Giełdą rządzi kokaina? Słysząc to pytanie, jedni przedstawiciele świata finansjery uśmiechają się pod nosem i protestują przeciwko informacjom wyssanym z palca. Inni milczą. Niektórzy odsyłają jednak do historii opisywanych przez dezerterów z giełdy. Bo ich wspomnienia często nie ustępują opowieściom o „Wilku z Wall Street”
Reklama
Geraint Anderson przez 12 lat pracował w londyńskim City – mieszczącej się ledwie na mili kwadratowej dzielnicy finansowej. Jako student nie planował takiej kariery, po dyplomie wyjechał do Indii. Do City przyciągnął go brat, Anderson dał się przekonać obietnicą, że będzie mógł odłożyć pieniądze na dalsze hulaszcze życie. Szybko okazał się jednym z najbardziej zdolnych doradców inwestycyjnych. Doszedł do czwartego miejsca w zestawieniu najlepszych brytyjskich finansistów, a jego zespół zajmował drugie miejsce wśród najbardziej wówczas skutecznych. Jeszcze jako biały kołnierzyk Anderson przyjął propozycję pracy w darmowej gazecie „Thelondonpaper”. Miał tam prowadzić anonimową rubrykę „Cityboy” (tak nazywa się białych mężczyzn pracujących w City) i przynosić redakcji mięso, czyli soczyste ploteczki z życia tych, którym londyńczycy zazdroszczą i których skrycie nienawidzą. Anderson zgodził się na współpracę i opisywał dla gazety grzeszki kolegów – wysokie ego, chciwość, rozwiązłość, mechanizmy dokonywania oszustw finansowych, a także nadużywanie narkotyków. Mógł być pewien, że gdy jego tożsamość wyjdzie na jaw, już nigdy nie znajdzie pracy w zawodzie.

Reklama
Finansista dobrze to jednak zaplanował – swoją tożsamość ujawnił po tym, jak na jego koncie znalazł się roczny bonus – nagroda za wartość dokonanych w transakcji. Potem poszedł na całość – nie tylko ujawnił się w macierzystej redakcji, lecz także napisał o życiu w City książkę. „Wiele osób zażywało za moich czasów kokainę. To świetny narkotyk dla cityboyów. Jest ekskluzywny, jest drogi, daje ci kopa, jak gdybyś właśnie znalazł się na parkiecie. Dla mnie był dobrym sposobem, by budować relacje z klientami. Wchodziliśmy w faustowski pakt – obaj wiedzieliśmy, że robimy coś nielegalnego, co może doprowadzić nas do utraty pracy. To nas wiązało. I pomagało po lunchu za 1,5 tys. dol., po którym ledwo mogłeś wstać. Kreska stawiała na nogi” – tak po coming oucie wspominał życie w City Anderson.
I choć na Andersona spadły ze strony dawnych kolegów gromy, jego rewelacje nie były odosobnione. Wątki dotyczące narkotyków poświadczył wkrótce inny finansista. „Zawsze byłem bardzo ostrożny. Zanim wchodzisz do toalety zażyć kokainę, sprawdzasz, czy ktoś może otworzyć przypadkiem drzwi, sprawdzasz, czy działa zamek” – mówił w anonimowym wywiadzie dla „Guardiana”. I dodawał: „Nie kontaktujesz się ze stereotypowymi dilerami. Twoi są biali, ubrani w garnitury, w średnim wieku. Mają złote karty kredytowe”. Finansista przyznał się też do zażywania narkotyków z klientami. „Nie tylko kokaina. Miałem z nimi rodzaj kodu językowego. Zawsze pytałem o muzykę, jaką lubią. Jeśli odpowiedzieli, że indie, mogliśmy iść na koncert i zapalić trawę. Jeśli house – kupowałem ecstasy albo ketaminę”.
Cityboy uważał, że każdy rynek finansowy działa w ten sam sposób, a najgorsze zdanie miał o Niemcach i Francuzach, którzy w jego opinii zdecydowanie przebijali w skłonności do narkotykowych imprez Brytyjczyków. Wszystkich razem wziętych mieli jednak przewyższać Amerykanie z Wall Street.

