Wybierając PiS do władzy, wiedzieliśmy, że nie jest to partia ekonomicznych merytokratów, którzy korzystają z najlepszej dostępnej teorii ekonomicznej, która to teoria interwencję gospodarczą dopuszcza, ale darzy ograniczonym zaufaniem. Socjalno-etatystyczny rys ideologii PiS był przecież powszechnie znany i tylko skrajny analfabetyzm ekonomiczny mógłby wytłumaczyć ślepotę na fakt, że rodzi on ryzyka takie, jak wysoka inflacja. Przyjmując jałmużnę znaną jako 500+, akceptując odwrót od prywatyzacji i rozbudowę sektora publicznego, zgodziliśmy się na nie.

Inflacja jest koncepcyjnie wpisana w socjalno-interwencjonistyczny program PiS. To nic zaskakującego. Ekonomiści, do których wzdycha i którymi inspiruje się premier Morawiecki, uważają, że inflacja to cena, którą warto płacić za rozwój. Oczywiście, płacić mają obywatele, a rozwój definiować mają politycy.

“Jest inflacja i inflacja. Wysoka jest niekorzystna, ale umiarkowana nie tylko nie musi szkodzić, ale może nawet być do pogodzenia z szybkim wzrostem i powstawaniem miejsc pracy. Możemy powiedzieć, że pewien stopień inflacji jest w dynamicznej gospodarce nie do uniknięcia. Ceny się zmieniają, bo zmienia się gospodarka, więc jest czymś dobrym, że gdy pojawia się wiele nowych obszarów działalności, tworzących nowy popyt, ceny rosną.”