Na przykład – ile potrwa i jak głębokie będzie ostatnie, kolejne w ciągu kilku lat, spowolnienie. A potem po prostu podnosi lub obniża – ostatnio obniża – stopy procentowe, wczoraj referencyjną o 0,5 pkt proc. (lombardową aż o 1 pkt proc.). W tym drugim przypadku daje oddech wszystkim kredytobiorcom i ułatwia, np. przedsiębiorcom, pożyczanie pieniędzy. Pieniądz robi się tańszy i tylko ciułacze mogą zgrzytać zębami.

RPP prowadzi normalną politykę pieniężną? Robi to, co inne banki centralne? Jeśli ktoś tak uważa, powinien przemyć oczy i dobrze się rozejrzeć. Bo nie widzi świata, w jakim żyjemy.

Pojęcie normy w najbardziej konserwatywnej – wydawałoby się – sferze, jaką są finanse, bardzo się zmieniło. Najpierw wydawało się, że od normy odbiega tylko – bo być może musi, a w każdym razie bo mu wolno, skoro odpowiada za jedną czwartą globalnej gospodarki – Fed ze swoim gigantycznym luzowaniem ilościowym i ratowaniem amerykańskiej, ale i światowej ekonomii poprzez zerowe stopy i drukowanie dolarów. Potem dołączył Bank Anglii, a w końcu pojawiła się abeekonomia, a wraz z nią kontrowersyjna zmiana polityki Bank of Japan. Mimo niemieckich protestów Europejski Bank Centralny poddaje się na raty. A zapowiedziany program skupu aktywów, którego wartość może być liczona nie w miliardach, lecz w bilionach euro, wskazuje, że kapitulacja jest już na horyzoncie. Spadek w sierpniu produkcji przemysłowej w Niemczech, największy od prawie sześciu lat, nadaje temu nowy kontekst.

Jeśli nie cztery najważniejsze banki centralne świata wyznaczają normę, to kto? My wciąż płyniemy tradycyjnym kursem, troszcząc się głównie o to, czy wysokość stóp jest adekwatna do potrzeb i sytuacji, i trzymając się zdrowych zasad finansowej nawigacji, bo w naszej zatoce (jeszcze?) możemy sobie na to pozwolić. Ale świat wokół jest bardzo niebezpieczny. Gdyby nie był, wczorajsze cięcie stóp przez RPP byłoby mniejsze.