Adam Maciejewski, prezes GPW, w liście do współpracowników pisze o bagnie i kłamstwie. W rozmowie z DGP tłumaczy, dlaczego. Twierdzi też, że nieprawdziwe są pojawiające się ostatnio informacje o zarządzie giełdy

W ręce dziennikarzy trafił niedawno list, jaki wystosował pan do współpracowników. Pisze pan m.in. o „okropnej rzeczywistości wokół”, która przypomina „bagno porośnięte pięknymi kwiatami”.

Reklama

Reklama
To list skierowany tylko do pracowników giełdy, a upubliczniony wbrew mojej woli i wbrew klauzuli, jaką zawierał, informującej, że jest skierowany wyłącznie do adresata, a jego nieautoryzowane ujawnienie lub wykorzystanie jest niedozwolone i może powodować odpowiedzialność prawną.
Nie chcę go publicznie komentować. Jednak jeśli już ktoś spoza grona adresatów czyta go, powinien to robić z głębszą refleksją. Moje listy mają wywoływać tę refleksję. Jako przykład podam cytat z Alberta Einsteina, jaki wysłałem pracownikom w poprzednim liście: „I never made one of my discoveries through the process of rational thinking” („Nigdy nie dokonałem żadnego z moich odkryć przez myślenie racjonalne”, przep. red.).
Co do listu opublikowanego, wyjaśnić mogę tyle, że posłużyłem się alegorią pokazującą, że w życiu, podobnie jak na bagnie, możemy mieć do czynienia z dwoma różnymi poziomami. To, co widzimy, najczęściej jest piękne i wzniosłe, a to, co jest pod spodem, ten realny poziom, często mocno różni się od tego oficjalnego i niekoniecznie jest już takie przyjemne. Stąd właśnie takie porównanie.
List stał się jednak publiczny i rodzi szereg pytań. Został napisany niedługo po tym, jak agencja Reutera podała, że już wkrótce może pan stracić posadę prezesa giełdy, a następcą miałby zostać wiceminister skarbu Paweł Tamborski. Ma pan okazję wyjaśnić, co miał na myśli...
Zdarzeń poprzedzających wysłanie przeze mnie tego listu było sporo i wszystkie złożyły się na pewien stan mojego ducha – stan, którym chciałem się podzielić z najbliższymi współpracownikami. To, jakie konkretnie fakty są ze sobą łączone przez analityków mojego listu, jest kwestią osobistej interpretacji i fantazji. Przyznaję natomiast, że we wspomnianej depeszy agencyjnej faktycznie znalazły się informacje, które mnie poruszyły i też w jakimś stopniu – choć zdecydowanie niewielkim – przyczyniły się do tego, że napisałem ten list. Nie chodzi jednak wcale o ewentualną zmianę na stanowisku prezesa GPW ani tym bardziej o wymienionego z nazwiska kandydata, którego znam od lat i szanuję – sam kilka tygodni temu komentowałem panu pozytywnie tę kandydaturę.
A o co?
O pojawiające się coraz częściej przecieki informacji oraz o kreowanie i upublicznianie w szerszym lub węższym zakresie informacji nieprawdziwych...
A konkretnie? Czy chodzi o nieprawdziwe informacje związane z kończącą się kadencją i wyborami nowych władz GPW?
Chodzi o informacje dotyczące bardzo różnych obszarów. Ubolewam generalnie nad tym, że w życiu akceptowalne stało się kłamstwo. Rozmawiałem z osobami, które posługują się kłamstwem jako zwykłym narzędziem osiągania swoich celów. Niektóre otwarcie o tym mówiły. Mnie taka norma nie odpowiada i staram się z nią walczyć, pokazując, jakimi wartościami należy się w życiu i w relacjach z innymi kierować. Stąd mój list do współpracowników. W ciągu roku wysłałem ich już 30 – to jedna z form komunikacji, jaką utrzymuję z pracownikami.
Czy w związku ze zbliżającymi się wyborami nowych władz GPW też rozpowszechniano nieprawdziwe informacje?
Na pewno kłamstwem są pojawiające się od pewnego czasu informacje, jakoby obecny zarząd giełdy od momentu powołania go nic lub prawie nic nie zrobił, a zajmował się jedynie bieżącym administrowaniem.
Wiąże pan pojawianie się takich informacji z walką o stanowisko prezesa GPW?
Nie chcę tak tego interpretować, ale bardzo wiele osób tak właśnie sądzi.
Wróćmy do kłamstwa. Jakie to cele miałoby ono pomóc osiągnąć? Pozycję, władzę, pieniądze?
Bywają różne cele. Spotkałem się z sytuacjami, kiedy kłamstwo pozwoliło osiągnąć stanowisko, utrzymać się na nim, wyeliminować konkurencyjną firmę lub ją oczernić, a czasami było stosowane w sytuacjach zupełnie niewytłumaczalnych. Wtedy zainteresowałem się tym zjawiskiem – oprócz zwykłego kłamstwa funkcjonuje też tzw. zespół Delbrucka, czyli mitomania – skłonność do kłamania i fantazjowania, której nie można pohamować. O ile z tą chorobą trudniej walczyć, o tyle ze zwyczajnym kłamstwem trzeba, zwłaszcza z odmianą, która krzywdzi innych.

