Miała zmienić się w księcia i spełnić ich kapitalistyczny sen o byciu drobnym sklepikarzem. Jednak pozostała firmą nastawioną na zysk, a oni popadli w długi. Oto historia ajentów.
To mogłaby być opowieść rodem z amerykańskiego snu. O tysiącach bezrobotnych, którzy dzięki pracowitości i szansie, jaką dała im duża firma, odmienili swój los. Historia może nie od pucybuta do milionera, ale przynajmniej do drobnego, przedsiębiorcy. Zamiast tego jest opowieścią o wekslach in blanco, o całych rodzinach je żyrujących, o tajemniczo rosnącym z miesiąca na miesiąc zadłużeniu podobno dobrze prosperujących sklepów i wreszcie o zamykaniu działalności z dziesiątkami tysięcy złotych zadłużenia. Nieporadni życiowo nieudacznicy bez umiejętności i powołania do prowadzenia własnego biznesu? Czy pracowici ludzie wykorzystani i wypluci przez korporację, w której nawet nie byli pracownikami?
Jedno jest pewne: ich los właściwie nikogo nie interesuje. Choć jak podaje nam sama sieć, przez Żabki przewinęło się już ok. 8 tys. ajentów. Dla urzędników są przedsiębiorcami, więc inspekcja pracy i związki zawodowe nie dla nich. Dla organizacji pracodawców nie są interesujący, bo to drobnica zatrudniająca po jednej, dwie osoby. Dla prawników historie ich zatargów z siecią są nazbyt skomplikowane, by zawracać sobie nimi głowę, a i zarobek jest niepewny.