Dogmatem liberalnej demokracji jest twierdzenie, że państwo powinno być świeckie. A gospodarka? Czy ona także powinna być świecka? Czy religijny naród prosperuje lepiej?
Globalnie rzecz biorąc, poziom religijności spadł średnio o 9 proc. pomiędzy 2005 a 2011 r. Religijność spadła w tym okresie niemal wszędzie, czy to w Europie, czy to w Stanach Zjednoczonych” – stwierdza prof. Holger Strulik z Uniwersytetu w Getyndze w opublikowanej w zeszłym roku pracy „Sekularyzacja i długoterminowy wzrost gospodarczy”. „Sekularyzacja może być zarówno przyczyną, jak i skutkiem wzrostu gospodarczego. Zeświecczona jednostka może odczuwać większą przyjemność z konsumpcji niż osoba religijna, ma więc większą motywację do ciężkiej pracy i do oszczędzania, by tę przyjemność odczuwać. Sprzyja to wzrostowi ekonomicznemu. Z kolei rosnący dochód osobisty zwiększa atrakcyjność świeckiej tożsamości w oczach kolejnego pokolenia” – podkreśla Strulik.
Reklama
To woda na młyn wielu antyklerykalnych środowisk, które chciałyby raz na zawsze pozbyć się religii z życia społecznego. I przy okazji cios prosto w serce przekonań każdego konserwatywnego liberała, a więc osoby zazwyczaj jednocześnie religijnej, obyczajowo konserwatywnej i liberalnej gospodarczo. Oto okazuje się, że konserwatywny liberał wyznaje idee, które się wzajemnie zwalczają. Jeśli chciałby być konsekwentny, musiałby zrezygnować albo z wyznawania religii (i idącego z nią w parze konserwatyzmu), albo z popierania wolnego rynku. Na szczęście nie musi. Wspomniane badania to tylko jedne z wielu dociekań w kwestii wpływu religijności na gospodarkę. Nie mają charakteru prawdy – nomen omen – objawionej.

Reklama
Co jednak i czy cokolwiek ekonomiści ustalili o religii „na pewno”?
Religia opium ludu?
Na pewno nie potwierdzono tego, co o religii mówił Karol Marks. „Nędza religijna jest jednocześnie wyrazem rzeczywistej nędzy i protestem przeciw nędzy rzeczywistej. Religia jest westchnieniem uciśnionego stworzenia, sercem nieczułego świata, jest duszą bezdusznych stosunków. Religia jest opium ludu” – pisał słynny brodacz w „Przyczynku do krytyki heglowskiej filozofii prawa”. Religia miałaby być protestem przeciwko kapitalistycznemu wyzyskowi, a jednocześnie środkiem przeciwbólowym, który pozwala robotnikowi zerwać się o świcie do pracy za głodową stawkę na kolejnej beznadziejnej zmianie w fabryce? Religia jako skutek uboczny odwiecznej walki klas? Brzmi to nie tylko paradoksalnie, lecz jest także niesłusznym i prymitywnym uproszczeniem. Szukajmy dalej.
Inne, bardziej zniuansowanie zdanie w tej kwestii miał ojciec klasycznej ekonomii Adam Smith. Sądził on, że zinstytucjonalizowana religia narzucona odgórnie społeczeństwu (jak w teokracjach) szkodzi gospodarce, dusząc niezależność jednostki. Zauważał jednak, że choć wpływ państwowego Kościoła na społeczeństwo ogarniętej rewolucją przemysłową Anglii spada, to nie spada religijność samych Anglików. Zmienia się zaś jej forma, gdyż pojawia się coraz więcej konkurujących z sobą sekt i małych kościołów. Smith uważał, że to dobrze. Dlaczego? Po pierwsze, to wyraz działania sił wolnego rynku i suwerenności konsumentów. Każdy wybiera taką sektę, jaka mu się podoba. Podaż odpowiada na popyt. Po drugie, większość z tych sekt daje ludziom twardy kręgosłup moralny konieczny, by poradzić sobie z szokiem, jaki odczuwają po wyemigrowaniu ze wsi do miasta (rewolucji przemysłowej towarzyszyła agresywna urbanizacja). Postęp gospodarczy nie jest z religią sprzeczny, a zdaniem Smitha nabiera dzięki niej tempa.