Czy wspomniane przypadki upublicznienia nieprawdziwych informacji nie mają związku z walką o bardzo prestiżowe, wpływowe i bardzo sowicie wynagradzane – dwa miliony złotych rocznie – stanowisko prezesa warszawskiej giełdy?

Na te dwa miliony trzeba bardzo mocno zapracować. Wynagrodzenie prezesa GPW to ok. 950 tys. zł rocznie. Reszta to potencjalna premia za realizację postawionych celów i to częściowo odkładana w banku premii, którą można w kolejnych latach stracić. W moim przypadku ocena za rok ubiegły była bardzo wysoka, stąd wysoka premia i bardzo trudno będzie to powtórzyć. I nie sprowadzajmy naszej rozmowy do kwestii walki o stanowisko. To byłoby wielkie uproszczenie i wypaczyłoby ogólniejsze przesłanie. Chodzi bowiem o coś znacznie poważniejszego niż stanowisko dla tej lub innej osoby. Zresztą kwestie personalne są moim zdaniem w ogóle banalne, wtórne.
Interes GPW jest dla mnie bardzo ważny. A ponieważ uważam, że ekipa, która teraz kieruje giełdą, potrafi to bardzo dobrze robić, ma klarowną wizję rozwoju GPW i głębokie rozumienie czynników sukcesu, jestem zdania, że trzeba kontynuować to dzieło. Dlatego też, jako jedyna dotychczas osoba, często pytany jasno zadeklarowałem, że jestem zainteresowany stanowiskiem prezesa na kolejną kadencję. Jeśli nim nie będę, to moja wiedza i doświadczenie na pewno zostaną wykorzystane dla rozwoju rynku w inny sposób.
Z ministerstwa do zarządu na skróty
Mocnym kandydatem na nowego prezesa warszawskiej giełdy jest obecny wiceminister skarbu Paweł Tamborski. Problem w tym, że GPW podlega jego jurysdykcji. Tamborski musiałby zatem odczekać co najmniej rok od czasu odejścia z ministerstwa, aby zgodnie z prawem wejść do zarządu giełdy. Tak te kwestie regulują przepisy Ustawy o ograniczeniu prowadzenia działalności gospodarczej przez osoby pełniące funkcje publiczne (z 1997 r.). W ostatnich latach wielokrotnie przekonaliśmy się jednak, że droga z ministerialnego gabinetu do zarządu państwowej spółki może być krótsza. Czasami wystarczą tylko dwa tygodnie.
Wysokich ministerialnych urzędników, którzy wybrali posady w państwowych spółkach, było wielu. W sierpniu 2010 r. z MSP odeszła wiceminister Joanna Schmid. W trzy miesiące później była już wiceprezesem podległego temuż ministerstwu koncernu energetycznego Tauron. Mimo to jej powściągliwość mogłaby być wzorem dla innych urzędników: będąc wiceministrem nie nadzorowała bezpośrednio energetyki, no i odczekała te kilka tygodni, zanim weszła do zarządu państwowej spółki.
Inaczej było w przypadku Joanny Strzelec-Łobodzińskiej, której jako wiceminister gospodarki podlegało górnictwo. Pod koniec maja 2011 r. odeszła z resortu, a już na początku czerwca była prezesem państwowej Kompanii Węglowej, jednej z największych firm górniczych w Europie.
Było to możliwe, ponieważ zgodnie z ustawą w uzasadnionych przypadkach zgodę na zatrudnienie przed upływem roku może wyrazić komisja powołana przez prezesa Rady Ministrów. Strzelec-Łobodzińska taką zgodę na skrócenie karencji otrzymała.
Podobną drogą poszedł Adam Leszkiewicz. Do 12 grudnia 2011 r. był wiceministrem skarbu, który nadzorował m.in. sektor chemiczny, a niecały miesiąc później został warunkowo powołany na stanowisko członka zarządu ZAK, chemicznej spółki Skarbu Państwa. I w jego przypadku karencję skrócono.
Niemal wprost z ministerialnego gabinetu do zarządu PGE Energia Jądrowa i PGE EJ 1, czyli spółek należących do państwowego koncernu energetycznego przenieśli się też wiceminister skarbu Zdzisław Gawlik i jego szef minister Aleksander Grad. Pierwszy jeszcze w czerwcu był urzędnikiem, a już w lipcu menedżerem, drugiemu podobna metamorfoza zajęła osiem miesięcy.
– Złą praktyką jest to, że wysoki urzędnik państwowy obejmuje zaraz lub w niedługim czasie po zakończeniu służby publicznej stanowisko w spółce Skarbu Państwa. A już szczególnie źle, jeśli wcześniej nadzorował taką spółkę – przekonuje Ireneusz Jabłoński, ekspert Centrum im. A. Smitha. W jego opinii stanowi to złamanie nie tylko norm korporacyjnych, lecz także społecznych. – Normy, która zakazuje takich praktyk, należy bezwzględnie przestrzegać. A zachowywanie rocznej karencji jest tu absolutnym minimum – dodaje. Chodzi o to, by urzędnik nie miał pokusy, by przed samą nominacją wpływać na zachowanie ciał statutowych, które decydują o obsadzie kluczowych stanowisk w spółce. – Ewentualne wyjątki od tej normy można by zastosować w przypadku wojny lub klęsk żywiołowych. Rozumiem jednak, że obecnie w przypadku obsady stanowiska prezesa warszawskiej giełdy takie okoliczności nie zachodzą – kwituje Jabłoński.