Pływające miasta, które będą oazą wolności. Ich mieszkańcy uniezależnią się od państwa i stworzą najlepsze warunki dla rozwoju wolnego rynku. To piękne marzenie. Które zaczyna przybierać realny kształt
Szanowny Panie. Kilku dobrze ustosunkowanych amerykańskich miliarderów propaguje tworzenie niepodległych prawnie terytoriów w celu promowania nowych porządków gospodarczych i społecznych. Jednym z nich jest Peter Thiel, współzałożyciel Instytutu Seasteadingu, naszego think tanku promującego ideę budowania niezależnie rządzonych pływających miast – seasteadów – umożliwiających eksperymenty polityczne i technologiczne, które miałyby przyspieszyć wzrost gospodarczy na całym świecie. Niniejszym zwracam się z uprzejmą prośbą o spotkanie w celu omówienia planu budowy takiego miasta w granicach Waszego morza terytorialnego. Jestem przekonany, że wpłynęłoby to korzystnie na szanse rozwoju Waszego kraju” .
Reklama
Brzmi to nieco fantastycznie, ale list o takiej treści faktycznie został rozesłany do kilkunastu państw nadbrzeżnych. Również wymieniona w nim instytucja, Instytut Seasteadingu, istnieje naprawdę. I choć trudno w to uwierzyć, zamiary ludzi, którzy go tworzą, są dokładnie takie jak powyżej. O co konkretnie im chodzi? W największym skrócie ich rozumowanie można by ująć w pięciu prostych punktach. Po pierwsze, rządy są nieefektywne i hamują rozwój gospodarczy i społeczny. Po drugie, najlepszym sposobem na znalezienie nowych rozwiązań politycznych jest różnorodność i konkurencja. Ale – to punkt trzeci i czwarty – nie da się założyć eksperymentalnego państwa bez terytorium, a cały stały ląd pozostaje pod jurysdykcją państw narodowych. Dlatego też – punkt piąty – należałoby tworzyć niezależne miasta-państwa na oceanach. W końcu wody słone pokrywają niemal trzy czwarte powierzchni Ziemi.

Reklama
Witajcie Państwo w krainie seasteadingu, nowego libertariańskiego marzenia o wolności, bogactwie i rozwoju. Zapraszam na wyprawę ku błękitnemu horyzontowi.
Na morzach i oceanach
– Od zawsze interesowała mnie ewolucja, bo zdawałem sobie sprawę, że przepis na postęp zawiera dwa ważne składniki – różnorodność i selekcję. Ten sam mechanizm funkcjonuje w świecie zwierząt, produktów konsumenckich czy w dziedzinie technologii. Jeśli umożliwimy ludziom wybór pośród różnorodnych form jakiegoś zjawiska, otrzymamy sposób na postęp – tłumaczy mi Joe Quirk, pisarz, który porzucił swoją karierę dla dobrej nowiny seasteadingu. Chociaż Joe od kilku lat jest rzecznikiem prasowym instytutu i organizatorem skupionej wokół niego społeczności, pewne zamiłowanie do kwiecistej frazy jednak w nim pozostało. Dla przykładu oceany to „płynna rubież”. Quirk równie poetycko przedstawia mi świat swoich marzeń: – Jeśli pozwolimy zaistnieć wielu nowym systemom prawnym, odkryjemy mnóstwo nowych sposobów na wspólne życie. Uważam, że problemy z dzisiejszymi rządami wynikają stąd, że są one monopolami niezdolnymi do ewolucji i zmiany. Mam też pewność, że bez nich ludzkość popędziłaby ku dobrobytowi w wykładniczej rakiecie nowych technologii informatycznych.
Dla Joego gra toczy się jednak nie tylko o wolność od władzy, ale o rozwój całej ludzkości w ogóle. Dzięki pływającym miastom mielibyśmy uniknąć klęski ekologicznej i żywnościowej, a nawet pozwolić najbiedniejszym na wzbogacenie się. Gdy pytam go jak, opowiada mi o Shenzhenie. – Chińczycy otworzyli miasto na wolny rynek, przez co ludzie z zasobami zaczęli prowadzić tam swoją działalność i w efekcie zatrudniać ludzi. W końcu przyciągnęli miliony pracowników, osób, które dotychczas zajmowały się uprawą roli. Dziś ich wnuki i prawnuki to specjaliści z klasy średniej, żyjący na całkiem dobrym poziomie. Hongkong to podobny przypadek. Nasz pomysł, by stworzyć w gruncie rzeczy specjalne strefy ekonomiczne na wodzie, nie jest więc znowu aż tak odmienny – tłumaczy. Nie chcę mu mówić, że to nie takie proste, bo chiński przypadek jest dość wyjątkowy, a poza tym inwestorom nie zależy wyłącznie na niskich podatkach i mało restrykcyjnych przepisach, ale też na dobrze wykształconej sile roboczej, silnych instytucjach i innych równie mało romantycznych czynnikach.
