Problem w tym, że patrioty kupowane w ramach programu Wisła to kluczowy, ale nie jedyny zakup, którego potrzebuje Wojsko Polskie. O farsie z zakupem śmigłowców napisano już wiele, ostatni rozdział to niedawne przełożenie terminu składania ofert na cztery śmigłowce do zwalczania okrętów. W sumie różnych „śmigieł” miało być 50.

Jeśli chodzi o okręty, to ostatnio widzieliśmy nieudany zakup, czyli brak zakupu, fregat Adelaide. W ostatniej chwili został on wstrzymany przez premiera Mateusza Morawieckiego. Zanim pomyślano jeszcze o adelaidach, planowano zakup okrętów Miecznik i Czapla. I wciąż się planuje. Można też tu pisać o okrętach podwodnych, które też mieliśmy kupować (te, które pływają, w ciągu kilku lat trzeba będzie przerobić na żyletki). O wielkim wyrzucie sumienia wojsk lądowych – czyli bojowym wozie piechoty, nie warto wspominać. Te będące w służbie pamiętają lata 70. XX w.

Potrzeby są ogromne. Ale system zakupów uzbrojenia jest w Polsce dysfunkcyjny. Od definicji potrzeb do przeprowadzenia przetargu, a później dostaw bardzo często mija kilkanaście lat. By popychać tę biurokratyczną hydrę w jakimś kierunku, by powoli dreptać i tak nie najkrótszą drogą w stronę finalizacji zakupów, potrzebny jest wiceminister, który skupia się tylko na tym. I który jest w stanie wymóc decyzje tak inercyjnej instytucji, jaką jest resort obrony.

Za czasów Macierewicza taką rolę odgrywał Bartosz Kownacki. Choć zapamiętany pewnie zostanie głównie z niefortunnej wypowiedzi o uczeniu Francuzów jedzenia widelcem, to jednak za jego pobytu w ministerstwie podpisano umowy m.in. na samoloty dla najważniejszych osób w państwie, a także na armatohaubice Krab, samobieżne moździerze Rak czy modernizację czołgów Leopard. To kontrakty warte miliardy złotych. Można te decyzje krytykować, ale widać, że ten sprzęt do wojska dociera bądź wkrótce dotrze.

Przed Kownackim, jeszcze za czasów Tomasza Siemoniaka, funkcję wiceministra pełnił Czesław Mroczek. Jego pozycja polityczna przekładała się na to, że w ministerstwie mógł coś zrobić: doprowadzono prawie do końca wspominane kraby, raki czy leopardy (choć zabrakło politycznej odwagi, by je podpisać), kupowano też pociski do samolotów F-16. Przed Mroczkiem ministrem był gen. Waldemar Skrzypczak. Nie poseł, ale osobowość silna, były dowódca wojsk lądowych. Za jego obecności w ministerstwie doszło do zakupu kolejnej partii czołgów Leopard czy przełomu w kwestii dostarczenia podwozia do wspominanych armatohaubic Krab. Ze stanowiska odstrzeliła go Służba Kontrwywiadu Wojskowego do spółki z lobbystami zbrojeniówki. Tych trzech ministrów można krytykować, ale trudno im zarzucić, że nic się w procesach zakupowych nie działo – to było ich główne zajęcie. Nawet jeśli czasem chodziło głównie o piarowskie zagrywki, to podpisanych umów przybywało.

Wraz z przyjściem do resortu Mariusza Błaszczaka wiceministrem do spraw zakupów został Sebastian Chwałek. Wcześniej wiceszef MSWiA. Przez pół roku w MON nie podjął żadnej znaczącej decyzji odnośnie do zakupu sprzętu. Za to, jak głosi wieść korytarzowa, udało mu się zbudować w budynku przy al. Niepodległości małą siłownię. Dziś wiceminister Chwałek pełni już funkcję wiceprezesa Polskiej Grupy Zbrojeniowej, którą wcześniej nadzorował. Nie wiem, czy tam siłownia już powstała.

Za to teraz nad modernizacją i zakupami zbrojeniowymi bezpośrednio nadzór sprawuje minister Mariusz Błaszczak. W ministerstwach tak zazwyczaj jest, że ministrowie są od przecinania wstęg, reprezentacji na najwyższym szczeblu i podejmowania decyzji kierunkowych. Ale od codziennej orki i roboczych spotkań, faktycznie popychania ministerialnych rzeczy do przodu są wiceministrowie. Nie da się efektywnie działać w obu tych płaszczyznach – doba jest za krótka, któraś sfera musi na tym ucierpieć. Ministra Błaszczaka widzimy na licznych uroczystościach. Temu obszarowi poświęca wiele czasu. To oznacza, że nie ma go na kwestie modernizacji i zakupu sprzętu dla Wojska Polskiego. Jest to jasny sygnał, że rząd premiera Morawieckiego podpisywanie kolejnych kontraktów na nowe uzbrojenie sobie odpuszcza. Widać to choćby po zakupie artylerii dalekiego zasięgu, gdzie zamiast trzech dywizjonów (56 sztuk) kupimy teraz ledwie jeden (18 sztuk).

Oczywiście pewnym wytłumaczeniem takiego stanu rzeczy jest to, że podpisany już zakup patriotów i negocjowany właśnie zakup ich kolejnej transzy wydrenuje budżet MON na nowy sprzęt. Jeśli to główna przyczyna, to jasne i roztropne rozwiązanie jest tylko jedno: trzeba zwiększyć i zracjonalizować wydatki na obronność.

Znacznie gorszym wytłumaczeniem braku uwagi dla tej kwestii byłoby to, że rządzący modernizacji wojska zwyczajnie nie traktują jako kluczowej.

Niezależnie od tego, które tłumaczenie jest prawdziwe – ten stan rzeczy trzeba pilnie zmienić.