Idee zrodzone podczas krachu grynderskiego w XIX w. przyniosły Europie komunizm i faszyzm. Aż strach pomyśleć, co może się przydarzyć, jeśli Deutsche Bank na poważnie zachwieje się w swoich posadach.
W coraz bardziej niepokojącej ciszy Deutsche Bank chwieje się w posadach. W ciągu roku cena za akcję jednej z największych instytucji finansowych świata spadła dwukrotnie, z 31 do 14 euro. Co nie dziwi, skoro w zeszłym roku DB zanotował 6,8 mld euro straty. Aby ratować sytuację, zarząd zdecydował się na zaciskanie pasa i jak doniosło w tym tygodniu „Deutsche Welle”, zamkniętych zostanie 188 placówek na terenie Niemiec. W wyniku tego pracę straci ponad 3 tys. osób.
Jednak kolejne oszczędności nie likwidują kluczowego problemu. Od 1995 r. DB zaczął konsekwentnie przekształcać się w bank inwestycyjny, aż wreszcie ok. 70 proc. jego przychodów stanowiły inwestycje na rynkach finansowych. Przed krachem w 2008 r. stał się liderem w obrocie derywatami. Czyli instrumentem finansowym – jak wyszło na jaw podczas światowego kryzysu – wymyślonym przez fizyków kwantowych specjalizujących się w teorii prawdopodobieństwa oraz matematyków wyprowadzających wzory z teorii nieoznaczoności Heisenberga. Niezwykle skomplikowane algorytmy pozwalały sztucznie mnożyć kapitał, dopóki panował hossa. Ale przyszedł kryzys i Deutsche Bank pozostał z derywatami o nominalnej wartości 55 bln euro! Co jest kwotą większą niż roczne budżety wszystkich krajów Unii Europejskiej. Na szczęście zabezpieczały je obligacje rządowe (głównie niemieckie). Dopóki ich wartość jest wysoka, to niewyobrażalna góra derywatów jakoś trzyma się w całości. Gdy jednak zaczyna choć trochę spadać, natychmiast słychać pomruk nadciągającej lawiny. A jeśli ona ruszy, to wtedy...
Reklama
Wielcy założyciele Deutsche Banku z Hermannem Wallichem na czele muszą się przewracać w grobach. Gdyby bowiem zarząd DB choć trochę korzystał z ich nauk, wiedziałby, w jakim momencie mówi się pas, nim światowa katastrofa zmiecie z powierzchni ziemi banki inwestycyjne.
Apetyt po darmowym obiadku

Reklama
Gdyby deputowany do Reichstagu Ludwig Bamberg i zamożny bankier Adelbert Delbrück wiedzieli, jaka rewolucja się szykuje, wówczas oszczędziliby sobie urzędniczej gehenny. Surowe pruskie prawo zezwalało na założenie spółki akcyjnej dopiero po zgromadzeniu olbrzymiej liczby dokumentów i otrzymaniu od państwa stosownej koncesji. Deutsche Bank był gotowy do rozpoczęcia działalności już w styczniu 1870 r., ale na wymaganą koncesję musiano poczekać jeszcze dwa miesiące. A potem w lecie wybuchła wojna z Francją i konserwatywny niemiecki świat nagle stanął na głowie. W zjednoczonej II Rzeszy wprowadzono zupełnie nowe, totalnie zliberalizowane prawo gospodarcze. Spółkę akcyjną mógł założyć każdy i bez jakiejkolwiek kontroli ze strony państwa wprowadzić ją na giełdę.