To jednak nie koniec dobroczynnych efektów pływających miast. W nakręconym przez instytut kilkuminutowym filmie o wiele mówiącym tytule „Wyleczyć chorych” Quirk tłumaczy: „Tempo zmian regulacji prawnych jest o wiele wolniejsze niż tempo rozwoju technologii medycznych. A przecież konkurujące ze sobą statki medyczne mogłyby stymulować rozwój technologii oraz prawa”. Może i brzmi świetnie, ale prawdy w tym mało, bo to nie przestarzałe regulacje są największą przeszkodą dla postępu medycyny. Przede wszystkim wprowadzenie nowego leku na rynek jest kosztowne, a w dodatku z roku na rok kosztuje coraz więcej. W ciągu ostatnich lat cena innowacji wzrosła dwukrotnie, do 2,2 mld dol. Trudno też sobie wyobrazić, by tak drogie badania były prowadzone na statkach. Nie chodzi tu jednak tylko o pieniądze. Wbrew pozorom przemysł farmaceutyczny nie należy bowiem do szczególnie nowatorskich. Większość nowych leków to po prostu wariacje na temat tych istniejących na rynku, bo medycyna już dawno zebrała wszystkie nisko wiszące owoce, więc coraz trudniej o przełomowe technologie. Oczywiście firmy farmaceutyczne chciałyby, by konsumenci myśleli, że jest wręcz przeciwnie, stąd miliardy dolarów wydawane na marketing. Ben Goldacre, lekarz i publicysta „Guardiana”, w swojej książce „Złe leki” szacował, że na każdego dolara wydanego na badania i rozwój przypadają dwa na reklamę.
Nawet z pominięciem tych informacji trudno wziąć argumenty Joego na poważnie. Widzowie dowiedzą się na przykład, że Agencja Żywności i Leków powstrzymuje rozwój medycyny poprzez walkę z... sadownikami wiśni czy śliwek. „W Stanach Zjednoczonych sprzedawcy soku wiśniowego nie mogą reklamować swoich produktów informacją o tym, że wiśnie pomagają na reumatyzm, choć powszechnie wiadomo, że mają łagodzący wpływ na ból. Również sadownicy śliwek nie mogą informować, że sok śliwkowy pomaga na zaparcia” – tłumaczy Quirk.
Oczywiście to nie siła argumentów przekonuje zwolenników seasteadingu. To projekt utopijny, nie do końca zakorzeniony w rzeczywistości. Jego siłą jest wizja nieograniczonej wolności, romantyzm wielkiego błękitu, a nie precyzyjny plan. W końcu takie są jego początki, bo sam pomysł na pływające miasta narodził się na pewnym słynnym kontrkulturowym festiwalu.
Tymczasowa strefa ekonomiczna
Co roku na pustyni Black Rock w Nevadzie grupa poszukiwaczy przygód zbiera się, by spalić wielką kukłę. Ten rytuał to punkt kulminacyjny festiwalu Burning Man, choć lepszym określeniem niż festiwal byłaby „tymczasowa strefa autonomiczna” – karnawałowa strefa wolności, w której wszystko staje się możliwe. Każdego roku we wrześniu na bezludnej pustyni powstaje tymczasowe miasto Black Rock. Ta budowana przez samych uczestników osada ma własną milicję, prasę (dziennik i tygodnik), kilkanaście radiostacji i mnóstwo, mnóstwo atrakcji. Może to być replika „kopuły gromu” z filmu „Mad Max” albo miniaturowa kolejka górska, albo tor wrotkarski. Na festiwalu nie obowiązuje też wymiana pieniężna, należy więc przywieźć swój prowiant czy namiot. Jedyne, czym można się wymieniać, to sztuka: własnoręcznie wykonane pamiątki czy niewymierne „doświadczenia”. Festiwal jest więc znakomitą okazją do społecznych eksperymentów czy fantazji o nowym społeczeństwie, nic dziwnego, że przyciąga wielu marzycieli. Jednym z nich był nie kto inny jak Patri Friedman, wnuk słynnego ekonomisty Miltona Friedmana. Regularnym gościem festiwalu był również Quirk. – Jeżdżę do Black Rock City od 2000 r., nie da się być gościem tego festiwalu i nie pomyśleć ani przez chwilę o tym, w jaki sposób ewoluują państwa i społeczeństwa – ekscytuje się. – Festiwal jest jak nowo powstałe miasto na pustyni, rządzi się swoimi własnymi prawami – opowiada. Nic dziwnego, że to właśnie tam Friedman wpadł na swój pomysł, a następnie zaraził nim Quirka czy Thiela, który wyłożył półtora miliona dolarów na założenie instytutu.
