Tymczasem wpadł mi w ręce tekst „Czego lewica może się nauczyć od Hayeka?” będący skróconą wersją książki „Engaging Enemies: Hayek and the left” (Przyciąganie wroga: Hayek i lewica). Napisał ją w 2014 r. politolog Simon Griffiths z Uniwersytetu Londyńskiego. Jego autor dowodzi w nim, że Hayek był w gruncie rzeczy nowoczesnym... lewicowcem. A na pewno by nim został, gdyby pewne sprawy domyślał do końca. Ale tego nie zrobił, bo znalazł swoje bóstwo w postaci wyidealizowanego, mitycznego i nieistniejącego nigdzie w czystej postaci rynku. I  już więcej nie musiał szukać.

Bo co by się stało, gdyby jednak poszukał? W swoim tekście Griffiths pokazuje trzy pola, na których doskonale to widać. Pierwsze to klasyczny hayekowski argument o wyższości wolnego rynku nad socjalizmem (rozumianym jako centralne planowanie). Dla Austriaka rynek zawsze podejmie lepszą i bardziej racjonalną decyzję ekonomiczną niż państwo. A to dlatego, że za państwową interwencją zawsze stoi wola jednostki (lub wąskiej grupy decydentów). Człowiek to jednak istota z natury dysponująca ograniczoną wiedzą. Niby logiczne. Nikt nie może bowiem wziąć pod uwagę wszystkich danych towarzyszących podjęciu jakiejś decyzji. Taką umiejętność posiada tylko rynek. A więc mechanizm kształtowany przez miliony wolnych jednostek.

Tyle klasyczny Hayek. Ale wystarczy go tylko odrobinę przerobić. I przestać traktować wiedzę jako atrybut indywidualny. A zobaczyć w niej raczej produkt społeczny. To znaczy taki, który rośnie nie w  samotności w głowach milionów działających na własną rękę mądrali, lecz pod wpływem działań kolektywnych. W ich ramach jednostki przełamują swoją indywidualną perspektywę, wychodzą poza postawę „wolnoć Tomku w swoim domku”. W ten sposób powstaje nowa jakość. Czyli wiedza bardziej kompletna. Ale czy nie do tej logiki odwołują się organizacje takie jak państwo? A w mniejszej skali – tak bardzo znienawidzone przez wyznawców Hayeka – związki zawodowe albo będące rzekomo przeżytkiem spółdzielnie? W ten sposób Hayek i jego teza o ograniczonej wiedzy jednostki ludzkiej z  klasycznego młota na państwo staje się bronią w ręku nowoczesnych radykalnych ruchów społecznych.

Ale to nie koniec. Bo drugim polem, na którym Hayek zbliża się do lewicy, jest jego koncepcja porządku spontanicznego. Najlepszym przykładem takiego porządku był oczywiście wolny rynek. Austriak uważał, że to najcenniejsza zdobycz każdego społeczeństwa, a państwo – ten późniejszy i sztuczny twór – skoro już musi istnieć, to powinno się ograniczyć do chronienia takiego porządku. A już na pewno – nie daj Boże – nie powinno zastępować go własnymi pomysłami. Takiego klasycznego Hayeka też jednak łatwo zmienić w lewaka. Jak? Wystarczy pójść za radą lewicującego politologa z Cambridge Andrew Gamble’a i zastanowić się, jak powstawał porządek spontaniczny. Czy aby nie odbywało się to drogą ciągłych prób i błędów? A więc interwencji ze strony uczestników jakiejś społeczności. W tym sensie opiewany przez Hayeka stary dobry spontaniczny porządek, którego nie wolno dotykać, jest jakby obiektem muzealnym i z prawdziwą spontanicznością nie ma wiele wspólnego. Trzeba go więc z tego muzeum wyjąć i uznać, że państwo, grupy interesu i jednostki to elementy, które przez cały czas na nowo wykuwają spontaniczny ład. I tak jest dobrze.

Trzecie pole przerabiania Hayeka na lewaka jest wolność. Tak, tak! Ta wartość, na którą liberałowie tak chętnie i często się powołują. Co łączy ich z  marksistami. Którzy też sławią wolność. Ale twierdzą, że jej liberalne rozumienie jest trochę naiwne. Bo co komu po wolności formalnej, skoro nie może korzystać z jej owoców. Skoro jest ekonomicznie zniewolony, nawet jak pracuje, to i tak (jeśli dobrze pójdzie) stać go jedynie na realizację najbardziej podstawowych potrzeb egzystencjalnych. Równie dobrze więc hayekowski argument za wolnością (realizowaną poprzez rynek) można poszerzyć o marksistowski postulat prawdziwej wolności i autonomii każdego człowieka.

I tak zmarły w 1992 r. idol Margaret Thatcher, Ronalda Reagana i wszystkich liberałów świata coraz bardziej czerwienieje.