Biegun północny

„Wilk z Wall Street” wywołał w świecie finansowym wielkie kontrowersje. Film Martina Scorsesego o człowieku, który pracę w biurze maklerskim wiąże z nieustannymi imprezami i zażywaniem ogromnej ilości narkotyków, był posądzany o duże przejaskrawienia. Czy to aby na pewno przesada? Niektóre historie finansistów do złudzenia przypominają sceny z filmu.
Choćby doświadczenia Larry’ego Kudlowa, który jest dziś dziennikarzem ekonomicznym, prowadzi program „The Kudlow Report” w CNBC, okazjonalnie pisze też do największych gazet. Swoją karierę zaczynał, pracując przy senackiej kampanii Billa Clintona. Później zajął się rynkami finansowymi, przez lata pracował w amerykańskim banku inwestycyjnym Bear Stearns. Kudlow w 1994 r. wyleciał z firmy, po tym jak z powodu ciągu narkotykowego przegapił ważne spotkanie z klientem. W późniejszych wywiadach przyznawał, że w miesiąc potrafił wydać na narkotyki 10 tys. dol. (dziś jest czysty, po zwolnieniu poszedł na odwyk).
Kudlow nie był jednak w firmie odosobniony. Również jeden z prezesów, Jimmy Cayne, miał przygody z narkotykami, był nałogowym palaczem marihuany. Charles Gasparino, dziennikarz ekonomiczny, opisał w jednej ze swoich książek, że Cayne zażywał też kokainę, trzymał ją na biurku w butelce po środkach na ból głowy. Za podobne zachowanie został skazany 28-letni bankier David Frith. Przesiedzi siedem i pół roku w więzieniu za... sprzedaż narkotyków z własnego biurka.
Przygody z narkotykami miał mieć również Bernard Madoff, który od 2009 r. odsiaduje karę 150 lat więzienia za zbudowanie największej w historii piramidy finansowej i oszustwa na kwotę 65 mld dol. Jak wynika z cytowanych przez „Daily Mail” akt sądo wych, Madoff przynosił do biura tyle kokainy, że nazywano je biegunem północnym.

Closing bell

„Niewątpliwie na Wall Street zażywa się dużo kokainy” – w czwartek 16 kwietnia 1987 r. powiedział mediom Rudolph Giuliani. Późniejszy burmistrz Nowego Jorku, a wówczas jeszcze prokurator, miał powody do zadowolenia – właśnie udało mu się zatrzymać za posiadanie narkotyków 16 maklerów. „Spodziewamy się dalszych aresztowań związanych z tą sprawą” – mówił. I dotrzymał słowa – w sprawie aresztowano łącznie blisko 120 osób.
Operacja „Closing bell” stała się czarną kartą w historii Wall Street. Jej przygotowanie trwało cztery lata i wymagało współpracy ośmiu agencji rządowych. W oskarżeniu agenci federalni zarzucili maklerom nadużywanie narkotyków i powtarzające się naruszanie procedur bezpieczeństwa obowiązujących w firmach. Między innymi insider trading (przestępstwo polegające na wykorzystywaniu poufnych informacji) przy wprowadzaniu spółek do obrotu giełdowego oraz... handlowanie poufnymi danymi o spółkach w zamian za kokainę.
I choć właściciele spółek, w których pracowali zwolnieni maklerzy, tłumaczyli, że to tylko pojedyncze przypadki, „pospolite przestępstwo, które – traf chciał – zdarzyło się na Wall Street”, agenci federalni nie dawali za wygraną. Jak przekonywał w „Chicago Tribune” Robert M. Stutman, funkcjonariusze nie uwierzyli, że to aberracja. „Kiedyś, gdy broker chciał wyjść z pracy przed czasem, a sekretarka pomogła mu to ukryć, dawał jej kwiaty. Dziś daje jej gram kokainy” – opowiadał. „Ta sprawa pokazuje, jak narkotyki mogą wsiąknąć w miejsce pracy. Zwykle mówi się, że «sprawa narkotyków mnie nie dotyczy». Pokazaliśmy teraz przykład, który temu zaprzecza. Narkotyki dotyczą każdego, bo Wall Street dotyczy każdego”.
Ciekawe, co pomyślał agent Stutman, kiedy pół roku później, 19 października, w czarny poniedziałek, załamały się światowe rynki finansowe. W niecałe dwa tygodnie indeksy giełdowe w Hongkongu spadły o 45,5 proc., w Australii – o 41,8 proc., w Wielkiej Brytanii – o 26,45 proc., a w USA – o 22,68 proc. Do dziś niektórzy analitycy i dziennikarze ekonomiczni zestawiają te dwa wydarzenia ze sobą.
Nie tylko zresztą Amerykanie łączą kryzys giełdowy z narkotykami. „Maklerzy giełdowi zażywają narkotyki, stąd się biorą spadki” – powiedział w październiku 2011 r. Carlo Giovanardi, minister w kancelarii ówczesnego premiera Włoch Silvia Berlusconiego, uzasadniając, że w ciągu pół roku indeks FTSE MIB stracił 30 proc. Rząd zastanawiał się ponoć nad wprowadzeniem obowiązkowych testów antynarkotykowych dla mediolańskich maklerów.

