Początek roku na światowych giełdach i rynkach finansowych wypadł fatalnie, dla niektórych – najgorzej w historii. Przypomniał o tym, co się działo po załamaniu koniunktury wiosną 2000 r., w styczniu 2008 r i w 2009 r.
Osiem lat temu rozkręcał się wielki kryzys finansowy, którego echa – mimo upływu lat – pobrzmiewają do dziś i który stał się zarzewiem wszystkich lub prawie wszystkich późniejszych kłopotów. Sprawa jest znana: to była reakcja na pęknięcie bańki kredytowej, czyli m.in. na masowe udzielanie kredytów hipotecznych osobom, które de facto nie były w stanie regulować zobowiązań.
I na wyrafinowaną, piętrową sekurytyzację długów, która okazała się pułapką. Chodzi o tworzenie pakietów wierzytelności o zróżnicowanej jakości, stanowiących zabezpieczenie emitowanych papierów wartościowych, głównie obligacji. Emisje takie oznaczały przeniesienie ryzyka na wiele instytucji finansowych, w tym inne banki czy fundusze, a ostatecznie nawet na słynnych emerytów, np. norweskich. Jednocześnie pozwalały pozyskiwać kapitał na dalszą ekspansję kredytową. Do czasu, kiedy skala niewypłacalności dłużników stała się zbyt duża i zbudowana w ten sposób piramida zaczęła się walić.