Wątpliwości co do efektów polityki oszczędnościowej zaczęły się pojawiać już kilka miesięcy temu. Zapowiedź odejścia od cięć na rzecz stymulowania wzrostu gospodarczego zapewniła sukces wyborczy chociażby prezydentowi Francji Francois Hollande’owi. Nawet Międzynarodowy Fundusz Walutowy przyznał, że symulacje makroekonomiczne na temat wpływu oszczędności na wzrost gospodarczy były błędne. Unia Europejska jednak nadal naciskała na państwa członkowskie, by zmniejszały zadłużenie. Aż do teraz.

– Chociaż uważam, że ta polityka jest w swoich założeniach słuszna, sądzę też, iż osiągnęła swoje limity. Aby jakaś polityka osiągnęła sukces, powinna być nie tylko właściwie zaprojektowana, ale musi też mieć minimum politycznego i społecznego poparcia – oświadczył w poniedziałek przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Barroso.

Zasugerował też, że niektórym krajom może zostać wydłużony czas na zejście z deficytem budżetowym poniżej maksymalnego dopuszczalnego poziomu 3 proc. – Nawet jeśli polityka redukowania deficytów jest słuszna, możemy zawsze dyskutować jej tempo. Nie da się stosować jednakowego programu wobec wszystkich europejskich państw – dodał Barroso. Pod koniec zeszłego tygodnia w podobnym tonie wypowiedział się komisarz ds. ekonomicznych i monetarnych Olli Rehn.

Krajami, które w pierwszej kolejności mogą z tego skorzystać, będą Hiszpania i Francja. W niedzielę hiszpański minister finansów Luis de Guindos zapowiedział, że w nowym budżecie, który ma być przedstawiony w tym tygodniu, większy nacisk zostanie położony na wzrost gospodarczy niż na równoważenie finansów publicznych. Także rząd Francji przyznaje, że nie zdoła osiągnąć założonego poziomu ograniczenia deficytu. Tak naprawdę to jedynym państwem spośród mających poważne problemy finansowe, w przypadku którego polityka ostrych oszczędności zadziałała, okazała się Irlandia.

Tymczasem wczoraj pojawiły się kolejne dane wskazujące, że Unia Europejska nie może wyjść z kryzysu. PMI, czyli wskaźnik wyprzedzający koniunktury, wyniósł w strefie euro w kwietniu 46,5, czyli znacznie poniżej poziomu 50 rozgraniczającego rozwijanie się i kurczenie gospodarki. Na dodatek po raz pierwszy od czterech miesięcy spadł ten wskaźnik dla Niemiec, czyli największej gospodarki UE – z 50,6 w marcu do 48,8.

Niemiecki minister spraw zagranicznych Guido Westerwelle skrytykował wczoraj Barroso, mówiąc, że „jeżeli odejdziemy teraz od polityki konsolidacji finansów i wrócimy do gromadzenia długów, zakonserwujemy na wiele lat wysokie bezrobocie”, ale Berlin jest coraz bardziej osamotniony.

Pozostają jeszcze pytania, co dalej będzie ze sztandarowymi unijnymi pomysłami na walkę z kryzysem. Pakt fiskalny nakłada na państwa, które do niego przystąpiły, obowiązek zrównoważenia swojego deficytu – co jest definiowane jako deficyt strukturalny mniejszy niż 1 proc. PKB, jeśli dług publiczny jest poniżej 60 proc., lub mniejszy niż 0,5 proc. w pozostałych przypadkach – w ciągu roku od jego wejścia w życie. Problem w tym, że wynegocjowany z niemałymi problemami – nie przystąpiły do niego Wielka Brytania i Czechy – pakt wszedł w życie wraz początkiem tego roku, czyli na zrównoważenie budżetu teoretycznie pozostało niewiele ponad osiem miesięcy. W to, że się to wszystkim uda, chyba nikt nie wierzy.