Spółki Skarbu Państwa więcej płacą menedżerom, którzy odchodzą, niż tym, którzy pracują w zarządach. To już reguła.
Kadrowa karuzela w spółkach Skarbu Państwa rozkręca się zwykle po wyborach parlamentarnych, gdy do władzy dochodzi nowa ekipa. Tym razem jest inaczej. Zmiany na stanowiskach w kontrolowanych przez państwo firmach zaczęły się już przed wyborami. Rządząca od ośmiu lat koalicja PO-PSL w ciągu ostatnich niespełna dwóch lat wymieniła zarządy wszystkich podległych jej firm węglowych, czasami nawet kilkukrotnie, oraz trzech z czterech koncernów energetycznych (zmiana władz w Enei nastąpiła pod koniec 2012 r.). A to tylko niektóre przykłady. Przy czym resort skarbu ma tendencję do coraz częstszych zmian. Wskazują na to ostatnie roszady w Tauronie oraz Enerdze.
Każde tego typu posunięcie wiąże się z wypłaceniem odchodzącym – zarówno tym, którzy są odwoływani, jak i tym, którzy sami podają się do dymisji – dodatkowych wynagrodzeń. Dochodzi do sytuacji, gdy spółki więcej płacą menedżerom, którzy w danym roku nie przepracowali ani jednego dnia, niż tym, którzy zasiadają w zarządach i podejmują kluczowe decyzje.