W minionych dwu dekadach określenie „reformy” (oraz „reformatorzy”) zostało skutecznie skojarzone z programem neoliberalnych dyrektyw, mających zakorzenienie w tzw. konsensusie waszyngtońskim.
Liczni politycy, dziennikarze i intelektualiści chętnie prezentowali się jako reformatorzy i piętnowali przeciwników reform – na ogół jako lewicowych populistów. Ta narracja nie była podporządkowana formalnym podziałom politycznym. Większe znaczenie raczej miały (mają) globalne podziały ideowe na nurt liberalny (w Polsce wywodzący się zarówno z części dawnej opozycji demokratycznej, jak i ze środowisk postkomunistycznych) i wielobarwny nurt nieliberalny (różne środowiska prawicowe oraz związek zawodowy „Solidarność”).
Mimo doświadczeń obecnego kryzysu (i pewnego fermentu w obozie reformatorów) ta narracja jest ciągle podtrzymywana. To znak przywiązania znacznej części (pewnie większości) aktorów sceny publicznej do diagnoz i terapii (reform) ortodoksyjnie neoliberalnych. To także dowód, że reformatorzy skłonni są postrzegać rzeczywistość w kategoriach globalnych alternatyw: kapitalizm wolnorynkowy kontra kapitalizm opiekuńczo-etatystyczny.