Jednak nie miałoby to aż tak daleko idących konsekwencji, gdyby nie chciwość Ottona von Bismarcka. Zaraz po kapitulacji Paryża pod koniec stycznia 1871 r. Żelazny Kanclerz zgodził się na negocjacje z francuskim rządem w Wersalu. Do rezydującego tam premiera Adolfa Thiersa posłał swoich dwóch zaufanych finansistów: górnośląskiego przemysłowca Guidona Henckla von Donnersmarcka i osobistego bankiera Gersona Bleichrödera. Nakazał im wymuszenie na Francuzach jak najwyższego okupu, nazwanego dla lepszego brzmienia reparacjami wojennymi. Bismarck wyznaczył właściwe osoby do tego zadania. Thiers dał się zaszantażować tym, że wojska niemieckie zostaną na terenie jego kraju tak długo, aż wyegzekwują satysfakcjonujące Berlin odszkodowanie. Zgodził się więc na gigantyczną kwotę reparacji, wynoszącą 5 mld franków w złocie. Było to więcej niż roczny PKB Prus. „Lawina złota, którą dowoziły z Paryża silnie strzeżone, zaplombowane pociągi specjalne, nie mieściła się nie tylko w sejfach banków berlińskich, lecz także w wyobraźni pruskiej biurokracji finansowej” – opisuje Günter Ogger w książce „Geniusze i spekulanci. Jak rodził się kapitalizm”.
W Paryżu stawano na głowie, by szybko spłacić całą kwotę i tym sposobem pozbyć się z Francji niemieckich żołnierzy. Mając do dyspozycji nagle ogromne sumy, niemiecki rząd zadziałał w sposób na pierwszy rzut oka logiczny, ale mało przemyślany. Pośpiesznie spłacono wszystkie długi i zobowiązania, a zwłaszcza pożyczkę wojenną. Do rąk posiadaczy pruskich obligacji rządowych trafiła nadprogramowa gotówka. „Jak niegdyś kalifornijscy poszukiwacze złota, tak teraz po wspaniałym zwycięstwie Bismarcka nad Francuzami trzeźwi dotychczas obywatele Prus i innych państw niemieckich popadli w prawdziwy amok. Czynnikiem, który wyzwolił niemiecką gorączkę złota, była największa w dziejach suma pieniędzy, jaką zwycięzcy udało się wydębić od pokonanego przeciwnika” – tłumaczy źródło przyszłej giełdowej hossy Günter Ogger.
Kto żyw szedł do banku i kupował akcje jakichś firm. Co z kolei powodowało, że pojawiało się ich coraz więcej. Między rokiem 1790 a 1870 w Królestwie Prus powstało ok. 300 spółek akcyjnych. Potem minęły dwa lata i doszlusowało do nich 780 nowych. Normą stało się to, że kilka osób tworzyło komitet założycielski spółki, a następnie, przepłacając dwu- lub trzykrotnie, na pniu kupowało jakąś fabrykę (nawet obojętnie jaką). Tak powstałe przedsiębiorstwo sprzedawało swoje akcje na giełdzie. Wkrótce nie tylko odzyskiwało całą wyłożoną sumę, lecz również osiągało wielokrotny zysk ze sprzedanych udziałów. Co dodatkowo napędzało wzrosty cen i popyt. „Każde pismo i pisemko podawało notowania giełdowe, prowadziło stałą rubrykę wiadomości giełdowych, w dziale ogłoszeń, a nawet w części redakcyjnej codziennie ukazywały się reklamy nowych przedsiębiorstw i akcji” – opisywał spekulacyjną gorączkę żurnalista Otto Glagau w wydanej w 1877 r. książce pod wiele mówiącym tytułem „Oszustwa giełdowe i gospodarcze w Berlinie”.
Narodziła się nawet nowa profesja – giełdowego domokrążcy. „Chodzili oni od domu do domu, zaglądając do wszystkich kątów od piwnic po mansardy, oferując akcje. Giełdy miały wszędzie swoich agentów, w pipidówkach i zabitych deskami wsiach. Zachwalali oni rzemieślnikom i chłopom takie czy inne papiery wartościowe, obiecując złote góry” – odnotował Glagau.
Rynek finansowy w II Rzeszy pęczniał od nadmiaru kapitału w papierach wartościowych, które stale drożały. Zaczynało wręcz brakować pomysłów, gdzie jeszcze go lokować. Nieliczne głosy ostrzegające przed możliwym krachem zwyczajnie lekceważono, ignorując zasadę, iż nie ma darmowych obiadków. Za to zwrócono uwagę na funkcjonujące w Wiedniu banki grynderskie.