W ogóle wydaje się, że w głowach Friedmanów kłębią się niespokojne myśli. Ojciec Patriego, David, był radykalnym, anarchizującym libertarianinem, którego najbardziej znanym dziełem była „Maszyneria wolności” (The Machinery of Freedom). W książce przedstawił projekt systemu prawnego opartego na własności prywatnej i wolnym rynku. Libertariańskiemu prawu miały podlegać nawet morderstwa – według Friedmana odszkodowaniami za nie można by swobodnie handlować. David, tak jak pewnie wielu libertarian, zaraził się tą religią wolności przez literaturę. Formacyjna była dla niego „Luna to surowa pani”, powieść Roberta A. Heinleina, który zresztą inspirował się myślą jego ojca. Heinlein spopularyzował aforyzm Friedmana o darmowym lunchu. Później David sam zaczął parać się literaturą, napisał dwie powieści fantasy. Wpadł też na pomysł eksperymentalnych pustynnych społeczności, nomadzkich wspólnot, które mogłyby być miejscem czasowego osiedlenia i decydować o najlepszym dla nich systemie prawno-gospodarczym. Patri Friedman przeniósł tę fantazję na otwarte morze. A poprzez założenie Instytutu Seasteadingu dał do zrozumienia, że dla niego to nie niedająca się zrealizować utopia, ale całkiem realistyczny plan.
Faktycznie na stronie instytutu można odnaleźć mnóstwo ekspertyz z zakresu technologii, politologii czy prawa. Uważny czytelnik może z nich się dowiedzieć, jaka technologia byłaby najodpowiedniejsza dla seasteadów (platforma półzanurzalna, czyli coś w rodzaju osławionej Deepwater Horizon) albo jakie systemy łączności byłyby najlepsze. Sumienni inżynierowie czy architekci wskazywali też na problemy: koszty albo dyskomfort. Okazuje się, że nawet na w miarę spokojnych wodach platformą bujałoby tak silnie, że większość mieszkańców miałaby chorobę morską. Poza tym nawet obiekty najbardziej oddalone od cywilizacji wciąż nie są od niej całkowicie odseparowane, bo potrzebują paliwa i żywności z lądu. A i tak okazuje się, że w porównaniu z problemami prawnymi te technologiczne wydają się prawie nie mieć znaczenia.
Żeby zrozumieć, o co chodzi, warto zacząć od kilku pojęć z zakresu prawa morza. Na mocy konwencji z Montego Bay morze dzieli się na kilka stref jurysdykcyjnych, w których państwa nadbrzeżne dysponują różnymi uprawnieniami. Nad niektórymi strefami (czyli wodami terytorialnymi) państwo sprawuje w pełni suwerenną kontrolę, w innych zaś ta kontrola jest ograniczona. Do tego drugiego rodzaju zaliczają się m.in.: strefa przyległa (służy przede wszystkim ochronie interesów celnych), wyłączna strefa ekonomiczna (kiedyś była ona de facto strefą rybołówstwa, dziś obejmuje też inne uprawnienia, w tym choćby możliwość budowania sztucznych wysp), wreszcie strefa szelfu kontynentalnego, czyli to co „pod morzem” (państwa nadbrzeżne mogą wydobywać z niej różne surowce). Dopiero za tą granicą zaczyna się przestrzeń międzynarodowa, czyli morze otwarte.
Problem w tym, tłumaczy dr Joanna Połatyńska z Uniwersytetu Łódzkiego, że wolność mórz nie jest absolutna, a państwa, choć nie mogą sprawować władzy nad morzem otwartym z tytułu posiadanego terytorium, mają wiele innych sposobów na kontrolę działalności swoich obywateli. – Dla przykładu jeśli na morzu otwartym są obywatele polscy, podlegają oni prawu polskiemu ze względu na jurysdykcję personalną – mówi. Oczywiście tak samo jest z prawem amerykańskim, które w dodatku wpływa także na obywateli innych krajów przebywających na morzu otwartym. Taki jest cel regulacji dotyczących choćby „sztucznych portów”. – Są to przystanie przy platformach wiertniczych – zauważa dr Połatyńska – bo przecież nie wszystko da się dowieźć helikopterem. W przypadku zagrożenia sztormem czy brakiem paliwa obcy statek może przycumować do takiej przystani, pod warunkiem że uzna jurysdykcję amerykańską nad statkiem, załogą i towarem.
