiele: w New Hampshire Sanders mógł triumfować nad Clinton solidną 60-procentową większością. Ale w grupie wiekowej 17–29 lat przewaga była już miażdżąca – autora ośmiogodzinnej tyrady w interesie klasy średniej poparło 84 proc. głosujących. W Wielkiej Brytanii odwołujący się do lewicowych tradycji szef laburzystów Jeremy Corbyn nie budzi entuzjazmu, jednak młodzi – w wieku 18–24 lata – trzymają za niego kciuki: ma poparcie 41 proc. ankietowanych.
Nad Renem rewolucja ma charakter pełzający, choć niemieccy naukowcy od kilku lat prześcigają się w raportowaniu o ciężkim losie średniaków. W 2012 r. pojawiło się studium Fundacji Bertelsmanna i Niemieckiego Instytutu Badań nad Gospodarką (DIW), z którego wynikało, że w ciągu 15-lecia po 1997 r. wyparowało około 5,5 mln przedstawicieli klasy średniej: liczba osób definiujących się w ten sposób (i osiągających dochody na poziomie od 70 do 150 proc. średniej krajowej) spadła z 65 do 58 proc. Tendencję potwierdził ubiegłoroczny raport Instytutu Pracy i Kwalifikacji (IAQ) z Uniwersytetu Duisburg-Essen: tym razem badacze doszli do wniosku, że ta grupa społeczna skurczyła się w latach 1992–2013 z 56 do 48 proc. Paradoksalnie niemiecka gospodarka ma się najlepiej od lat – ale fundamenty tego wzrostu są kruche. „Nie ma ważniejszej podstawy niemieckiego modelu gospodarczego, jak koncepcja klasy średniej. A teraz ten rdzeń niemieckiego modelu jest zagrożony” – komentował raport Uniwersytetu Duisburg-Essen dziennik „Süddeutsche Zeitung”. Zresztą, nie tylko o gospodarkę chodzi. Największe partie – chadecka CDU i socjaldemokraci z SPD – przez całą powojenną epokę odwoływały się do potrzeb i poglądów klasy średniej. Dziś biedniejsze segmenty tej grupy coraz chętniej przenoszą swoją sympatię na Alternatywę dla Niemiec (AfD) czy ruchy takie, jak protestująca przeciw przyjmowaniu imigrantów Pegida. Znikanie klasy średniej może zatem wstrząsnąć nie tylko gospodarką, lecz także życiem politycznym nad Renem.
Wielkie nadzieje
„Historia sugeruje, że duża i stabilna klasa średnia to mocny fundament, na którym da się zbudować i podtrzymywać efektywne, demokratyczne państwo” – przekonuje Nancy Birdsall, szefowa Center for Global Development i była wiceprezes Międzyamerykańskiego Banku Rozwoju, w eseju opublikowanym w najnowszym wydaniu magazynu „Foreign Affairs”. „Jej przedstawiciele nie tylko mają środki na finansowanie kluczowych usług publicznych, jak budowa dróg czy edukacja, poprzez podatki. Oni także domagają się koniecznych regulacji, właściwego wywiązywania się z kontraktów i ogólnie rządów prawa – dóbr publicznych, które generalnie tworzą społeczne i gospodarcze pole gry, na którym wszyscy mają szansę prosperować” – wylicza.
Na tym nie koniec potencjalnych benefitów, jakie wnosiła w życie klasa średnia: przez lata grupa tworzyła rodzaj społecznego zabezpieczenia. Średniacy nie mogli sobie pozwolić na wszystko, ale też nie żyli z dnia na dzień – ich zarobki pozwalały planować przyszłość, korzystać z pewnych wygód czy wybranych luksusów, napędzając gospodarkę lokalną i globalną. Byli na tyle wszechstronnie wykształceni, że stanowili bazę konsumentów wiarygodnych i solidnych mediów. Średniacy posiadali kompetencje intelektualne wymuszające na politykach względnie merytoryczny dyskurs, demaskowali – przynajmniej te szyte najgrubszymi nićmi – oszustwa. Konsumowali wreszcie kulturę, zapewniając frekwencję zarówno na wystawach awangardowego malarstwa, jak i koncertach The Rolling Stones.
Do tych wszystkich – materialnych i duchowych – kompetencji odwołuje się Birdsall w swoim eseju. Jej artykuł to pean na temat narodzin klasy średniej: tyle że w niegdysiejszym Trzecim Świecie – Chinach czy Ameryce Łacińskiej. I rzeczywiście, ostatnie 20 lat dynamicznego wzrostu sprawiło, że zarówno w Europie Wschodniej, Azji, jak i w Ameryce Południowej oraz jakiś czas temu w Afryce pojawiły się miliony ludzi kwalifikujących się do tej grupy.
Ale nie do końca. – Weźmy region, którym się zajmuję: Europa Wschodnia, Turcja, Azja Centralna. W ciągu ostatnich 12 lat liczba ludzi zarabiających codziennie od 10 do 50 dol. zwiększyła się trzykrotnie, z 33 do 90 mln – peroruje Ben Slay, doradca Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP). – Ale te osiągnięcia są dosyć kruche. Za wzrostem PKB nie idzie tworzenie odpowiednich miejsc pracy, coraz większa liczba pracowników jest pozbawiona jakiejkolwiek ochrony socjalnej – dodaje. Innymi słowy, płace rosną, a wraz z nimi konsumpcja. Ale nie przekłada się to na właściwą klasie średniej pewność jutra czy ufność, że bez większego problemu da się znaleźć nowe miejsce pracy w wyuczonym zawodzie, z wykorzystaniem posiadanych kompetencji.
