Niedawny wywiad z Pawłem Szałamachą przemknął niemal niezauważony, a padły w nim ważne deklaracje. Minister finansów powiedział, że rząd tej partii, poza „uszczelnieniami”, nie zamierza zmieniać systemu podatkowego. Dlaczego to tak istotne? Najpierw zacytujmy:
– Chciałbym, żeby za trzy, cztery lata Polska rozwijała się w tempie 5–5,5 proc. PKB rocznie. Uważam, że jest to możliwe. To jest tempo, które pozwoli nadrabiać szybciej dystans do najzamożniejszych krajów i będzie pozytywnie oddziaływać na obywateli, których aspiracje rosną. Duża część emigracji i niezadowolenia spowodowana jest aspiracjami, które pozostają niespełnione. Ludzie nie chcą długo czekać. Te aspiracje będzie można spełnić przy tempie wzrostu PKB rzędu 5–5,5 proc. – powiedział PAP Paweł Szłamacha.
Reklama
Znaczy to, że za kilka lat stół, przy którym ucztują zamożni, napełni się tak, że zacznie z niego to i owo spadać dla ludzi żyjących z pracy. PiS nie przewiduje zmian w podziale wytwarzanego bogactwa, a nadzieja na to była głównym powodem, dla którego duża część szerokiej publiczności oddała na tę partię głos. Nie można powiedzieć, że PiS obiecywało jakiekolwiek reformy ekonomiczno-społeczne i że to ich perspektywa uwiodła obywateli. Obiecało 500 zł na dziecko, bezpłatne leki dla seniorów, janosikowe podbierane tu i ówdzie. I w zasadzie nic więcej. Czyli że rozda trochę pieniędzy, jak dobre panisko.

Reklama
Te konkrety zanurzone były w sosie takiej frazeologii, jak „praca, a nie obietnice” i „godne życie w bezpiecznej Polsce”. I to ową frazeologią prawdopodobnie przejęła się szeroka publiczność. Miała prawo rozumieć ją jako zapowiedź „dobrej zmiany” w wymiarze ogólnospołecznym. To spowodowało, że znacząca część wyborców odwróciła się od PO. Bo obiektywne skądinąd dane o „zielonej wyspie”, najwyższym wzroście skumulowanym od 2009 r. w Unii, setkach kilometrów autostrad czy pendolino nie współbrzmiały z subiektywnym poczuciem, że jakość życia Kowalskiego wcale się nie poprawia. Bieduje jak biedował, autostradą się nie przejedzie, bo 20-letni rzęch mu się rozpada, z pracy go wyrzucają (choć maleje bezrobocie), a juniorowi zamiast etatu proponują śmieciówkę.
PO wyhodowała przeświadczenie, że ze wzrostu korzystają nieliczni, a z wolności ekonomicznej ci, którzy majątku się już dorobili bądź insiderzy. To, co zostaje wytworzone, nie jest uczciwie dzielone. Powstaje pytanie, czy liberalna demokracja ma być ustrojem wolności dla wybranych i opresji dla mas. Czy nie osiągnęła stanu, w którym społeczeństwa podzielone są na równych i równiejszych, jak w pamiętnej minipowieści George’a Orwella. Trudno się dziwić, że miłość Kowalskiego do liberalnej demokracji ostygła. Kiedy Bronisław Komorowski stanął do kampanii ze słowem „wolność” na sztandarze, budził współczucie.
Żeby popastwić się jeszcze nad samą PO, powiedzmy, że popełniła w zasadzie trzy błędy, przy czym pierwszy był kluczowy, a dwa kolejne stanowiły jego konsekwencję. Najważniejszy był ten, że po pierwszym uderzeniu kryzysu (upadek Lehman Brothers) za bardzo i na zbyt długo rozluźniła politykę fiskalną, by musieć ją później mocno zacieśnić. To był drugi błąd, popełniony, gdy doszło do kryzysu w strefie euro. Rząd nie miał żadnego pola manewru w polityce społecznej (trzeci błąd) czy aby zmienić kierunki transferu funduszy unijnych (zamiast kolejnego kawałka autostrady – wsparcie dla tworzenia czy ochrony miejsc pracy). Rząd zachował się w tym samym czasie tak, jak rządy wielu innych państw UE. W przeciwieństwie do tamtych rządów, które musiały np. ratować całe systemy bankowe, błędy rządu PO były niewymuszone.
Przejdźmy teraz do apologii PiS. Rząd wydaje się przechodzić obok elementarnych, a narastających od lat problemów społecznych. Na dodatek zdaje się łudzić, że 500 zł na dziecko je rozwiąże. Można przypuszczać, że alienacja władzy następuje w nieproporcjonalnie szybkim tempie, zmotywowana dodatkowo politycznymi przejęciami wymiaru sprawiedliwość, mediów, służb. Tak jakby stawały się one celem samym w sobie. Z okoliczności tych w połączeniu z neoliberalną deklaracją ministra finansów wynika, że przez cztery lata szerokiej publiczności nie przybędzie chleba, będzie za to bal w operze, jak u Juliana Tuwima. Będzie i tromtadracja, i ideolo. I oczywiście na tajniaka tajniak będzie mrugał.
Nie łudź się, szeroka publiczności. Będziesz patrzeć na bal, na którym hulają nowe elity. Tromtadracja i ideolo cię nie uwiedzie. Tajniacy, owszem, na pewno ci trochę namieszają. Pomimo wszystkich cięgów, na jakie PO zasłużyła, nie sposób nie przyznać, że łabędzim śpiewem, choć nie do końca przejrzyście, wyartykułowała propozycję, wokół której można budować nowy konsensus społeczny. Bo jeśli przetrwamy najbliższe cztery lata w swoich miejscach zamieszkania, taki konsensus będzie niezbędny.
Tą propozycją jest podatek suwakowy. Z grubsza polega na tym, że osiągający mniejsze dochody płacą niższe daniny i składki. Warto, żeby specjaliści, rachmistrze, prawnicy wysilili głowy, gdyż ta koncepcja powinna się domykać nie tylko w perspektywie bieżących budżetów, lecz także bilansu wpływów i świadczeń za parędziesiąt lat. Jeśli do tego dorzucić podatek majątkowy i ustanowienie uczciwych relacji między pracownikiem a pracodawcą, naprawdę jest nad czym pracować. Oczywiście pod warunkiem, że zamierzamy bronić liberalnej demokracji nie tylko retorycznie.