Kiedyś zamieszki, spotkania i deklaracje. Dziś ruch alterglobalistów kładzie się na cmentarzu historii, choć jego postulaty stają się coraz głośniejsze.
Cisza. Spokój. Można rzec – marazm. Choć Zachód po obu stronach Atlantyku próbuje właśnie „spiąć się” negocjowanymi w tajemnicy umowami handlowymi CETA i TTIP, nie dochodzi do żadnych protestów. Ulice są puste, a głosy wątłej krytyki ciche.
A przecież w 2001 r. w Genui 200 tys. lokalnych i przejezdnych demonstrantów wyszło na ulice tego miasta, by zaprotestować przeciwko szczytowi G8. Wtedy politycy rozmawiali o... redukcji biedy na świecie. Koktajle Mołotowa, rozbijane witryny korporacyjnych sklepów i setki rannych. Jeden zabity. Z jednej strony protesty nakręcał tzw. czarny blok złożony w pewnej mierze z zaprawionych w ulicznych bojach włoskich, i nie tylko, anarchistów. Po drugiej stronie barykady stała policja, której przedstawiciele w czasie tych dni łamali prawo i nadużywali przemocy, za co po siedmiu latach 13 z nich zostało skazanych. Obrazki tych scen obiegły światowe media. Podobnie jak dwa lata wcześniej demonstracje z Seattle. Niektórzy właśnie wydarzenia na Zachodnim Wybrzeżu USA, później nazwane bitwą o Seattle, traktują właśnie jako symboliczny początek ruchu alterglobalistów.