Społeczna odpowiedzialność biznesu to nie jest coś, co pojawiło się wczoraj, choć określenie CSR brzmi jak wyjęte ze współczesnej korpomowy. O CSR z Marią Barbasiewicz, historykiem, autorką książki „Ludzie interesu w przedwojennej Polsce” o rodzimych tradycjach odpowiedzialnego biznesu rozmawia Katarzyna Karpa-Świderek.
Właśnie taką piosenką witali Wedla pracownicy, kiedy zbierali pierwsze plony w ogródkach działkowych, które fabrykant przekazał im w użytkowanie.
U Jana Wedla, w jego fabryce czekolady na warszawskiej Pradze, w latach 30. XX w. zapewniono pracownikom także opiekę medyczną, możliwość uprawiania sportu i zajęcia kulturalne. Wszystko było na wysokim poziomie. Dokumentują to zdjęcia, na których widać wzorcową przedszkolną salę czy ładną stołówkę – nie tylko czystą i obszerną, lecz także ozdobioną rysunkami zaczerpniętymi z ludowego wzornictwa. Ten światły przemysłowiec szanował pracowników, doceniał ich lojalność i po ojcowsku czuł się za nich odpowiedzialny. U Wedla pracowały niekiedy całe rodziny. Gdy szef dostrzegał u któregoś z młodych pracowników zapał i talent, to fundował stypendium i robotnik miał szansę zdobyć wykształcenie, nawet wyższe. Ludzie szanowali Wedla jako pracodawcę i człowieka. Nie chcę tworzyć mitów, ale o sympatii i lojalności pracowników względem właściciela fabryki świadczyła ich postawa, także po wojnie. W pierwszych miesiącach po przejściu frontu dawni pracownicy przepędzali z fabryki szabrowników i czekali na Wedla, który – jak tysiące mieszkańców stolicy po Powstaniu Warszawskim – trafił do niemieckiego obozu w Pruszkowie.
Nie, pozytywne, emocjonalne związki pracowników z zakładem pracy i szacunek do kierującego nimi właściciela nie były przed wojną takie rzadkie. Wspomnijmy chociażby Ludwika Kemblińskiego, właściciela odlewni żelaza i fabryki maszyn w Drawskim Młynie nad Notecią, którego pracownicy cenili jako uczciwego człowieka, sprawiedliwego pracodawcę, a ponadto świetnego fachowca. W latach kryzysu gospodarczego, mimo że przedsiębiorca nie miał pieniędzy na wypłacenie wynagrodzeń i robotnicy dostawali tylko zaliczki należnych wypłat, to, widząc determinację szefa, aby utrzymać produkcję, trwali przy stanowiskach pracy. Zgodzili się czekać na należne pieniądze, bo wierzyli Kemblińskiemu. Gdy kondycja firmy się poprawiła – właściciel wszystkie zaległości uregulował.
Oczywiście, że nie. W tych dwóch przypadkach to było raczej połączenie kalkulacji finansowych z chęcią przywiązania ludzi do swoich zakładów. Pracownicy średniego i wyższego szczebla byli bazą dla firmy, więc ich doszkalanie czy wiązanie z przedsiębiorstwem było oczywistością. Firmom zależało na fachowych i lojalnych pracownikach. W miarę możliwości właściciele starali się też polepszyć warunki pracy robotników. Czasem przy fabrykach działały ochronki czy żłobki uruchamiane z myślą o pracownicach, by także kobiety mogły iść do pracy i były związane z zakładem. W działaniach większości przedsiębiorców dostrzec można dużo odpowiedzialnego interesu i trochę sentymentu. To taka ludzka twarz biznesu.