Polska giełda

Czy te historie łączą się jakoś z polską giełdą? W kraju działa zarejestrowanych ok. 2,5 tys. maklerów papierów wartościowych. Większość z nich codziennie obraca gigantycznymi kwotami, maklerzy znaleźli się na 10. miejscu listy najlepiej opłacanych pracowników w Polsce. Z danych opublikowanych przez tygodnik „Polityka” wynika, że co czwarty z nich zarabia miesięcznie ponad 10,5 tys. zł. Nic dziwnego, że ta praca rozpala wyobraźnię.
– Jeśli mogę ci coś doradzić, napisz, że dzisiejszy świat finansjery nie wygląda tak, jak w filmie – krótko odpowiada mi na pytanie jeden z maklerów, znajomy znajomego. Choć zaznaczam, że interesują mnie nawet obiegowe plotki – choćby po to, by spróbować zweryfikować, czy nie kryje się w nich ziarno prawdy – makler odpowiada, że o swojej pracy w tym kontekście rozmawiać nie będzie. Podobnie jak inny, zatrudniony w jednym z największych w Polsce domów inwestycyjnych. – Ten film nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością, zwłaszcza jeśli chodzi o styl życia – przekonuje. Tłumaczy, że maklerzy po prostu nie mogą sobie na to pozwolić, bo licencję na wykonywanie zawodu bardzo trudno zdobyć. Za to dość łatwo stracić. O jednym i drugim decyduje Komisja Nadzoru Finansowego. Przygotowywany przez nią dwa razy do roku egzamin zdaje ok. 10 proc. z tych, którzy do niego podchodzą. – Komisja może skreślić maklera z listy albo zawiesić jego uprawnienia do wykonywania zawodu nawet na dwa lata, jeśli wypełniając swoją pracę, naruszy on przepisy prawa, wewnętrzne regulaminy, zasady uczciwego obrotu albo interesy klientów – mówi Łukasz Dajnowicz z KNF i dodaje, że co roku odbieranych jest w Polsce kilka licencji.
O narkomanii wśród maklerów papierów wartościowych najwięcej mówią specjaliści od uzależnień. Badania, w których o narkotyki pytał Polaków CBOS, pokazują, że po używki sięgają najczęściej osoby między 18. a 34. rokiem życia, z największych miast, z wyższym wykształceniem. Zwykle z jednej strony studenci, z drugiej – kadra kierownicza i specjaliści. Mariusz Jędrzejko, szef Mazowieckiego Centrum Profilaktyki Społecznej, doprecyzowuje te wyniki i wskazuje maklerów wprost jako grupę podwyższonego ryzyka. W artykule „Współczesne teorie uzależnień od substancji psychoaktywnych” postawił ich w jednym rzędzie z zawodowymi kierowcami, informatykami i żołnierzami. Prostą przyczyną sięgania po narkotyki ma być w ich przypadku łatwo osiągalny wzrost wydajności i możliwość dłuższego skupienia się na pracy.
Choć takie uzasadnienie brzmi przekonująco, o „Wilka z Wall Street” i narkotyki na giełdzie pokłócili się niedawno goście Tadeusza Mosza, który w TOK FM prowadzi audycję „EKG”. Niemal zgodnie stwierdzili, że film to groteska. Tylko Rafał Antczak, wiceprezes Deloitte, podkreślił, że narkotykowe ekscesy, „czy to się komuś podoba, czy nie, mają miejsce”. Nie znalazł jednak czasu, by ten wątek rozszerzyć dla DGP. Służby prasowe firmy odesłały nas do książek, które ukazały się na ten temat.
Inni eksperci też każą raczej szukać i „wilków”, i prawdziwych problemów gdzie indziej. Choćby tam, gdzie spekulacji walutowych dokonywał Goldman Sachs. Bank przyznał się między innymi do manipulacji kursem złotego, a ekonomiści nie mają wątpliwości, że wskutek tych działań polska waluta z dnia na dzień traciła na wartości. Dla tych, którzy nagle zaczęli płacić znacznie większe raty kredytów, pytanie o to, czy finansiści coś zażywali, było naprawdę ostatnim, które warto sobie zadać.
Nie kontaktujesz się ze stereotypowymi dilerami. Twoi są biali, ubrani w garnitury, w średnim wieku. Mają złote karty kredytowe. Narkotyki brałem z klientami. Miałem z nimi rodzaj kodu językowego. Zawsze pytałem o muzykę, jaką lubią. Jeśli odpowiedzieli, że indie, mogliśmy iść na koncert i zapalić trawę. Jeśli house – kupowałem ecstasy albo ketaminę