Aż do drugiej połowy XX w. wpływ religii na gospodarkę był przez ekonomistów opisywany raczej w luźnym publicystycznym stylu. Było tak w dużej mierze ze względu na brak danych o faktycznej religijności, a nawet gdy jakieś dane już były, to bez komputerów przetwarzano je niezwykle wolno. Dopiero od lat 60 XX w. sytuacja uległa zmianie. Zmiany technologiczne sprawiły, że ekonomiści zaczęli używać komputerów: agregować i analizować wszystkie możliwe dane o gospodarce i społeczeństwie. Zaczęto metodycznie rejestrować też poziom religijności.
Jednak lawinowy wzrost zainteresowania wpływem religii na PKB to kwestia ostatnich 13 lat. W 2003 r. dwoje ekonomistów Robert Barro i Rachel McCleary, małżeństwo pracujące na Harvardzie, opublikowało pracę „Religia i wzrost ekonomiczny”, którą oparło na danych z 59 krajów, wyróżniających się tym, że większość ich obywateli przynależy do jednej z dużych religii (od islamu przez katolicyzm po hinduizm). Sprawdzano dość dokładnie katalog wyznawanych wierzeń oraz uczestnictwo w religijnych praktykach. Dane obejmowały okres od 1981 r. do 2000 r.
Bój się Boga, a najlepiej piekła też!
Ekonometryczne wyliczenia Barro i McCleary pokazały, że ze wzrostem gospodarczym skorelowane są dwa zjawiska. Po pierwsze, gospodarka rozwija się, gdy rośnie wiara w piekło. I po drugie, gdy wzmaga się udział w praktykach religijnych, takich jak niedzielne nabożeństwa, gospodarka się kurczy. Jak to wyjaśnić? „Korzystne jest, gdy ludzie wychowywani są w wierze, ale powinni w końcu stać się produktywnymi członkami społeczeństwa, a nie spędzać cały swój czas na udziale w religijnych rytuałach” – tłumaczy McCleary, cytowana w przekrojowym artykule z portalu Boston.com o wymownym tytule „Szatan, wielki motywator”.
Próby wyjaśnienia piekielnej korelacji między religią a PKB zaserwowane przez harwardczyków wzbudziły wśród ekonomistów kontrowersje. Jeśli bowiem msza to z ekonomicznego punktu widzenia strata czasu, to nie jest stratą większą niż niedzielny spacer albo drzemka, a już na pewno niż spędzanie niedzieli przed telewizorem. Cóż to za niepoważne wyjaśnienia? – kpiono. „To, że wyższy udział we mszy skorelowany jest z niższym wzrostem, nie oznacza, że nabożeństwa z konieczności oddziałują negatywnie na gospodarkę. Zależy to od tego, w jakim stopniu częstszy udział w nich przekłada się na mocniejszą i powszechniejszą wiarę w życie pozagrobowe” – bronili się ci sami autorzy w opublikowanej trzy lata później pracy „Religia i gospodarka”. Jeśli więc ksiądz głosi przekonujące kazania, PKB rośnie, a gdy nieprzekonujące – maleje.
Coś w tym jest. Podobnie zresztą, jak w licznych badaniach, których celem jest przetestowanie starej tezy Maxa Webera głoszącej, że etyka protestancka użyźniła glebę, na której wyrósł kapitalizm. Wynika z nich np., że rozwój przemysłu w krajach protestanckich rozpoczął się ok. 35 lat wcześniej niż w krajach katolickich albo że (na przykładzie Prus) historycznie rzecz biorąc, protestanci mieli większą skłonność do podejmowania działań biznesowych niż katolicy (i tworzyli większe firmy). Co do badań analizujących czasy nam współczesne, zdecydowanie wyróżniają się prace Rolanda Bénabou, Davida Ticchi i Andrei Vindigni, ekonomistów z amerykańskiego Narodowego Biura Badań Ekonomicznych. W publikacji „Religia a innowacyjność” próbują rozwiązać tytułową kwestię: jak religijność wpływa na poziom innowacyjności, czyli główny motor wzrostu współczesnych gospodarek. Niestety, okazuje się, że osoby religijne mają skłonność do niedoceniania osiągnięć naukowych i zamknięcia na nowe idee. Edmund Phelps, laureat ekonomicznego Nobla, uważa wręcz, że powrót tradycyjnych wartości (także religijności) odpowiada za zmierzch innowacyjności, który jego zdaniem dotyka nas obecnie.
