Polska będzie trzecim – po Szwecji i Niemczech – państwem Unii Europejskiej, któremu uda się sprowadzić proporcję długu publicznego do produktu krajowego brutto do poziomu sprzed rozpoczęcia kryzysu. Wprawdzie w pewnej mierze jest to efekt przeniesienia środków zgromadzonych w otwartych funduszach emerytalnych, nie zmienia to jednak faktu, że na tle pozostałych krajów nasza sytuacja jest niezła.

– Konsolidacja fiskalna podjęta przez ostatnie kilka lat zbudowała wśród inwestorów finansowych wiarę w słuszność podjętej drogi. Wiarygodność, która została uzyskana tak dużym kosztem, nie może zostać utracona – napisał we wstępie do raportu World Economic Outlook Olivier Blanchard, główny ekonomista Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

O ile jednak w kwestii redukowania deficytów budżetowych większość państw Unii notuje postępy, o tyle z ograniczaniem długu publicznego idzie już gorzej. We wszystkich 28 państwach UE dług publiczny liczony jako odsetek PKB jest dziś wyższy niż w roku 2007 r., czyli ostatnim przed wybuchem światowego kryzysu, przy czym w 11 jest on wyższy co najmniej dwa razy. W 2007 r. dług publiczny mieszczący się poniżej dopuszczalnej przez Komisję Europejską granicy 60 proc. PKB miało 19 państw członkowskich, a dwa kolejne przekraczały ten poziom tylko nieznacznie. Jedynie dwa kraje miały dług publiczny przekraczający 100 proc. ich PKB, za to w trzech był on na poziomie jednocyfrowym. W bieżącym roku, według najnowszej prognozy Międzynarodowego Funduszu Walutowego, wartości poniżej 10 proc. nie osiągnie nikt, za to krajów z zadłużeniem ponad 100 proc. będzie już sześć. Liczba krajów mieszczących się w pułapie 60 proc. spadła do 12, czyli są już one w mniejszości.

Nic dziwnego, że komentarze na temat długu publicznego w UE są mało optymistyczne. – Niedawna pozytywna narracja, łącząca poprawę w gospodarce z dokonanymi reformami i odejściem od oszczędności budżetowych, przeszła w głębokie obawy w miarę, jak wzrost gospodarczy hamuje i rosną napięcia na rynkach – stwierdził, cytowany przez Bloomberga, Alessandro Leipold, były urzędnik MFW, obecnie główny ekonomista brukselskiej organizacji Lisbon Council.

Jednak w prognozach MFW jest także dobra informacja – w najbliższych latach powinna nastąpić poprawa. W całej Unii tylko siedem państw w roku 2019 – ostatnim objętym prognozą funduszu – będzie mieć wyższy poziom długu niż obecnie, przy czym pięć z nich szczyt długu ma jeszcze przed sobą, ale w 2018 lub 2019 r. znajdzie się on już w trendzie spadkowym. Zwraca też uwagę tempo spadku długu w krajach najmocniej dotkniętych przez kryzys – w Grecji dług publiczny spadnie w ciągu najbliższych pięciu lat aż o 39 pkt proc., a w Irlandii, Portugalii, na Cyprze i we Włoszech o kilkanaście punktów.

Inna sprawa, że schodzenie z długiem do poziomu przedkryzysowego potrwa bardzo długo. Przed końcem dekady uda się to tylko trzem krajom Unii – Szwecji, Niemcom oraz Polsce, a żaden z pozostałych nawet się nie zbliży do stanu z 2007 r. Szwedzkie zadłużenie spadnie poniżej wyjściowego pułapu już za dwa lata, niemieckie w 2018 r., a polskie – jeszcze rok później.

W przypadku Szwecji decydującym czynnikiem jest to, że w czasie kryzysu poziom zadłużenia wzrósł jedynie nieznacznie. Rząd byłego już premiera Fredrika Reinfeldta nie musiał ani ratować przed upadkiem rodzimych banków, ani uruchamiać pakietów stymulacyjnych, dzięki czemu cały czas utrzymywał zrównoważony budżet (największy deficyt to 2 proc. PKB, ale były też lata z nadwyżką). A ponieważ prognozy dla Szwecji na następne lata są bardzo dobre – stabilny, dość wysoki wzrost gospodarczy i nadwyżka budżetowa – jej zadłużenie nie tylko zejdzie do poziomu przedkryzysowego, ale później zacznie spadać jeszcze mocniej i szybciej. Inaczej było z Niemcami – z powodu kosztów ratowania banków i recesji ich dług w latach 2008–2010 wzrósł z 67 do 82 proc. PKB, ale potem Angela Merkel i jej minister finansów Wolfgang Schaeuble uznali, że najważniejszym elementem walki z kryzysem jest zrównoważenie budżetów i od dwóch lat Berlinowi udaje się nawet wypracowywać niewielkie nadwyżki. A ponieważ gospodarka rośnie, przekłada się to też na wyraźny spadek długu. W Polsce do przewidywanego spadku długu przyczynił się głównie transfer pieniędzy z OFE do ZUS, czyli coś, co było raczej sztuczką księgową niż efektem oszczędności. Ale też nawet gdyby do naszego zadłużenia dopisać 153 mld złotych (tyle przeniesiono do ZUS), to dzięki dobrym prognozom wzrostu na najbliższe lata, w 2019 r. dług wynosiłby nie 44,2, lecz 50,8 proc. PKB. To wprawdzie więcej niż przed kryzysem, ale wciąż byłby to jeden z najmniejszych przyrostów zadłużenia w całej Unii.