„Kiedy klasa średnia osiąga pewien rozmiar – prawdopodobnie próg 30 proc. populacji byłby wystarczający – jej członkowie zaczynają identyfikować się ze sobą nawzajem i używać swojej siły zbiorowej do zażądania od państwa, by ich podatki służyły do finansowania publicznych usług, bezpieczeństwa, oraz innych zasadniczych dóbr publicznych” – argumentuje Birdsall. „Ponadto jest raczej nieprawdopodobne, by członkowie prosperującej klasy średniej dali się wciągnąć w jakiś rodzaj etnicznej czy religijnej rywalizacji, która doprowadziłaby do politycznej niestabilności” – dorzuca.
Niestety, w tak bliskiej autorce Ameryce Łacińskiej dałoby się pewnie znaleźć parę dobrych przykładów na poparcie tej tezy – weźmy przemiany w Brazylii, Chile, Argentynie, a nawet stosunkowo łagodne odsunięcie pogrobowców Hugo Chaveza od władzy w Wenezueli. Ale już w Rosji, Chinach czy na Bliskim Wschodzie klasa średnia nowego chowu ma ograniczony wpływ na przemiany polityczne, nawet jeśli od czasu do czasu jest w stanie wymusić rozwiązanie konkretnego, jednostkowego problemu – typu usunięcie wyjątkowo wrednego urzędnika. Druga część wywodu Birdsall jest jeszcze bardziej dyskusyjna: Rosjanie gremialnie poparli siłowe przestawienie granic na Krymie, Chińczycy regularnie popadają w stan antyjapońskiego i antykoreańskiego ferworu, Europejczycy coraz chętniej skłaniają się ku skrajnym i ksenofobicznym ugrupowaniom, Amerykanie zachłystują się porównaniami Latynosów do gwałcicieli i zakazem wjazdu do USA dla muzułmanów autorstwa Donalda Trumpa. Nowe klasy średnie ani nie mają pewności siebie poprzednich generacji, ani nie są nośnikiem wiedzy i politycznej poprawności, jak poprzednie pokolenia.
Droga do szczęścia
Szybko to się nie zmieni. Po części dlatego, że zmiany wymagają czasu, po części też dlatego, że obecnie – poza frazesami – trudno o jakąkolwiek konkretną receptę. „Co poszło źle i co należy zrobić?” – pytają patetycznie redaktorzy agencji Bloomberg w redakcyjnym edytorialu. „Jedną rzecz warto podkreślić: wzrost gospodarczy ma zasadnicze znaczenie. Na dłuższą metę, zarobki Amerykanów z klasy średniej będą zależeć od dwóch spraw: wzrostu produktywności i przygotowania pracowników do wykonywania pracy, którą rosnąca gospodarka będzie najbardziej cenić” – konkludują.
– Bez wzrostu klasy średniej instytucje państwa tracą legitymację – troskał się z kolei niegdysiejszy sekretarz skarbu w administracji Billa Clintona, Larry Summers. – Przygotowywany jest grunt pod populistyczną rewoltę. Dług staje się trudniejszy do zarządzania, a cynizm koroduje funkcjonowanie społeczeństwa. Historia uczy, że biznes odnosi sukces lub porażkę wraz z całym narodem. To trudne dla jakiejkolwiek firmy, odnosić sukces, gdy cała gospodarka jest w stagnacji. I znacznie łatwiej jest biznesowi odnosić sukcesy, gdy społeczeństwo dobrze funkcjonuje – mówił.
Skądinąd, w zalewie oklepanych haseł są też nieco konkretniejsze postulaty. Jednak nie układają się one w harmonijny obrazek: Bloomberg proponuje „prowzrostowe reformy podatkowe, rozsądne inwestycje publiczne i prywatne, mądrzejsze regulacje i żywiołową rywalizację”, „lepsze szkoły i nowe usługi edukacyjne”, „dokończenie reformy służby zdrowia”, a wreszcie „zniechęcanie do zaciągania długów i promowanie oszczędzania na emeryturę”. Summers chciałby z kolei rozprawić się z rajami podatkowymi, by uniemożliwić korporacjom chomikowanie zysków, a także zachęca do oferowania pracownikom z firm outsourcingowych stawek analogicznych do rynkowych standardów.
Problem w tym, że idee te – nawet gdyby do siebie przystawały – rozmijają się z życiem. Magiczne słowo „wzrost” od początku XXI w. jest powiązane z „wyższą produktywnością”, „zwiększaniem poziomu sprzedaży”, „cięciem zbędnych kosztów” czy „wyższą dywidendą z inwestycji”. A dbanie o te wskaźniki w praktyce najczęściej sprowadza się do tego, że nie konstruujemy już lepszych samolotów, tylko wykazujemy wyższy „wzrost”. Jeżeli „rosnąca gospodarka ceni” jakieś kwalifikacje, to jest to daleko posunięta specjalizacja, która nie ma wiele wspólnego z poziomem wiedzy ogólnej czy tak łatwo zastępowalnymi miejscami pracy, jak nauczyciel, dziennikarz czy inżynier. Na dodatek „zwiększanie poziomu sprzedaży” zakłada takie rozbudzenie konsumpcji, które dla wcześniejszych generacji klas średnich byłoby po prostu nie do przełknięcia – być może więc dziś „klasa średnia” nie jest już celem samym w sobie, modelem życia i światopoglądu, ale bardziej szczeblem na drabinie do „1 procenta” najbogatszych. American Dream kiedyś oznaczało po prostu godne życie, dziś kojarzy się raczej z historią „od zera do milionera”. Kto się wespnie, wygrywa. Kto się poślizgnie, leci w dół. Byleby, w każdym razie, nie utknąć w połowie drabiny.