Wbrew temu, co deklarują projektodawcy, nie jest to rozwiązanie powszechne w Europie ani też indywidualnie zalecane Polsce przez Unię Europejską. W dodatku taki organ u nas istnieje – i to już od 2006 r. To Komisja Nadzoru Finansowego. KNF odpowiada za nadzór makroostrożnościowy. Zasiada w niej siedem osób, w tym przedstawiciele prezydenta RP, ministra finansów, ministra pracy i prezesa NBP. Co istotne, szefowie tych instytucji mają uprawnienia do osobistego zasiadania w KNF, ale tego nie czynią (z pojedynczymi incydentalnymi zdarzeniami w przeszłości), wysyłając swoich przedstawicieli. Dla odróżnienia urząd KNF oprócz bezpośredniego wsparcia swojej Komisji zajmuje się nadzorem mikroostrożnościowym, czyli np. inspekcjami w poszczególnych nadzorowanych podmiotach, ale także przygotowywaniem propozycji w obszarze nadzoru makroostrożnościowego.

Formuła ta nie neguje, a wręcz zachęca do przygotowywania i/lub postulowania o przygotowanie rozwiązań/instrumentów makroostrożnościowych przez ministra finansów lub bank centralny i omawianie ich na posiedzeniach Komisji. Bez odpowiedzi pozostaje osobista pasywność ministrów finansów i prezesów NBP, aby wykorzystywać tę ścieżkę. Wraz z utworzeniem KNF w NBP były wielokrotnie podejmowane działania na rzecz niewydzielania nadzoru bankowego z banku centralnego, a następnie przywrócenia choćby części kompetencji nadzorczych. Obecnie realizowanym pomysłem jest tworzenie nadzoru makroostrożnościowego. To NBP zabiegał o utworzenie RRS, ale ostatecznie projekt wyszedł z ministerstwa, dla którego – jak się okazało – była to okazja do ograniczenia kompetencji KNF i wzmocnienia pozycji resortu. Oczywiście nie ma mowy o tym, by ministerstwo czy NBP przejęły kompetencje nadzoru, ale przypomnijmy, że dziś w KNF mają tylko po jednym przedstawicielu przy trzech reprezentantach nadzoru. W Radzie ds. Ryzyka Systemowego proporcje będą zupełnie inne, a w dodatku to prezes NBP będzie szefem RRS, zaś przedstawiciel Ministerstwa Finansów będzie jej wiceprzewodniczącym.

Idealna sieć bezpieczeństwa finansowego (safety net) powinna być bilansem trzech niezależnych i rozłącznych polityk: pieniężnej (bank centralny), fiskalnej (rząd i minister finansów) oraz ostrożnościowej dla sektora finansowego (nadzór). Stworzenie RRS będzie w pierwszej odsłonie osłabieniem KNF w wymiarze politycznym, choć dużo ważniejsze są skutki w obszarze merytorycznym i niezależności. Zresztą pierwszym etapem kontestowania pozycji KNF było stworzenie Komitetu Stabilności Finansowej (z udziałem ministra finansów, prezesa NBP, przewodniczącego KNF, a od pewnego czasu także prezesa Bankowego Funduszu Gwarancyjnego).

Powołanie Rady ds. Ryzyka Systemowego to propozycja generująca, a nie ograniczająca ryzyko systemowe. Szczególnie problematyczne jest rozmywanie kompetencji i odpowiedzialności przy jednoczesnym kreowaniu tworów urzędniczych, które dodatkowo mogą zaburzać sprawność zarządzania w sytuacjach kryzysowych. RRS to dalece więcej niż koordynacyjno-dyskusyjna formuła Komitetu Stabilności Finansowej. W sytuacjach kryzysowych RRS będzie funkcjonowała dobrze tylko wtedy, jeśli wszyscy trzej główni zainteresowani (minister finansów, prezes NBP i przewodniczący KNF) nie będą próbować osiągać osobistych celów politycznych. Nie jest to pewne, patrząc choćby w nieodległą przeszłość tworzenia i wprowadzania nadzoru nad systemem SKOK w prowadzonym przez ministra finansów procesie legislacyjnym. Jeśli tylko jeden z uczestników RRS się wyłamie i spróbuje politycznie lub wizerunkowo osłabić dwóch pozostałych (zgodnie z dylematem więźnia znanym z teorii gier), zmusi ich do sporego wysiłku – produkowania masy dokumentów tylko w celu udowodnienia, że to, co robili, było słuszne. Osłabi to decyzyjność i sprawność zarządczą na rzecz biurokratycznego zabezpieczania archiwów na potrzeby przyszłych kontroli. Wszystko to będzie spowalniało zarządzanie oraz powiększało liczbę procedur. A przecież mówimy nie tylko o bieżącym, ale i kryzysowym ograniczaniu ryzyka w sektorze finansowym czy szerzej: w gospodarce.

Jeśli nadzór ma być silny i niezależny – wtedy nie potrzeba RRS, a KSF powinien utrzymać status forum umożliwiającego wymianę poglądów, informacji, ale bez kompetencji decyzyjnych, a z drugiej strony zapewniać elastyczność częstości spotkań adekwatną do wyzwań regulacyjnych i stabilnościowych na styku Ministerstwa Finansów, banku centralnego i nadzoru. Lepiej nie tworzyć ciał typu RRS o powierzchownej wszechstronności. Raczej należałoby uczytelniać i wzmacniać kompetencje obecnie istniejące. Niezależny i zintegrowany nadzór finansowy ma sens tylko wtedy, kiedy jest władny. Inaczej lepiej z niego w ogóle zrezygnować, a jego funkcje w komplecie włączyć w kompetencje banku centralnego.

Na tym jednak nie koniec. Poważne wątpliwości budzi, że w projekcie ustawy o nadzorze makroostrożnościowym zdecydowano się zawrzeć implementację unijnych regulacji dotyczących wymogów kapitałowych i płynnościowych wobec instytucji kredytowych: dyrektywy CRD IV i rozporządzenia CRR. Dobrze byłoby poznać uzasadnienie takiego kroku. Na razie połączenie tych dwóch spraw powoduje, że mówi się o pilności uchwalenia ustawy – z powodu konieczności szybkiej implementacji unijnych regulacji CRD i CRR (notabene i tak tradycyjnie z opieszałością implementowanych przez Ministerstwo Finansów). Podejście takie nie tylko miesza problematyki, ale wywiera nacisk na przyjęcie ustawy o wątpliwej potrzebie RRS pod pretekstem presji implementacji unijnych.

Chociaż w sprawie regulacji unijnych rzeczywiście jesteśmy spóźnieni, to i tak wpadamy w pułapkę, że nie były one przedmiotem poważnej dyskusji, a w szczególności w obszarze adekwatności rozwiązań ze względu na wielkość i ryzyko generowane przez różne grupy podmiotów i to już na wstępie ustawy tak akcentowanego ryzyka systemowego. W rezultacie na rynku krajowym mo że dojść do relatywnego polepszenia reguł gry dla dużych podmiotów kosztem tych najmniejszych, u nas przede wszystkim banków spółdzielczych.