Nawet jeśli ludzie z pływających miast zechcieliby zrzec się obywatelstwa, niewiele by im to pomogło. – Każdy okręt, statek, wszystko, co znajduje się na przestrzeni morza otwartego, podlega jurysdykcji państwa bandery. To samo dotyczy pływających wysp – tłumaczy dr Połatyńska. – Jakimś rozwiązaniem jest pływanie pod tanią banderą [czyli flagą państwa, którego wymagania co do rejestrowanych statków są niewielkie – red.], ale to też uniemożliwia stworzenie nowego państwa – mówi. A przecież w ostatecznym rozrachunku właśnie o to chodzi.
Dla Joego Quirka długofalowym celem jest zbudowanie seasteadu na morzu otwartym i założenie pływających, mobilnych mikropaństw. – Chcemy stworzyć rynek rządów konkurujących ze sobą o obywateli, którzy mieliby możliwość zmieniania władzy, kiedykolwiek by tego zapragnęli. Pragniemy być także oficjalnie uznani przez Organizację Narodów Zjednoczonych – wyjaśnia. Doktor Połatyńska nie sądzi, żeby było to możliwe. Istnieje przecież historyczny precedens, sprawa Sealandii, mikropaństwa, którego terytorium ograniczało się do stalowego pokładu platformy przeciwlotniczej wzniesionej około 12 kilometrów od wybrzeża hrabstwa Essex. Na pomysł założenia nań własnego państwa wpadł Roy Bates, żołnierz w stanie spoczynku, który walczył w Afryce Północnej, we Włoszech i na Sycylii, a potem został przedsiębiorczym operatorem jednej z pierwszych pirackich radiostacji, Radia Essex. Do lat 70. „piraci” – nazwani tak, bo najczęściej nadawali ze statków zakotwiczonych tuż za strefą morza terytorialnego – odpowiadali na potrzeby słuchaczy, którzy mieli dość skostniałych państwowych radiostacji. W Wielkiej Brytanii na przykład BBC w ogóle nie chciało nadawać amerykańskiego rock and rolla. Oczywiście nielegalna działalność wywoływała niechęć władz. Transmisje zakłócano, konfiskowano sprzęt, a firmom zabraniano reklamowania się u piratów. Bates, operator doświadczony bojem, postanowił uniknąć tych problemów przez zajęcie opuszczonej platformy, która teoretycznie znajdowała się poza brytyjską jurysdykcją. I choć nigdy nie zaczął z niej nadawać, wpadł na inny pomysł. 2 września 1967 r. proklamował niepodległość Sealandii, a siebie ogłosił jej księciem. Kraj miał swoją flagę, hymn, monetę, a nawet własne paszporty.
Jeden z tych paszportów stał się zarzewiem intrygującej sprawy sądowej. – Pewien znajomy Roya Batesa był zdania, że skoro został jej obywatelem, przestał mieć obywatelstwo niemieckie – relacjonuje jej przebieg dr Połatyńska. – W końcu jednak fiskus do niego dotarł. Podczas procesu stwierdził, że skoro zgodnie z przepisami niemieckimi każdy, kto przyjmie obywatelstwo innego państwa, natychmiastowo traci obywatelstwo niemieckie, on, zostawszy obywatelem Sealandii, przestał mieć obowiązek płacenia podatków w Niemczech. Niemiecki sąd administracyjny po to, by rozważyć status jego obywatelstwa, oparł się na doktrynie prawa międzynarodowego, konkretnie na konwencji z Montevideo o prawach i obowiązkach państw. Zgodnie z definicją państwa zawartej w drugim artykule konwencji państwo ma spełniać cztery przesłanki: mieć terytorium, ludność, władzę oraz zdolność do nawiązywania stosunków międzynarodowych. Sąd stwierdził, że Sealandia to nie państwo, ponieważ nie ma własnego terytorium. To bowiem musi być terytorium lądowe, naturalne choćby w maleńkim kawałku.
Budowanie domku na drzewie
Patri Friedman w końcu odszedł z instytutu, aby poświęcić się innemu libertariańskiemu projektowi, a gdy i ten się nie powiódł, wrócił na etat programisty w Google’u. Teraz – mówi Joe – Patri nie angażuje się w codzienne działania instytutu, ale wciąż zasiada w naszej radzie nadzorczej i doradza nam w ważnych decyzjach. To, że pracuje, jest zrozumiałe, ma w końcu rodzinę i dwoje dzieci.
