Ubiegły rok gospodarka zakończyła na czwórkę. W obecnym tak dobrze już nie będzie, a regres na rynkach objawi się w całej okazałości. Rząd będzie musiał skorygować swoje prognozy.
Reklama
DGP
Po ponad 5-proc. wzroście w roku 2018 w ubiegłym dynamika spowolniła do 4 proc. Wszystko wskazuje na to, że w tym roku będzie jeszcze gorzej. Hamowanie gospodarki pod koniec minionego roku było bowiem ostre i nie można wykluczyć, że tempo wzrostu znalazło się wtedy poniżej 3 proc. To kiepski prognostyk na ten rok. Rząd założył, że gospodarka urośnie o 3,7 proc., a coraz więcej ekspertów przewiduje, że będziemy się rozwijali zaledwie na trójkę.
Wyhamowanie tempa wzrostu gospodarczego dało się zauważyć już w III kwartale ubiegłego roku. To, że kolejne miesiące nie przyniosą poprawy sytuacji, było pewne, ale skala spowolnienia jest jednak zaskakująco silna. Z wstępnych szacunków GUS wynika, że w całym 2019 r. PKB urosło realnie o 4 proc. w porównaniu do wzrostu o 5,1 proc. rok wcześniej. Na tej podstawie ekonomiści mogą już obliczyć, jakie było tempo wzrostu w ostatnich trzech miesiącach ubiegłego roku. Dobrych wieści nie mają.
– W ostatnim kwartale roku dynamika wzrostu mieściła się w przedziale 2,8–3,1 proc. r/r. Oznacza to, że spowolnienie postępuje szybciej, niż się spodziewaliśmy – podkreśla Grzegorz Ogonek, ekonomista Santander Bank Polska. Analitycy są zgodni, że gospodarka zredukowała bieg do trójki. Które silniki zawiodły?
Eksperci mBanku, podobnie jak ich koledzy z innych banków, rozczarowanie widzą w konsumpcji prywatnej, której nie pomogła stymulacja w postaci rozszerzenia 500+ i innych transferów socjalnych. In plus zaskoczyły za to inwestycje. Podzielone są za to zdania na temat tego, czy eksport netto dodawał wzrostowi, czy raczej osłabiał jego tempo.
Najważniejsze w danych GUS jest jednak to, że można na ich podstawie budować obraz tego, jak będą przebiegały procesy gospodarcze w tym roku. Znów scenariusz rysowany jest w raczej ciemnych barwach. Ekonomiści są przekonani, że o wzroście PKB w wysokości 3,7 proc., który rząd przyjął przy konstrukcji tegorocznego budżetu, można zapomnieć. Prognoza ta wydawała się już wcześniej nadmiernie optymistyczna, a teraz przybyło jeszcze ryzyk. Dlatego rynkowy konsensus przesuwa się w kierunku wskazującym, że gospodarka urośnie w tym roku o ok. 3 proc. Inwestycje mogą znaleźć się w recesji, bo minęliśmy już górkę wydawania unijnych środków.
Siądzie także konsumpcja. – Jej spowolnienie będzie kontynuowane w 2020 r. ze względu na rosnącą skłonność gospodarstw domowych do oszczędzania w następstwie wyhamowania poprawy sytuacji na rynku pracy, uruchomienia pracowniczych planów kapitałowych, co będzie prowadziło do spadku dochodu rozporządzalnego – uważa Krystian Jaworski, ekonomista Credit Agricole. Jego zdaniem wydatkom konsumpcyjnym nie pomogą też przewidywany na ten rok niewielki spadek zatrudnienia, silny wzrost inflacji oraz stopniowe wygaszanie korzystnego wpływu transferów socjalnych na domowe budżety.
Pomóc konsumpcji powinna za to wyższa płaca minimalna, którą wprowadził rząd.
Pozytywnych sygnałów, które świadczyłyby o tym, że gospodarkę pociągną inwestycje, nie widać. Dość wysoka dynamika wzrostu, którą przyniósł ostatni kwartał ubiegłego roku, zdaniem analityków jest nie do utrzymania w tym roku.
Widać to w badaniach nastrojów i planach przedsiębiorców. Odpytywani przez ekspertów Narodowego Banku Polskiego przyznają, że spodziewają się w nadchodzących miesiącach znacznego pogorszenia sytuacji finansowej i ograniczenia nakładów inwestycyjnych. Do tego dokłada się niepewność co do tego, jak będzie wyglądała koniunktura na zewnątrz naszej gospodarki, czy eksporterzy będą mieli popyt na swoje produkty.
– Skłonność firm do inwestowania obniża pogorszenie otoczenia instytucjonalnego, rygorystyczna polityka podatkowa oraz nowe obciążenia związane np. ze wzrostem kosztów pracy – ocenia Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego.