Zbudowaliśmy niezwykle skomplikowane państwa, a bogaci nauczyli się wykorzystywać to do własnych celów. Przejęli gospodarkę.

Oligarcha. Gdy słyszymy to słowo, wyobrażamy sobie lekko otyłego mężczyznę w okolicach sześćdziesiątki, który nosi bardzo drogi garnitur, jeździ jeszcze droższym autem, jego posiadłość ma rozmiar powiatu i mieszczą się na niej – oprócz wilii stylizowanej na zamek – jezioro, las, korty tenisowe oraz pole golfowe. Posiada także kilka klubów sportowych i niezgrabnie pozuje na filantropa. Stać go na to wszystko, bo włada na Syberii licznymi kopalniami wydobywającymi metale szlachetne. Swoją pozycję zawdzięcza nie ciężkiej pracy, ale niejasnym powiązaniom, których korzenie sięgają jeszcze systemu komunistycznego. Wciąż zresztą jest „zblatowany” z władzą państwową. I to do tego stopnia, że trudno powiedzieć, kto w tym układzie jest stroną silniejszą – on czy decydenci. Dylemat znika, gdy sam staje się politykiem. Oligarcha to w naszym wyobrażeniu gangster ze Wschodu bogacący się kosztem dobrobytu zwykłych ludzi.

Ale wkrótce po tym, gdy już sobie tego gangstera ze Wschodu wyobrazimy, na naszej twarzy pojawia się wyraz ulgi. Oligarchia to przecież problem – właśnie! – Rosji, Ukrainy, innych państw postsowieckich, ale nie nasz – Polaków, Europejczyków, Amerykanów. Nie nasz, pocieszamy się, cywilizowanych ludzi Zachodu, wierzących w demokrację, równość i prawo. Czy na pewno? Coraz większa grupa ekonomistów przekonuje, że problemy, z którymi zmaga się Zachód – stagnacja gospodarcza czy nierówności – są związane z zupełnie nową i nie mniej groźną odmianą oligarchii. Taką, której nie widać na pierwszy rzut oka.