Okazuje się, że powszechne cięcie stóp procentowych, w tym przez naszą Radę Polityki Pieniężnej o 0,5 pkt proc., do 1,0 proc. – najniższego poziomu w historii, to jednak za mało, co pokazało zachowanie rynków finansowych. Koszt pieniądza to bowiem nie wszystko, ważny jest przede wszystkim dostęp do niego.

Niższe stopy wspierają koniunkturę w gospodarce i pomagają spółkom, ale mimo to ich notowania po decyzjach banków centralnych nadal szły gwałtownie w dół. Powinna była również obniżyć się rentowność obligacji, stało się jednak odwrotnie: rentowność się podniosła, czyli spadły ceny. Dolar zyskiwał, chociaż powinien tracić na wartości, bo po obniżce stóp depozyty dolarowe dają mniejszy zysk. Również krótkoterminowe stopy rynku międzybankowego zachowywały się nietypowo: zamiast spadać, zgodnie z kierunkiem wytyczonym przez bank centralny, nieco wzrosły (trzymiesięczna stopa LIBOR dla dolara był już w marcu poniżej poziomu 0,75 proc.; w ostatni czwartek zbliżył się do 1,2 proc.).

Powód: inwestorzy wolą mieć gotówkę, a jej dostępność była zbyt mała. Dotyczyło to inwestorów praktycznie na całym świecie, bo dolar to najpopularniejsza waluta rezerwowa dla banków centralnych i środek do rozliczeń np. w handlu surowcami.

Bankierzy centralni dostrzegli problem. W piątek Rezerwa Federalna oraz Europejski Bank Centralny i narodowe banki Japonii, Kanady, Szwajcarii i Wielkiej Brytanii podały, że chcą zwiększyć dostępność dolara. Zapewniają ją dzięki liniom swapowym. Dotychczas siedmiodniowe transakcje swapowe między bankami centralnymi odbywały się raz na tydzień. Od dziś przynajmniej do końca kwietnia będą miały miejsce codziennie.

Jeszcze w poprzedni weekend ogłoszono obniżki ceny swapów. Obok pożyczek tygodniowych zaczęto udzielać 12-tygodniowych. W czwartek bank centralny USA uruchomił linie swapowe z odpowiednikami z dziewięciu krajów – m.in. Australii, Meksyku czy Brazylii. Zyskały one dostęp do linii kredytowych o wartości 60 mld dol. (mniejsze kraje jak Dania czy Norwegia – 30 mld dol.).

Celem jest „nasmarowanie” rynków finansowych i zmniejszenie presji na umocnienie dolara (w piątek za euro płacono nawet 1,065 dol., najmniej od trzech lat).

Żeby przeciwdziałać kryzysowi spowodowanemu przez koronawirusa banki centralne ruszyły też z nowymi programami dodruku pieniądza. Rezerwa Federalna skupi obligacje rządowe i papiery zabezpieczone hipotecznie o łącznej wartości 700 mld dol. Ruszyła też z bezpośrednim finansowaniem firm. A Europejski Bank Centralny uruchomił „pandemiczny ratunkowy program zakupów” długu rządów i firm o wartości 750 mld euro.

W ich ślady poszedł Narodowy Bank Polski. Zapowiedział wprowadzenie kredytu wekslowego, dzięki któremu banki będą mogły pozyskać środki na nowe pożyczki dla firm, transakcje repo (pożyczki dla banków pod zastaw obligacji rządowych) oraz skup papierów rządowych. W miniony poniedziałek odbyła się pierwsza operacja repo, w ramach której banki pozyskały niespełna 7,3 mld zł. A w czwartek pierwszy skup obligacji.

Ten ostatni budził szczególnie duże zainteresowanie na krajowym rynku finansowym, bo z „dodrukiem pieniądza” mieliśmy do czynienia pierwszy raz. NBP był gotów kupić papiery o wartości 10 mld zł. Skończyło się na niespełna 2,7 mld zł. W komentarzach pojawiły się zastrzeżenia co do sposobu organizacji zakupu (nie była znana cena, po jakiej bank centralny chciał odkupić papiery, wybrano tylko trzy serie obligacji). Zwracano jednak uwagę, że to pierwsza tego typu operacja. Czy pomogła notowaniom obligacji? Papiery 10-letnie w dniu przetargu NBP taniały (rentowność rosła), ale w piątek sytuacja się poprawiła. Dochodowość spadła poniżej 2 proc.

Obniżka stóp procentowych NBP ma niewielki wpływ na możliwości uzyskania kredytu przez firmy czy konsumentów. Poprawia sytuację tych, którzy już są zadłużeni (choć oni mogą wystąpić też o „wakacje kredytowe”). Odwrotnie z deponentami – banki zaczęły już obniżać oprocentowanie lokat.