To oczywiste, że przedsiębiorca chciał mieć w zakładzie pracy spokój. Robotnik z kolei chciał pracować za godne pieniądze, więc czasem musiało dochodzić do konfliktów, niekiedy ostrych. Uświadomić sobie jednak musimy, że przed wojną jak ktoś miał pracę, która była przyzwoita, to się jej trzymał. Pamiętajmy też, że jeszcze w latach 20. były marsze głodowe, a powszechną obawą było bezrobocie. W takich warunkach kładło się uszy po sobie i wykonywało to, co szef każe. Praca była na wagę fizycznego przetrwania. Tak było w fabryce papieru w Jeziornie, gdzie właściciele przez kilka miesięcy przetrzymali strajkujących robotników bez pensji i zwolnili 450 osób, niektórych wyrzucono z zakładowych mieszkań. W sytuacji kiedy dzieci piszczą z głodu, a żona płacze, to idzie się do pracy za mniejsze pieniądze. Przy próbie sił między przedsiębiorcą a robotnikiem, ten ostatni nie miał szans. W warunkach wielkiego bezrobocia nie było dokąd odejść.
Tak, to dla przedsiębiorców działanie oczywiste. Taką karę wobec strajkujących pracowników zastosował także Wedel: w 1930 r. zlikwidował strajk i „oczyścił” fabrykę z aktywistów robotniczych. Pracodawcy sami z siebie bądź też z lojalności wobec swojej klasy pozbywali się elementów wprowadzających ferment w zakładach. Znani przedwojenni polscy przedsiębiorcy byli z pokolenia urodzonego w latach 60.–70. XIX w., fascynowały ich zdobycze cywilizacyjne, znali idee pozytywizmu, w sensie moralnym cenili przyzwoitość i rzetelność. Ich stosunek do pracowników był patriarchalny: w miarę opiekuńczy, ale nie akceptowali fermentu w swoich zakładach pracy.
Jeśli były to zachowania bulwersujące, np. brutalne potraktowanie – to były sądy, gdzie można było dochodzić swych praw. Jeśli, tak jak to było np. w zakładach żyrardowskich, dochodziło do nadużyć francuskiego zarządcy – państwo polskie interweniowało.
W okresie międzywojennym wyróżnić trzeba dwa odmienne okresy: lata 20., ogólnoświatowy okres kryzysu gospodarczego, i koniunkturę lat 30. Przez cały ten czas uregulowane były ważne podstawowe sprawy. W 1918 r. wydano stosowne dekrety: obowiązywał 8-godzinny dzień pracy, wprowadzono inspekcję pracy, obowiązkowe ubezpieczenie robotników na wypadek choroby. Szczególnie trudne były lata 20. i oczywiście kryzys. To były lata rozruchów głodowych, działały dość mocne lewicowe i komunizujące grupy robotników, a prowadzenie firmy to wcale nie było zarządzanie spokojnym ludkiem pracowniczym.
Na ziemiach polskich pańszczyzny nie było od lat 60. XIX w. Bezrolni mieszkańcy wsi ciągnęli za pracą do miast. Ciągle jednak byliśmy krajem rolniczym, który trudno nawet porównywać z tak wysoko rozwiniętymi państwami, jak Wielka Brytania, USA czy Niemcy. W bogatych zachodnich krajach poziom życia oraz zarobki robotników były zawsze wyższe niż na ziemiach polskich.
To obyczaje przełomu XVIII i XIX w. Na ziemiach polskich w tym czasie przemysłu nie było. W dwudziestoleciu międzywojennym wyglądało to już inaczej. W Polsce dzieci podlegały obowiązkowi szkolnemu, więc chodziły do szkoły, a nieletnich nie zatrudniano. Czasem młodociani po szkole podstawowej szli do pracy, ale podlegali specjalnemu traktowaniu i przyuczeniu do zawodu. Bardziej bym się troskała o los dzieci wiejskich, przede wszystkim żyjących na wschodnich obszarach Rzeczypospolitej. Na wsi dzieci pracowały od najmłodszych lat – pasły gęsi, pomagały przy obrządku, szybko kończyły szkolną edukację.