Chociaż może się wydawać, że wyniki badań ekonomicznych pchają nas w niezbyt przychylnym dla religii kierunku, to należy wziąć poprawkę na to, że większość badań zawiera bardzo trudne do wyjaśnienia na gruncie statystyki i ekonometrii anomalie. Mogą one wskazywać, że ekonomiści pomijają niezwykle istotne dla finalnych wniosków kwestie. Wspomnieliśmy już o nieporadnych wyjaśnieniach Barro i McCleary, w przypadku badań ekonomistów z NBBE zaś trudno wyjaśnić choćby to, dlaczego osoby religijne nie zgadzają się z takimi stwierdzeniami, jak „nowe idee są lepsze niż stare” czy „ludzie kształtują własny los”, a jednocześnie uważają, że istotne jest „posiadanie nowych idei i bycie twórczym”. Może to kwestia metodologii zadawania pytań? Może ludzie religijni boją się sformułowań, które uważają za godzące bezpośrednio w ich przekonania (które są z definicji „stare”) i podważające wpływ Boga na ich życie? Bo to, że osoba religijna może być twórcza i inteligentna, to oczywistość.
Bóg niekwantyfikowalny
Z ekonomiczną analizą religijności jest ten problem, że nie istnieje coś takiego jak tylko jedna religijność i tylko jedna religia, którą można byłoby w prosty sposób badać. Nie chodzi tylko o to, że wielkie religie monoteistycznie skrajnie różnią się nie tylko między sobą (czym innym pracuje się na niebo w radykalnym islamie, czym innym w chrześcijaństwie), ale także o to, jak bardzo zróżnicowane są wewnętrznie. Bliskie nam chrześcijaństwo to nie tylko protestantyzm, katolicyzm i prawosławie. Każda z tych dużych grup ma swoje własne wewnętrzne rodzaje religijności, często skrajnie różnie. Weźmy praktyki religijne. Czy naprawdę bylibyśmy skłonni klasyfikować rockowe wręcz w swojej atmosferze niedzielne nabożeństwa zielonoświątkowców w tej samej kategorii, co zazwyczaj wyważone i spokojne msze katolickie albo trwające i po trzy godziny teatralne i bogate w ornamentykę msze prawosławne? Czy religijność i praktyka religiijna, nie przymierzając, prenumeratora „Tygodnika Powszechnego” to ta sama religijność i praktyka, jaką cechuje się czytelnik „Naszego Dziennika” albo członek neokatechumenatu? Nie. Ekonomiści posługujący się modelami ekonometrycznymi są oczywiście wrażliwi na fundamentalne różnice między religiami, ale ze względu na ogromną liczbę niuansów na pewnym poziomie analizy muszą jednak dopuścić się uproszczeń. A tu niuanse mają wyjątkowe znaczenie.
Wielu badaczy zwraca wobec tego uwagę, że tak jak z definicji Boga nie da się skwantyfikować, tak też nie da się skwantyfikować religii i religijności, które nie dość, że są niejednorodne, to jeszcze są zmienne w czasie. Należy więc ich zdaniem z odpowiednią dozą sceptycyzmu traktować ludzi, którzy ogłaszają, że są w stanie policzyć, o ile wzrośnie bądź spadnie PKB Polski, jeśli nagle wszyscy Polacy przestaną uczęszczać na niedzielne msze. Niektórzy uważają wręcz takie podejście za naukowy prymitywizm i niczym niepoparty „ekonomiczny imperializm”.
