Tak wysokiej inflacji nie mieliśmy od stycznia 2013 r. Eksperci nie są zaskoczeni ani zaniepokojeni, mimo że tendencja zmieniła się dość gwałtownie – jeszcze w połowie zeszłego roku mieliśmy do czynienia z deflacją, a ceny spadały w tempie niemal 1 proc. rocznie.

– Wzrost cen wynika przede wszystkim ze zwyżki cen ropy naftowej i żywności. Niemal dokładnie rok temu ropa była w dołku, więc obecnie wpływ zmiany trendu na tym rynku jest najsilniej odczuwalny. Wzrost cen żywności to pochodna ostrzejszej niż przed rokiem zimy – ocenia Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego.

W styczniu baryłka ropy brent kosztowała nawet 58 dol., rok wcześniej notowana była poniżej 30 dol. Tak znaczący wzrost spowodował, że wskaźnik cen w kategorii transport podskoczył o 9 proc. w ciągu roku, najwięcej od pięciu lat. Wpływ na to mają przede wszystkim wyższe ceny paliw na stacjach benzynowych – z danych Polskiej Izby Paliw Płynnych wynika, że za olej napędowy płacimy o 23 proc. więcej niż przed rokiem, a etylina 95 podrożała o 17 proc. Ceny żywności i napojów bezalkoholowych poszły w górę o 3,3 proc. To czteroletni rekord.

– Droższe paliwa mają pośredni wpływ na ceny wielu innych produktów, który jeszcze się w pełni nie ujawnił. Nawet więc jeśli ropa nie będzie już drożała, to i tak podbije wskaźniki inflacji w przyszłości – zwraca uwagę Michał Dybuła, główny ekonomista BGŻ BNP Paribas.

To m.in. dlatego już na przełomie I i II kw., jak prognozuje Rafał Benecki, inflacja przekroczy 2 proc. Jak ocenia ekonomista, wpływ na jej wzrost mają nie tylko efekty statystyczne związane z porównywaniem relatywnie wysokich bieżących cen z niskimi ich wartościami przed rokiem. – Wzrosła płaca minimalna, co przełoży się na wyższe ceny usług, co do których koszty wykonywania niżej kwalifikowanych zajęć mają znaczenie. Podrożeją np. usługi związane z obsługą nieruchomości. Szybciej niż w zeszłym roku będzie także rósł poziom wynagrodzeń w całej gospodarce, co również będzie wywierało presję na zwyżkę cen – uważa Benecki.

Ekonomista ocenia, że przeciętne wynagrodzenie może się podnieść w tym roku o 5–6 proc. wobec 4 proc. w 2016 r. To będzie oznaczać, że tempo ich wzrostu stanie się zdecydowanie wyższe od inflacji. Tym samym siła nabywcza naszych zarobków wzrośnie i nie odczujemy w istotnym stopniu wyższych cen.

Michał Dybuła ocenia, że w połowie roku tempo wzrostu cen sięgnie 2,5 proc. i będzie oscylowało wokół tej wartości. To zarazem poziom celu inflacyjnego wyznaczonego przez NBP. Dbałość o stabilny poziom cen to główne zadanie banku centralnego, można się zatem zastanowić, czy Rada Polityki Pieniężnej nie będzie zmuszona do podniesienia w tym roku stóp procentowych. To by oznaczało, że będziemy płacić wyższe odsetki kredytów. Z komunikatu po styczniowym posiedzeniu RPP wynika, że jej członkowie postrzegają rosnąca inflację podobnie jak większość ekonomistów – jako przejściowy efekt statystyczny, który nie jest groźny dla gospodarki. Adam Glapiński, prezes NBP, zapewnił, że podwyżka stóp procentowych w tym roku nie będzie konieczna. Także z opublikowanej wczoraj prognozy Komisji Europejskiej nie wynika, żeby presja na zwyżkę cen miała być wysoka. Bruksela obniżyła oczekiwania co do tempa wzrostu polskiej gospodarki w 2017 r. do 3,2 z 3,4 proc.

– Przez dwa lata mieliśmy deflację, ceny spadały. Teraz wracają do pewnego poziomu równowagi. Na razie to zjawisko nie jest niepokojące. Ale zakładam, że w kolejnych prognozach NBP będzie się jednak pojawiać coraz wyższa inflacja i te dane nie pozostaną bez wpływu na RPP – mówi Dybuła.

Jednak podniesienie stóp procentowych już w tym roku ekonomista BGŻ BNP Paribas przyjmuje za scenariusz alternatywny, chociaż jego prawdopodobieństwo wcale nie jest takie niskie. – Długoterminowe rynkowe stopy procentowe rosną. Jeśli wzrost ten doprowadzi do zamieszania na rynkach finansowych, odpływu kapitału z rynków wschodzących i osłabienia złotego, to w takich warunkach nie wykluczyłbym podwyżki stóp – ocenia Dybuła.