W biznesie jak w miłości: trzeba kogoś uwieść i samemu dać się poderwać. Zakochać, wzajemnie zauroczyć. Zaufać. Musi być chemia, bez niej nic się nie uda. Nie wypali żaden interes.
Ośmiorniczki i drogie trunki – to pozostało w naszej pamięci po aferze podsłuchowej. I jeszcze to, że jeśli się w knajpie spotka polityk z biznesmenem lub przedsiębiorca z przedsiębiorcą, to nie dość, że żrą i chleją (za nasze, a na pewno nie za swoje) i rzucają mięsem, to knują. Kręcą lody. Wszystkie osoby, które zostały podsłuchane, w jakiś sposób się znały. Jeśli nie bezpośrednio, to miały powiązania. W świetny sposób przedstawia to interaktywna infografika (biqdata.pl/mapa-powiazan-w-aferze-podsluchowej), która była impulsem do napisania tego tekstu. Nie będzie on traktował o aferze podsłuchowej. Rzecz będzie o tym, że choć w naszym życiu nie brakuje patologii, to robienie biznesu bez sieci znajomości i biesiadowania jest po prostu niemożliwe.
Nie tylko u nas, tak toczy się ten świat. Może nie dokładnie tak, jak w „Ziemi obiecanej” – ja nie mam nic, ty nie masz nic – bo te czasy minęły. Raczej tak: ja mam coś, ty masz coś, ja kogoś znam, ty kogoś znasz, zróbmy interes. W języku socjologii ta sieć powiązań nazywana jest kapitałem społecznym. Biznes określa ją jako networking. Chodzi o to samo: by zrobić interes, potrzebujemy ludzi. Którym będzie potrzebne to, co możemy im dać. Trzeba ich znaleźć, zdobyć zaufanie. Oraz samemu dać się poznać. I jeśli ktoś powie, że od tego są oficjalne okazje – przetargi, konferencje branżowe, reklama i działania PR – jest nie z tego świata.