Czym więc chcieliby zastąpić ekonometryczne modele? Alejandro Chaufen, historyk i ekonomista, szef wolnorynkowego think-tanku Atlas Network, przekonuje, że badania ilościowe trzeba uzpełnić instytucjonalnymi. Chodzi o to, że religia tworzy i utrwala wartości i instytucje, które są warunkiem koniecznym rozwoju gospodarki. Już (niewierzący) Fredrich August von Hayek pisał, że relacja „łącząca religię i wartości, które ukształtowały i rozwinęły naszą cywilizację, a więc rodzinę i własność, jest niekwestionowana (chociaż logicznie niekonieczna)”. Dokładnie tak rozumuje Chaufen.
Religia może jednak równie dobrze tworzyć szkielet, na którym rośnie gospodarka, jak i go kruszyć. Jeśli na przykład Kościół katolicki będzie ustami swoich hierarchów i intelektualistów potępiał kapitalizm, PKB na tym nie skorzysta. „Trzy są trendy w myśli katolickiej, które szkodzą wzrostowi gospodarczemu: a) przekonanie, że biedni biednieją, a bogaci się bogacą; b) wiara, że rynek pracy radykalnie różni się od innych rynków; c) wizja państwa, które ma anielskie cechy i zdolne jest interwencją skutecznie leczyć rynkowe niedoskonałości” – pisze Chaufen w pracy „Wzrost gospodarczy i dobrobyt w myśleniu katolickim”. Zwraca on też uwagę, że rzymski katolicyzm ma w swoich szeregach wybitnych teoretyków wolnej gospodarki – średniowiecznych mnichów z Salamanki, którym należałoby zrobić miejsce w głównym nurcie katolicyzmu. To korzystniejsze niż powrót do przejętej od Artystotelesa pogardy dla zysku.
Także ekonometrycy dostrzegają to najbardziej pośrednie (poprzez wartości) oddziaływanie religii na gospodarkę. Jednak badając je, otrzymują dziwne wyniki. Wysnuwają np. paradoksalny wniosek, że chociaż uczestnictwo w religijnych praktykach buduje zaufanie społeczne, które jest jedną z podstaw gospodarki, to już wychowanie w duchu religijnym owo zaufanie niszczy. Tyle że przecież wychowanie religijne zawiera w sobie uczestnictwo w praktykach. Co zabawniejsze, ekonomiści nie czują oporów, by takie dwa wyniki dodawać. To trochę jakby sumować prostokątną ławkę z kwadratowym krzesłem. Można – tylko po co?
Ekonomiści uważający, że to sekularyzacja sprzyja wzrostowi gospodarczemu, muszą odpowiedzieć sobie jeszcze na wiele trudnych pytań, zanim ogłoszą coś „na pewno”. Na przykład na to, dlaczego w wiekach średnich notowano wzrost gospodarczy. Muszą też uporać się z faktem, że największe odkrycia, wynalazki i największy postęp w historii ludzkości miał miejsce w XVIII w. i XIX w., gdy ateizm był światopoglądem mniejszości (a przecież i XX w. trudno uznać za erę ateizmu). Z drugiej strony trzeba przyznać im rację: coraz większa sekularyzacja jest faktem.
Być może jednak właściwa interpretacja wpływu religii na gospodarkę powinna brzmieć: najpierw religia ułatwia wzrost gospodarczy, a ten potem – w zależności od tego, o jakiej religii mowa – w mniejszym lub większym stopniu i tempie degeneruje.
Ile katolika w katoliku
Piszemy o tym nie tylko dlatego, że to niezwykle ciekawe. Lecz także, aby ubiec fakty.
W zeszłym roku środowisko skupione wokół magazynu „Liberte” przeprowadziło z sukcesem akcję zbierania podpisów pod obywatelskim projektem ustawy, która znosiłaby finansowanie lekcji religii przez podatników w państwowych szkołach (zebrano 150 tys. sygnatur). Projekt krąży już po sejmowych podkomisjach i choć rząd ukręci mu raczej głowę, to i tak kolejna powszechna kłótnia narodowa gwarantowana. Duża szansa, że poza oczywistymi argumentami ekonomicznymi typu „religia w szkołach kosztuje budżet państwa 1,3 mld zł”, ktoś pokusi się o próbę oceny wpływu religijności na rozwój gospodarczy, próbując argumentować, że może skórka warta jest wyprawki (albo niewarta) i że to 1,3 mld zł to niewiele w porównaniu z tym, ile zyskujemy (albo tracimy.)
