Autopromocja

Gdzie zlokalizować inwestycję? Tam, gdzie można znaleźć dobry personel

inwestycje, finanse, giełda, pieniądze
inwestycje, finanse, giełda, pieniądzeShutterStock
23 lutego 2016

Gdzie zlokalizować inwestycję? Tam, gdzie można znaleźć dobry personel.

2468693-i02-2016-036-00000060a.jpg
.

O tym, gdzie w Polsce powstają nowe fabryki czy centra usługowe, nie decydują już tylko atrakcyjna działka czy infrastruktura. Takie rzeczy są traktowane jako oczywista oczywistość – uzbrojona nieruchomość z dobrym dojazdem jest podstawą, o której już nawet nie trzeba rozmawiać. – Gdy organizujemy spotkania z inwestorami, to już nie wystarczy zapoznanie z władzami gminy i pokazanie działki – opowiada Iwona Chojnowska-Haponik, dyrektor departamentu inwestycji zagranicznych Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych, która ma pomagać ściągać zagranicznych inwestorów nad Wisłę. – Teraz do obsługi inwestorów dodajemy jeszcze jeden komponent – spotkanie z wyspecjalizowaną agencją ds. zasobów ludzkich, która prezentuje dokładne dane o lokalnym rynku pracy. I nie chodzi tu tylko o daną miejscowość, ale także pokazanie, czy w promieniu 50, a nawet 100 km są ludzie, którzy mogliby dojeżdżać do pracy – wyjaśnia urzędniczka. Ta informacja o bezrobociu jest dosyć szczegółowa: pokazuje się w niej okolicznych bezrobotnych w rozbiciu na kompetencje – wykształcenie oraz umiejętności techniczne. Dla inwestorów istotne jest także, czy w danej okolicy są tradycje danego sektora przemysłu. Wiadomo, że firmy motoryzacyjne będą skłonne inwestować na Śląsku czy w Wielkopolsce – tam, gdzie istnieje rynek wykształconych w tym zakresie pracowników. – Wiele przedsiębiorstw nie zdecydowało się na fantastyczne lokalizacje na Pomorzu, ponieważ tam nie było tradycji działania sektora, który reprezentują – dodaje Iwona Chojnowska-Haponik. – Istotne przy wyborach inwestorów jest to, czy w okolicy są już działające zakłady o podobnym profilu, wtedy w najgorszym razie pracowników można po prostu podkupić – potwierdza burmistrz Gubina Bartłomiej Bartczak.

O tym, że coraz ważniejsza, być może najważniejsza, przy podejmowaniu decyzji o inwestycji jest dostępność pracowników, opowiadają także inni samorządowcy. – Mówię to z całą odpowiedzialnością: rynek pracodawcy zmienił się w rynek pracownika. Może nie w całej Polsce, ale na pewno w naszym regionie – stwierdza Wadim Tyszkiewicz, prezydent 40-tys. Nowej Soli położonej w województwie lubuskim. – Dzisiaj pierwsze pytanie inwestorów jest o pracowników – ja muszę udowadniać, że u nas są ludzie do pracy. I nie chodzi tu o poziom bezrobocia, bo np. w naszym powiecie jest ono stosunkowo duże i wynosi 18 proc. Ale to wcale nie znaczy, że rąk do pracy jest wiele – mówi samorządowiec i dodaje, że z 5 tys. bezrobotnych zarejestrowanych w powiecie nowosolskim jedna trzecia pracuje na czarno albo za granicą, a jedna trzecia pracować nie chce. – Ci ludzie nauczyli się żyć za niewielkie pieniądze z opieki, czasem coś dorobią. Zminimalizowali swoje potrzeby i to im wystarcza. Co najgorsze, teraz to się jeszcze pogłębi przez program 500 plus. Z wszystkich bezrobotnych faktycznie pracować chciałaby tylko część. Ale i tak nie wszyscy mają kulturę pracy – nie potrafią wstawać wcześnie pięć dni w tygodniu i o godz. 7 być w zakładzie – mówi Tyszkiewicz.

Są jednak narzędzia, by inwestorów ściągnąć, a lokalny rynek pracy nieco poprawić. Pierwszym z nich jest zapewnienie dobrej komunikacji z okolicą – często dowożenie pracowników współfinansują lokalne samorządy. We wspominanej Nowej Soli właśnie trwa rozbudowa miejskiego systemu transportu, który ma obejmować także okoliczne miejscowości. Takie dowozy często stosuje się również w okolicach specjalnych stref ekonomicznych, pracowników przywozi się m.in. z Wałbrzycha do Wrocławia.

Drugim sposobem jest dostosowanie lokalnego systemu oświaty do potrzeb pracodawcy. I to na różnych poziomach. – My bardzo mocno stawiamy na szkoły zawodowe, z bardzo dużą liczbą zajęć praktycznych: np. trzy dni w szkole, dwa dni w fabryce. Mamy nowoczesne wyposażenie – m.in. obrabiarki numeryczne – bo nasz region potrzebuje ślusarzy, tokarzy, elektryków czy elektroników – tłumaczy Tyszkiewicz. Poza edukacją na poziomie średnim istotna jest także kooperacja między przemysłem a uczelniami. – Współpraca ze środowiskami akademickimi jest kluczowa, duże korporacje chcą odpowiednio profilować studia, tak by w przyszłości mieć wykształconych zawodników – opowiada Jan Banasikowski z Work Service, agencji specjalizującej się w zatrudnianiu pracowników. – Przez to, że jako kraj mamy dużą liczbę wykwalifikowanych pracowników, ściągamy inwestycje do obsługi biznesu – dodaje ekspert. I choć faktycznie outsourcing staje się w Polsce coraz ważniejszą branżą, to nie powinno się o tym zapominać, że jak zawsze oprócz dobrego wykształcenia liczą się także koszty, czyli to, że między Odrą i Bugiem zarabia się mniej niż na Zachodzie.

Konsekwencją tego, że inwestorzy coraz większą uwagę zwracają na pracowników, będzie to, że regiony bez tradycji przemysłowych, jak województwa warmińsko-mazurskie czy podlaskie, fabryk się najpewniej... nie doczekają. Szanse na to, że znajdzie się ten, kto będzie chciał być pierwszy i zainwestować w regionie nie tylko w zakład, ale także w pracowników, są minimalne. W tym wypadku bez radykalnych inwestycji państwa prawdopodobieństwo znalezienia inwestorów prywatnych jest iluzoryczne. Z innego rodzaju problemem musi się zmierzyć np. województwo opolskie. Wśród części inwestorów panuje przekonanie, że z tego regionu wszyscy wartościowi pracownicy wyjeżdżają za granicę. Choć fakty temu przeczą, to zmiana reputacji województwa nie jest łatwa. 

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png