Grynderskie zło
Prekursorem bankowego grynderstwa w II Rzeszy stał się Deutsche Bank. Jego dyrektor generalny Georg von Siemens przekonał właścicieli, że aby szybko się rozwijać, należy zapewnić firmom łatwy dostęp do kredytów inwestycyjnych, samemu inwestować w akcje spółek giełdowych, a potem zakładać też własne. W przypadku klasycznego bankierstwa taka aktywność instytucji finansowej była sprawą nie do pomyślenia. Brytyjczycy uważali ją wówczas za szczyty szalbierstwa, lecz niemiecka moda okazała się bardzo zaraźliwa. Zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, gdzie Deutsche Bank zaczął lokować zebrany od Niemców kapitał, uczestnicząc m.in. w budowie transkontynentalnych linii kolejowych. Dzięki temu szybko pomnożył swoje zasoby do kwoty ponad 15 mln dolarów, co dziś stanowiłoby odpowiednik około miliarda euro. Wkrótce powstały zagraniczne oddziały DB w Londynie, Jokohamie i Szanghaju.
Inne banki grynderskie, pojawiające się jak grzyby po deszczu, napędziły boom kolejowy w Rzeszy. Dość powiedzieć, że w zaledwie kilka lat zbudowano 12 tys. km nowych dróg żelaznych. Jednak głównym źródłem zysków dla tych instytucji finansowych stały się giełdy. Tam lokowano gotówkę, kupując akcje lub zakładając własne spółki emitujące papiery wartościowe. Dzięki temu kapitał mnożył się sam z siebie.
Rzadkie głosy rozsądku natychmiast pacyfikowano. Współzałożyciel Deutsche Banku poseł Bamberg w przemówieniu w Reichstagu nazwał gazety krytykujące giełdowe operacje „prasą brukową”. Wówczas dziennikarz Rudolf Meyer wyzwał go na pojedynek. Ale coraz bogatszy polityk nie miał ochoty stracić życia, strzelając się z jakimś pismakiem. Odwołał więc swoje słowa. Niewiele to zmieniło. „Publika waliła drzwiami i oknami, tarasowała ulice, oblegała banki. A kiedy wreszcie otwierały się drzwi, wlewała się do środka rzeka ludzi, i w jednej chwili wyłożone listy subskrypcyjne pokrywały się podpisami” – wspominał Otto Glagau. „Ten podpisywał akcje na 100 talarów, ten na 500, ktoś inny na 1000, 3000, 10 000 talarów” – dodawał. Z czasem takie spektakle bywały coraz mniej spontaniczne. Same banki wynajmowały statystów, zapewniały im eleganckie ubrania i płaciły za odegranie szturmu. Tym sposobem przyciągały nowych klientów.
Zebrany takimi sposobami kapitał inwestowano w przeróżne, coraz mniej rozsądne przedsięwzięcia. Jednym z nich okazała się spółka Berlińskie Towarzystwo Handlowe, powstała pod egidą Deutsche Banku. W centrum stolicy przy placu Ziethena-Wilhelma wybudowała ona luksusowy hotel, na miarę imperialnych ambicji II Rzeszy. Kaiserhof oferował 262 wspaniałe apartamenty wyposażone w wentylację. Mógł się też pochwalić stylowymi windami oraz solarium. Na otwarcie przybył sam cesarz Wilhelm I w towarzystwie ponad 250 gości ze świata polityki, nauki oraz sztuki. Zaledwie dziesięć dni po otwarciu hotel spłonął w równie efektownym stylu. Jak się potem okazało, przy jego budowie inwestor zadłużył się na kwotę ponad 2,5 mln talarów. To czyniło spółkę niewypłacalną. Na szczęście Kaiserhof ubezpieczono na wyższą kwotę w Miejskiej Kasie Pożarowej. Tym sposobem wykonana w pospiechu inwestycja zwróciła się z nawiązką, acz mało kto w Berlinie wierzył, iż ogień zaprószono przypadkiem.