Gdy pytam, czy Friedman wciąż jest przekonany do tego projektu i co właściwie było powodem jego odejścia, Quirk odpowiada nieco wymijająco i szybko zmienia temat na aktualny cel instytutu, czyli budowę pływającego miasta na gościnnych wodach terytorialnych. – Na płyciznach łatwo budować dryfujące obiekty. Z początku zbudujemy dwie połączone ze sobą platformy o powierzchni około 50 metrów kwadratowych każda. W ten sposób powstaną pierwsze miniaturowe seasteady.
Pytam o koszty. – Szacujemy, że cena platformy to 15 mln dol. Nie jestem pewien, czy wchodzą w to koszty paneli słonecznych, energetyki, infrastruktury i mieszkań. Faktycznie, początek będzie kosztowny. Mamy nadzieję, że z czasem nasza propozycja stanie się tańsza – odpowiada Joe. A kto miałby zbudować to miasto i – najważniejsze – za co? Instytut opublikował wyniki ankiety przeprowadzonej na dwóch tysiącach respondentów zainteresowanych zamieszkaniem w pływającym mieście. Kłopot w tym, że większość z nich zarabia zbyt mało (roczne zarobki ponad połowy to mniej niż 50 tys. dol. rocznie), by wnieść wystarczający wkład w budowę platformy. Odpowiedź? – Zamierzamy zdobywać fundusze w taki sam sposób jak każde inne miasto. Cena za metr kwadratowy powierzchni w dryfującym mieście jest porównywalna z tą, którą należałoby zapłacić w Londynie. A przecież biedni ludzie żyją w Londynie.
Do tego dochodzą inne problemy, na przykład komfort. Gdy pytam Joego o to, czy byłby gotów na zamieszkanie w oceanicznym mieście, ten opowiada mi o swoich rejsach wielkimi wycieczkowcami. – Morza są zamieszkiwane od dawna, wycieczkowce mają rozmiary drapaczy chmur, ludzie żyjący na wodzie mogą robić to samo, co ci żyjący na lądzie – skakać ze spadochronem, surfować albo zderzać się w elektrycznych samochodzikach. Sam dwukrotnie odbyłem taki rejs – oglądałem balet, jadłem znakomite posiłki, miałem doskonałą ochronę. Jedynym wyzwaniem jest więc stworzenie stałych struktur na morzu. Nie sądzę, by był to olbrzymi skok jakościowy.
Wycieczkowce są też jego odpowiedzią na różne wyzwania prawne. – To w pewnym sensie nowe państwa. Przybijają do jednego portu, pływają pod flagą innego, zatrudniają ludzi z całego świata. Żadne państwo tego nie robi. Wycieczkowce tworzą kolaże z systemów prawnych całego świata, tak by odpowiadały one ich potrzebom. Z tego powodu trudno powiedzieć, do jakiego kraju należą. Przybijają nie tylko do portów macierzystych, a w czasie rejsu mogą zmienić banderę – mówi. Odpowiadam, że jak jemu jako obywatelowi amerykańskiemu wolno mieć tylko jeden paszport, tak nawet wycieczkowce muszą pływać pod jedną banderą. Skonfundowany Joe przyznaje, że tak do końca nie jest pewien, jak by to miało działać.
Na sam koniec przytaczam historię Sealandii i pytam o to, czy naprawdę wierzy, że uda im się stworzyć nowe mikropaństwo? – Wierzymy, że mobilne państwa o modularnej budowie są całkiem fajne i że wielu ludzi sądzi tak samo.
Tu muszę przyznać mu rację. Naturalnie z jednej strony idea seasteadingu jest dziecinna, przypomina nieco budowanie domków na drzewie, alternatywnych kryjówek przed poważnym światem dorosłych. Z drugiej strony jednak jest w tym coś romantycznego i brawurowo odważnego. To, że w czasach, gdy nawet pisarze science fiction nie opisują już utopii, istnieją ludzie, którzy wierzą w inny świat (jakikolwiek by był) tak mocno, że całkowicie poświęcają się swoim marzeniom bez oglądania się na rzeczywistość, jest jakoś pokrzepiające. Ale czy ich gorliwość wystarczy, żeby przekonać nieprzekonanych? Jeśli chodzi o mnie, to w życiu.
– Mam nadzieję, że zobaczymy się kiedyś na seasteadzie – żegna się ze mną Joe. Odpowiadam, że wolałbym raczej jakiś duży, wygodny wycieczkowiec.
Chcemy stworzyć rynek rządów konkurujących ze sobą o obywateli, którzy mieliby możliwość zmieniania władzy, kiedykolwiek by tego zapragnęli