statystyki

W polskim prawie wiele jest absurdów, które prowadzą do marnowania żywności [WYWIAD]

autor: Jakub Pawłowski23.05.2018, 07:25; Aktualizacja: 23.05.2018, 09:49
Marek Borowski, prezes zarządu Federacji Polskich Banków Żywności

Marek Borowski, prezes zarządu Federacji Polskich Banków Żywnościźródło: Dziennik Gazeta Prawna

- W polskim prawie wiele jest absurdów, które prowadzą do marnowania żywności - mówi w wywiadzie dla DGP Marek Borowski, prezes zarządu Federacji Polskich Banków Żywności.

Każdego roku 9 mln ton jedzenia w Polsce niepotrzebnie trafia do kosza. Jednocześnie prawie 2 mln Polaków żyje w skrajnym ubóstwie. Wciąż jednak tylko pojedyncze miasta mówią o tym problemie głośno i podejmują działania. Dlaczego tak wiele samorządów nie kwapi się do współpracy z bankami żywności?

To nie jest tak, że samorządy są niechętne. Oczywiście współpraca w wielu przypadkach mogłaby wyglądać lepiej, ale i tak udaje się nam wspólnie osiągnąć bardzo dużo. Tylko w zeszłym roku wsparliśmy prawie 1,5 mln osób potrzebujących i przekazaliśmy ponad 65 tys. ton żywności na cele społeczne. To ponad 3,2 tys. tirów wypełnionych jedzeniem, które trafiły do ubogich. Byłoby to niemożliwe bez wsparcia samorządów, które często potrafią najlepiej wskazać, gdzie zapotrzebowanie na pomoc jest największe. Widzimy też wiele dobrych przykładów i ciekawych lokalnych inicjatyw np. foodsharing, który z powodzeniem działa chociażby w Warszawie, Poznaniu, Szczecinie.

Na czym on polega?

Foodsharing sprowadza się do udostępnienia lokalu, bądź nawet samej lodówki w miejscu publicznym. Mieszkańcy, którzy np. wyjeżdżają i nie mają co zrobić z jedzeniem, mogą je tam zostawić. Potrzebujący mogą zaś po nie łatwo sięgnąć, bez jakiejkolwiek biurokracji. Najlepiej funkcjonuje to w okolicach dworców, czy schronisk. Foodsharing działa niejako w pewnej luce prawnej. W przeciwieństwie do banków żywności, które dystrybuują ogromne ilości produktów na masową skalę i przy zachowaniu bezpieczeństwa całego łańcucha żywności pod pełnym nadzorem służb. Inicjatywa foodsharingu ma też bardziej lokalny charakter i nie jest tak kosztowna.

Jednak wciąż nie obserwujemy wysypu takich jadłodajni. Jak już, to głównie w dużych miastach. Dlaczego tak się dzieje?

To, że foodsharing nie wymaga wielkich nakładów po stronie samorządu, nie oznacza też, że uruchomienie takiej inicjatywy odbywa się bezkosztowo. Bo nawet jeżeli łatwo jest wygospodarować przestrzeń na szafki, gdzie można zostawić niepsujące się szybko produkty, to i tak przecież ktoś musi tego pilnować, posprzątać i od czasu do czasu wyrzucić to, co się przeterminowało. Widzimy, że właśnie ten praktyczny wymiar, że ktoś się będzie tym musiał zajmować, jest największą barierą, nie finanse.


Pozostało jeszcze 63% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Polecane

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Polecane