Tym artykułem ułatwiamy zatem dyskutantom sprawę. Już wiedzą, że taka narracja to ślepa uliczka. To, że w ogóle w tę uliczkę wejdą, weźmie się z innego błędu: przyjęcia cichego założenia, że państwowa edukacja religijna wzmacnia religijność narodu.
Otóż raczej nie. Przeprowadzone przed trzema laty przez TNS OBOP badania pokazują, że katecheza sobie, a Polacy sobie. Chociaż 95 proc. z nas deklaruje katolicyzm, jedynie 81 proc. wierzy w Boga, a już tylko 47 proc. w Zmartwychwstanie i – to ekonomistów powinno zmartwić szczególnie – zaledwie 31 proc. w piekło. Kolejna rzecz, że dotowana przez państwo religia ma tendencję do bycia rozmiękczaną w swojej treści. W Polsce na lekcjach religii uczy się jeszcze o konkretnym Bogu, ale w innych krajach Europy uczy się już raczej o bogach. Nawet w Wielkiej Brytanii, której monarsza głowa Elżbiety II jest formalnie głową Kościoła, religia (od 1944 r. oficjalny dotowany z podatków przedmiot nauczania) od dawna przypomina religioznawstwo. Chociaż brytyjskie prawo nakazuje największy nacisk kłaść na chrześcijaństwo, to w toku nauczania nie można pomijać żadnej głównej religii, a najważniejszą przekazywaną wartością ma być tolerancja. Jeszcze mniej religijnie uczy się religii w Szwecji, gdzie ustawowo zakazane jest faworyzowanie konkretnego wyznania. Tam najważniejszy jest nacisk na promowanie otwartości na różnorodne style życia. Idealny przykład zsekularyzowanych lekcji religii znajdziemy oczywiście we Francji. Tam zamiast religii mamy tzw. całkowicie neutralną światopoglądowo edukację obywatelską, w której pojęcie Boga jest tylko funkcją jednego z wielu systemów etycznych.
Szwedzki eksperyment
Skąd tendencja do rozcieńczania lekcji religii? Wyjaśnienie jest bardzo proste i ma naturę w swojej istocie – a jakże – ekonomiczną. Jeśli religia dotowana jest w demokracji z budżetu państwa, a na ów budżet składa się wyborca katolik, wyborca muzułmanin i wyborca żyd, to w ich interesie będzie, by religia była przedmiotem neutralnym. Tylko takie założenie pozwoli uniknąć sytuacji, w której wykładana w szkole religia zależy od wierzeń aktualnego rządu.
Jak pogodzić zwolenników dotowania religii w szkołach z jej przeciwnikami? To znów (przynajmniej w teorii) proste. Zmieniając system.
We wspomnianej Szwecji oprócz szkół państwowych funkcjonują tzw. wolne szkoły. Założyć może je każdy po spełnieniu ustawowych wymogów, a pieniądze na ich funkcjonowanie pochodzą z budżetu samorządowego i przydzielane są w zależności od liczby uczniów. Wolne szkoły to w zasadzie przedsiębiorstwa konkurujące między sobą ofertą programową. Można założyć zarówno szkołę radykalnie ateistyczną, jak i szkołę wyznaniową, w której codzienna modlitwa i praktyka religijna stanowią obowiązek. Można założyć także szkołę, która będzie się plasować gdzieś pośrodku tych skrajności. Obecnie szkoły stricte religijne stanowią ok. 10 proc. szwedzkich wolnych szkół i są to głównie szkoły chrześcijańskie.
Wprowadzenie takiego modelu edukacji w Polsce pozwoliłoby uniknąć religijno-ateistycznej wojny i zweryfikować zgodność deklaracji uczestników sporu z ich czynami, a i w kontekście wpływu religijności na gospodarkę byłby to ciekawy eksperyment. Które bowiem wolne szkoły prosperowałyby najlepiej? Ateistyczne, umiarkowane czy wyznaniowe?