Jawne wręcz oszustwa irytowały, ale Niemców mocniej zabolało, gdy grynderzy zainteresowali się branżą piwną. W każdym większym mieście roiło się od lokalnych browarów. Produkujących przeróżne, często doskonałe gatunki tego napoju, który cieszył się powodzeniem i gwarantował pewny zysk. „Ten stan rzeczy uległ raptownej zmianie, kiedy na browary jak stado zgłodniałych wilków rzucili się grynderzy” – zapisał Günter Ogger. Początkowo skupowano istniejące browary, bez oglądania się na cenę. Jeden z szanujących się berlińskich piwowarów ujawnił, że za zakład wart 200 tys. talarów zaoferowano mu 600 tys. Mało kto potrafił się takiej pokusie oprzeć. Jednocześnie błyskawicznie powstawały wciąż to nowe spółki browarnicze, kredytowane przez banki grynderskie lub bezpośrednio przez nie zakładane. Ale żeby inwestycja się zwróciła, musiały podbijać ceny, a jednocześnie produkować jak najwięcej piwa, bez oglądania się na jakość. „Przy ogromnych obciążeniach i rozrzutnym, kapitałochłonnym gospodarowaniu nie dało się inaczej wypłacić dywidendy, jak dzięki produkcji napoju, który lud dosadnie i trafnie określał mianem dywidendowej lury. Z powodu tego okropnego trunku cierpieli zarówno klienci, jak i restauratorzy, ani bowiem nie gasił on pragnienia, ani go nie pobudzał, a przy tym powodował rozliczne dolegliwości” – wspominał kilka lat później piwną gehennę ilustrowany tygodnik „Die Gartenlaube”, co brzmi dziś niezwykle znajomo. „Pito więc piwo niechętnie i mniej niż dawniej. Nawet najwięksi nałogowcy brali na wstrzymanie” – uzupełniano.
Przywódca Partii Narodowych Liberałów Edward Lasker swoim wystąpieniem w pruskiej Izbie Deputowanych zamierzał pogrążyć tylko ministra handlu i kilku innych polityków, a nie cały świat. Szaleństwo inwestycyjne, które niemiecki historyk Wolfgang Sartorius von Waltershausen nazwał „epidemią nieokiełznanej żądzy pieniądza”, błyskawicznie korumpowało elity. O czym 7 lutego 1873 r. postanowił opowiedzieć w pruskim parlamencie Lasker. Jego wystąpienie dotyczyło kulis budowy Centralnej Kolei Pomorskiej oraz Berlińskiej Kolei Północnej. Nadużyć przy inwestycji, wielokrotnie przepłaconej przez spółki akcyjne i banki, mieli się dopuścić m.in. szef Urzędu Kanclerza Rzeszy Rudolf Delbrück oraz minister handlu, książę von Itzenplitz. Potężnie się przy tym wzbogacili. „Nie leży w mocy żadnego ustawodawstwa przeszkodzić ludziom w pozbyciu się pieniędzy, jeśli tego chcą” – odparł na zarzuty Delbrück.
Jednak o aferze donosiły już gazety w całej Europie. Także w Wiedniu, gdzie szykowano otwarcie Wystawy Światowej. Utopienie przez banki grynderskie dużych sum w nietrafionych przedsięwzięciach podważało tymczasem zaufanie akcjonariuszy. Kurs ich papierów był zaś tak wysoki, że wprost prosiło się o zrealizowanie zysków. Wiedeńska wyprzedaż zaczęła się tydzień po otwarciu Wystawy Światowej, 9 maja 1873 r. Ceny niemal wszystkich akcji notowanych na giełdowym parkiecie spadły tego dnia o kilkanaście procent. Następne dni okazały się jeszcze gorsze. Bojąc się krachu, szefostwo giełdy 12 maja zdecydowało się zawiesić transakcje. „Berlińscy finansiści pocieszali się, że panika na giełdzie wiedeńskiej to typowo austriackie zjawisko. Nawet znany ekonomista Józef Neuwirth utrzymywał, iż jest to »ściśle lokalny kryzys giełdowy i nic poza tym«” – opisuje Günter Ogger. Wszyscy bardzo się mylili.