Napisał to dziennikarz i wyczuwam w tym troszkę wazeliny, ale też Jan Goetz-Okocimski twierdził, że jeśli człowiek chce być szczęśliwy, to musi być otoczony szczęśliwymi ludźmi. On autentycznie cieszył się z wolności kraju i pomagał innym. Pamiętajmy jednak, że nowe granice, zmiany polityczne i społeczne po I wojnie światowej przyniosły wielu przedsiębiorcom kłopoty: zerwanie dawnych powiązań gospodarczych, odcięcie rynków zbytu i w efekcie – trudniejsze warunki prowadzenia biznesu.
Tak, siła robocza w Galicji była bardzo tania. Zresztą w Kongresówce podobnie. Pamiętajmy, że rozwój Królestwa Polskiego w drugiej połowie XIX w. to był efekt kilku okoliczności: uwłaszczenia chłopów, rozwoju kolei i zniesienia granicy celnej z Rosją. Już wcześniej jednak obszar wokół Warszawy był niezwykle atrakcyjny dla przybyszów z zewnątrz: Czech, Niemiec, Szwajcarii. Często pierwszy przybysz zakładał mały biznes i zaczynał budować siłę ekonomiczną swojej rodziny. Tak do Polski przybył Ignacy Hordliczka. Młody chłopak, prawie z węzełkiem na plecach, z czasem właściciel huty szkła w Trąbkach pod Garwolinem. Przybył z Czech i potem, jak się trochę odnalazł, dobrze ożenił i zbudował hutę, to ściągnął do pracy swoich rodaków. Hutę nazwał „Czechy”, obok powstało osiedle robotnicze. Te domki widziałam kilka lat temu – nadal stoją, stara huta zresztą też, choć już od lat nieczynna. Tam przy zakładzie była czytelnia, karczma, w której organizowano imprezy towarzyskie, takie jak pasowanie na czeladnika. Ta społeczność może była trochę zamknięta, bo na początku mówiono tu tylko po czesku i po niemiecku, ale z czasem wrosła w okolicę. Opieka rodziny Hordliczków nad robotnikami była spowodowana nie tylko biznesowymi względami, ale też emocjonalnymi – to byli krajanie.
Trzeba podkreślić jedno – współczesny odpowiedzialny biznes nie ma tak patriarchalnego podejścia jak ten z międzywojnia. Na pewno trzeba widzieć w pracowniku człowieka, tak jak widzieli go tamci – najlepsi, o których piszę. Ale trudno dziś od dużych przedsiębiorców wymagać, aby firma była oparta na stosunkach prawie rodzinnych, gdy pracują w niej setki ludzi, jedni odchodzą, nowi przychodzą. Te biznesy przedwojenne wyrastały jeszcze z takiego rzemieślniczego myślenia. Warto więc do tych najlepszych przykładów sięgać pamięcią, ale czy one się dadzą przenieść do współczesności – w to śmiem wątpić.
X Ranking Odpowiedzialnych Firm 2016
Zapraszamy do udziału w X edycji Rankingu CSR największych polskich spółek. Ranking umożliwia porównanie wyników w poszczególnych obszarach CSR pomiędzy firmami i branżami, a także jest cennym instrumentem edukacyjnym ułatwiającym porządkowanie i rozwój strategii odpowiedzialności biznesu. Ranking jest sporządzany na podstawie wypełnionej i przesłanej ankiety.
Aby zachęcić do uczestnictwa także te firmy, które są mniej zaawansowane w procesie wdrażania zasad CSR, stworzyliśmy możliwość udzielenia odpowiedzi w ramach skróconej i uproszczonej ankiety. Wyniki zostaną ujęte w dodatkowym zestawieniu „Lista Firm Społecznie Odpowiedzialnych 2016”.
Zgłoszenia przyjmowane są do 11 marca br. (przedłużony termin zgłoszeń).
KONTAKT: jaroslaw.horodecki@infor.pl, tel.: 601 21 58 97
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu