Jak to działa?

Z grubsza wiadomo. Są: serwery, routery, adresy IP i adresy WWW. Igor Ostrowski, ekspert w Internet Governance Forum (działającym przy ONZ), partner w kancelarii Salans, pokazuje mapę USA z podświetloną siatką połączeń obejmującą cały kontynent. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to jej zagęszczenie na Wschodnim Wybrzeżu i koło największych miast. – To wizualizacja połączeń lotniczych, ale świetnie obrazuje, jak działa internet. Połączenia internetowe przypominają grę w gorącego kartofla – wyjaśnia.

Internet to nic innego jak sieć połączeń między serwerami, na których znajdują się dane, a komputerami użytkowników, którzy po informacje chcą sięgnąć. Choć jego początki sięgają końca lat 60., dopiero na początku lat 80. wyodrębniono część komercyjną (wcześniej była to zabawka wojska). Wtedy zarządzanie internetem polegało na połączeniu małych sieci w dużą sieć. Stworzono w tym protokół DNS, pozwalający różnym sieciom komunikować się ze sobą. – Największe wyzwanie, a zarazem największy koszt działania, to przechowywanie danych. Od początku chodziło o to, by tego gorącego kartofla przerzucić dalej – tłumaczy Ostrowski.

Dziś sieć internetowych połączeń jest równie gęsta jak lotniczych i podobnie jak w niej ruch niekoniecznie toczy się po najkrótszej trasie. A rolę lotnisk w połączeniach lotniczych w komunikacji internetowej odgrywają IXP, czyli Internet eXchange Points. – To coś w rodzaju giełd rozliczeniowych. Tu następuje wymiana ruchu między poszczególnymi dostawcami sieci. Skoro moje pytanie o informacje (adres) jest obciążeniem dla mojego dostawcy, ten odrzuca je dalej, do najbliższego IXP, a ten znowu odsyła dalej do tego dostawcy internetu, który obsłuży moje zapytanie – opowiada Ostrowski.

Zapytania są obsługiwane dzięki DNS, który pełni funkcję tłumacza między człowiekiem a komputerem. Dzięki niemu internauci mogą się posługiwać łatwymi do zapamiętania nazwami domen, zamiast wpisywać w przeglądarce cyfry tworzące adres IP danej strony. To DNS tłumaczy adres na cyfry i wyszukuje IXP odpowiadający za dany serwer. – Dlatego przepływ tych zapytań wygląda bardzo podobnie do ruchu lotniczego, bo jak ktoś chce się dostać do Pekinu, często musi lecieć przez Frankfurt, choć przez Moskwę byłoby bliżej. Ruch idzie tak, jak jest łatwiej – dodaje Ostrowski.

Kto tym wszystkim rządzi?

Teraz się wyjaśni, dlaczego tak długo tłumaczyliśmy zasady ruchu w sieci. Bo internetem rządzi ten, kto kontroluje ten ruch. Dziś funkcjonują dwa zupełnie różne światopoglądy zarządzania siecią: bill and keep – to firmy zarządzające IXP pobierają od dostawców sieci zryczałtowaną opłatę, oraz pay as you go – tu, jak w telekomunikacji, płaci się za każdy przesył danych. Na razie obowiązuje pierwsza zasada, ale rośnie grupa jego krytyków. W tle są oczywiście wielkie pieniądze. Przeciwnicy bill and keep podkreślają, że rozwiązanie to wymyślono 30 lat temu, gdy ruch w sieci był niewielki, a dziś potrzeba wielkich nakładów na utrzymanie przepustowości internetu.

Za adresy internetowe odpowiada ICANN, Internetowa Korporacja do spraw Nadawania Nazw i Numerów. Organizacja została utworzona w 1998 r., aby zneutralizować wrażenie, że sieć jest kontrolowana przez amerykański rząd. ICANN ma całkiem spore uprawnienia – nie tylko decyduje o przyznawaniu domen, określa także zasady techniczne działania internetu. Choć ICANN jest organizacją pozarządową, to jest zarejestrowana w Kalifornii i bywa uległa wobec USA (na prośbę Waszyngtonu zablokowała stronę WikiLeaks, gdy ta publikowała kompromitujące USA materiały).

Stąd pomysł, by uprawnienia ICANN przejął afiliowany przy ONZ Międzynarodowy Związek Telekomunikacyjny (ITU). To organizacja z XIX-wiecznym rodowodem, która początkowo zajmowała się komunikacją telegraficzną, a dziś odpowiada za telekomunikację. – Koordynuje częstotliwości, a to szczególnie przydatne przy zmianach technologii, takich jak przechodzenie na nadawanie cyfrowe telewizji. Jednak w 2000 roku ITU podjął decyzję, że nie będzie się zajmował internetem. Ale dziś większość jego członków uważa to za wielki błąd – tłumaczy Ostrowski.

Na grudniowym kongresie ITU w Dubaju Arabia Saudyjska poparta przez Egipt zaproponowała małą zmianę definicji usług telekomunikacyjnych: z „przekazywania informacji” na ich „przetwarzanie”. Internet to przecież nic innego jak właśnie przetwarzanie informacji. Zmiana tego słowa doprowadziłaby do tego, że ITU zacząłby sobie rościć prawa do rządzenia internetem. Jedną z pierwszych decyzji byłaby prawdopodobnie zmiana sposobu rozliczania: z korzystnej dla użytkowników (bill and keep) na korzystną dla operatorów (pas as you go). Oba te pomysły blokowane są przez USA i państwa europejskie.