Gdy w końcu wznowiono notowania, panika wybuchła z jeszcze większą siłą. Wkrótce ogłosiły bankructwo 74 austro-węgierskie banki grynderskie i ponad 200 innych spółek. Takiego krachu jeszcze nie widziano. „Więcej jak 2000 osób, po większej części giełdowców, wymówiło swe wielkie mieszkania i wysyła rodziny z żonami i dziećmi do Galicji, Węgier i Rumunii” – donosiła 21 maja „Gazeta Handlowa”. Pierwsze samobójstwo popełnił wiceprezydent austriackiego Towarzystwa Kolei Południowej – von Boschau. Potem przyszły następne.
„Początkowo kursy na giełdzie berlińskiej spadły nieznacznie. Ale latem dotarła tu wieść zza Atlantyku o kryzysie amerykańskiego kolejnictwa. Teraz już wypadki potoczyły się lawinowo – wybuchł pierwszy ogólnoświatowy kryzys gospodarczy” – odnotował Ogger. Wielki krach na Wall Street zaczął się 18 września. Tego dnia bankructwo ogłosił bank inwestycyjny, wzorowany na niemieckich, Jay Cooke & Company. Po nim padło 19 następnych. Dwa dni później budynek nowojorskiej giełdy otaczał tłum zdesperowanych ludzi. Kiedy tylko został otwarty, wszyscy rzucili się sprzedawać akcje. W ciągu zaledwie dziesięciu minut ich kursy spadły o 30 proc. Tego rekordu nie pobito do dziś. Niedługo potem szefostwo giełdy podjęło decyzję o zamknięciu jej na dziesięć dni. Nie zapobiegło to zawaleniu się całego systemu finansowego w USA, bo spanikowani ludzie zaczęli podejmować oszczędności z banków. Doprowadzali tym kolejne do upadku. Po odcięciu od możliwości zaciągania kredytów zbankrutowało potem w Stanach Zjednoczonych 47 tys. firm.
Panika przeniosła się także na teren Niemiec. Pierwszy padł berliński Vereinsbank Quistorp & Co, a po nim 60 innych banków grynderskich. „Nigdy czegoś podobnego nie widziałem, choć byłem w Londynie w 1857 i 1866 r. (daty krachów giełdowych – red.)” – pisał w liście do Fryderyka Engelsa podekscytowany Karol Marks. Zainspirowany wydarzeniami zaczął pisać dzieło swego życia, które zatytułował „Kapitał”. Na berlińskiej giełdzie w tydzień padło 30 proc. z blisko 900 notowanych spółek. Deutsche Bank ocalał dzięki członkowi zarządu Hermannowi Wallichowi. Przekonał on wcześniej właścicieli instytucji, aby wbrew opiniom von Siemensa wycofali większość środków z rynku papierów wartościowych i ulokowali je w srebrze. Dzięki temu genialnemu posunięciu, gdy inne banki chwiały się w posadach, DB rósł w siłę i mógł przejmować słabnących konkurentów. Tak w krótkim czasie stał się trzecim co do wielkości bankiem świata. Będąc pod wrażeniem jego odporności, rząd Niemiec obdarzył DB przywilejem wypłacania obywatelom państwowych świadczeń socjalnych, które stały się bardzo pilnie potrzebne.
Żydzi na pobojowisku
„Bankructwo było to coś okropniejszego niż śmierć, było to zamieszanie, upadek, ruina, hańba, wstyd, rozpacz i nędza” – twierdzi Tomasz Mann, opisując perypetie kupieckiego rodu Buddenbrooków w przełomowym roku 1873.
Śledzący szybko zachodzące zmiany tygodnik „Die Gartenlaube” przytaczał historię pewnego ziemianina z Pomorza, który skuszony giełdową hossą sprzedał swoją posiadłość za 250 tys. talarów i całą sumę ulokował w akcjach jednego z banków grynderskich. Jako że po niespełna roku dostał aż 40-proc. dywidendę, pod jej wrażeniem zagrał va banque, dokupił dodatkowe akcje i wziął jeszcze 70 tys. talarów kredytu, żeby powiększyć swój pakiet. Gdy zaczęła się panika, udało mu się sprzedać wszystkie papiery wartościowe za 50 tys. talarów, które przejęli wierzyciele. Stracił więc wszystko i zostało mu jeszcze 20 tys. talarów długu do spłacenia.
