Zaczęło się całkiem nieźle. Pod koniec marca, nieco ponad dwa miesiące po objęciu funkcji ministra obrony, Mariusz Błaszczak podpisał umowę na dostarczenie zestawów Patriot. To kluczowy system dla obrony polskiego nieba. Podstawa, o którą wojskowi dopominają się od lat. I choć tak naprawdę Błaszczak niejako spił tylko śmietankę, bo przyszedł na gotowe (najważniejsze negocjacje przeprowadzono za czasów duetu Macierewicz – Kownacki, a rozmowy toczyły się jeszcze wcześniej), to jednak on w świetle kamer umowę podpisał
Problem w tym, że patrioty kupowane w ramach programu Wisła to kluczowy, ale nie jedyny zakup, którego potrzebuje Wojsko Polskie. O farsie z zakupem śmigłowców napisano już wiele, ostatni rozdział to niedawne przełożenie terminu składania ofert na cztery śmigłowce do zwalczania okrętów. W sumie różnych „śmigieł” miało być 50.
Jeśli chodzi o okręty, to ostatnio widzieliśmy nieudany zakup, czyli brak zakupu, fregat Adelaide. W ostatniej chwili został on wstrzymany przez premiera Mateusza Morawieckiego. Zanim pomyślano jeszcze o adelaidach, planowano zakup okrętów Miecznik i Czapla. I wciąż się planuje. Można też tu pisać o okrętach podwodnych, które też mieliśmy kupować (te, które pływają, w ciągu kilku lat trzeba będzie przerobić na żyletki). O wielkim wyrzucie sumienia wojsk lądowych – czyli bojowym wozie piechoty, nie warto wspominać. Te będące w służbie pamiętają lata 70. XX w.