Jego historia nie różniła się od wielu innych. „W wyniku gwałtownego spadku kursów na giełdzie setki tysięcy rodzin straciło swoje oszczędności. Ogromna liczba rodzin popadła w ruinę tak doszczętną, że trzeba było pracy kilku pokoleń, aby wydźwignąć się z nędzy. W Berlinie gwałtownie wzrosła liczba samobójstw, a niejeden spekulant giełdowy ze snu o niezmierzonych bogactwach budził się w przytułku dla ubogich” – zapisał Günter Ogger. Takich samych nieszczęść doświadczali mieszkańcy innych krajów dotkniętych światowym kryzysem. „W Paryżu panuje nędza i głód. Codziennie giną z głodu kobiety i dzieci, które znajduje się na bruku umarłe z głodu i zimna” – opisywał 10 stycznia 1875 r. „Der Arbeiterfreund”.
Światowy kryzys przyniósł koniec epoki liberalizmu, zwłaszcza w handlu międzynarodowym. Ratując rodzime firmy, kolejne państwa ustanawiały bariery celne. To wtedy rząd Wielkiej Brytanii, na prośbę przemysłowców, wprowadził przepis nakazujący informowanie klientów, z jakiego kraju pochodzi dany towar. Wkrótce zwrot „made in...” na metkach zaczęto stosować powszechnie w świecie, mając nadzieję, że patriotycznie nastawiony konsument wybierze rodzime produkty.
Rozbudzenie nacjonalistycznych emocji miało też inny skutek. „Po wielkim krachu na giełdzie gazety berlińskie rozpowszechniły jako wiarygodną pogłoskę, że 90 proc. grynderów było pochodzenia żydowskiego” – relacjonuje Günter Ogger. Nagle dostrzeżono, że w Niemczech mieszka 700 tys. obywateli wyznania mojżeszowego. Tylko w samym Berlinie doliczono się 50 tys. Żydów, czyli tyle samo, ile w całej Wielkiej Brytanii. A przecież premierem tego coraz bardziej wrogiego mocarstwa był nieukrywający swych żydowskich korzeni Benjamin Disraeli. Jeśli dodać do tego, że banki Zjednoczonego Królestwa, z racji swego konserwatyzmu, najmniej odczuły krach, puzzle układały się same.
Domysły o wielkim spisku wymierzonym w Niemców trafiały na podatny grunt. „Kto właściwie rządzi w naszej nowej Rzeszy?” – pytał popularny publicysta Constantin Frantz, po czym sam udzielał sobie odpowiedzi. „Na cóż się zdały zwycięstwa pod Sadową, pod Sedanem, miliardowy okup wojenny, na co cała nasza walka o kulturę – czy wszystko to ma służyć utwierdzaniu władzy Żydów?” – pisał. Ekonomiczny antysemityzm trafiał na bardzo podatny grunt. W końcu największymi bankierami Europy była rodzina Rothschildów, a Bismarck najbardziej ufał Gersonowi Bleichröderowi, który zarządzał jego prywatnym majątkiem. „Brudny Żyd” – jak go nazywano – dbał o dostatnie życie najpotężniejszego człowieka w II Rzeszy. Kiedy więc w 1875 r. dziennikarz Franz Perrot opublikował na łamach „Kreuzzeitung” cykl artykułów o Żydach kontrolujących niemieckie banki, czytelnicy nie mieli powodów, aby nie wierzyć w doniesienia.
Tak zakorzeniał się nowoczesny niemiecki antysemityzm. Idee i stereotypy zrodzone podczas wielkiego krachu grynderskiego pół wieku później przyniosły Europie komunistyczny oraz faszystowski totalitaryzm. Aż strach pomyśleć, co przydarzyłoby się światu, gdyby Deutsche Bank tym razem na poważnie zachwiał się w swych posadach.