Zatrzymano cztery osoby podejrzewane o przyczynienie się do zanieczyszczenia ropy płynącej na Zachód.
Reklama
Zarówno PKN Orlen, jak i Grupa Lotos zapewniają, że sytuacja jest pod kontrolą i nie dzieje się nic groźnego. Orlen sugeruje, że z powodu czasowego wyłączenia z eksploatacji rurociągu Przyjaźń wcale nie musi ponieść strat. Wręcz przeciwnie, może nawet zaoszczędzić. Niestety nie wiadomo, jak długo będziemy musieli funkcjonować bez sprawnego transportu ropy z Rosji. Rosyjski wicepremier Dmitrij Kozak sugerował, że stabilne działanie Przyjaźni zostanie przywrócone w drugiej połowie maja.
– Trwają aktywne prace w sprawie normalizacji sytuacji związanej z jakością ropy naftowej dla naszych europejskich partnerów – mówił minister energetyki Rosji Aleksandr Nowak. Rozmowy na temat technicznych oraz finansowych szczegółów operacji wypompowywania z rurociągu Przyjaźń ropy nienadającej się do przerobu trwają od 26 kwietnia. Biorą w nich udział przedstawiciele Orlenu, Lotosu i dwóch rafinerii niemieckich, do których surowiec również dociera tą drogą. Biura prasowe obu polskich koncernów naftowych jak ognia unikają chociażby najdrobniejszych sugestii w kwestii możliwego terminu ich zakończenia.
Ale zapewniają też, że sytuacja nie jest groźna, bo rafinerie w Gdańsku i Płocku pracują normalnie, korzystając z zapasów oraz dostaw drogą morską, głównie od Saudi Aramco. Orlen dodatkowo wyjaśnia, że ryzyko wyższego kosztu zakupu i dostaw ropy drogą morską można ograniczać, bo ceny na tym rynku są bardziej elastyczne niż w przypadku długoterminowych kontraktów na dostawę rurociągiem. Dlatego łączne koszty zakupu i transportu ropy tankowcami nie muszą być mniej korzystne. Orlen nie precyzuje, czy w tej chwili kupuje ją taniej, ale sugeruje, że jest to możliwe dzięki dobrej znajomości rynku.
Rurociąg Przyjaźń, którym transportowana jest ropa naftowa z Rosji do odbiorców m.in. w Polsce, jest wyłączony od 24 kwietnia z powodu zanieczyszczenia sporej porcji surowca związkami chemicznymi, które mogą uszkodzić instalacje w rafineriach. W polskiej części rurociągu wciąż znajduje się około miliona ton skażonego surowca. Reuters, powołując się na źródła rosyjskie, informował wczoraj, że znaleziono źródło zanieczyszczenia, a do portu w Ust-Łudze nad Bałtykiem zaczęła już dopływać ropa o prawidłowych właściwościach, choć jej dostawy wciąż są nieregularne.
Tymczasem minister Aleksandr Nowak poinformował wczoraj o aresztowaniu czterech osób i poszukiwaniu kolejnych dwóch. Wcześniej prezydent Władimir Putin i premier Dmitrij Miedwiediew zapewniali, że winni kryzysu zostaną znalezieni i ukarani, a w ich poszukiwania mogą się zaangażować służby specjalne. Już w kwietniu Transnieft, operator rosyjskich naftociągów, podawał, że kryzys został wywołany działaniem umyślnym. Część ekspertów sądzi, że sprawa brudnej ropy może być początkiem rozprawy z mniejszymi traderami naftowymi.
Wśród zatrzymanych są bowiem menedżerowie trzech mniejszych firm naftowych. Śledczy podejrzewają ich o stworzenie grupy przestępczej, która dopuściła się defraudacji ropy wartej 1 mln rubli (60 tys. zł). Aby ukryć proceder, do węzła Łopatino dostarczono ropę o niskiej jakości, zanieczyszczoną związkami chloru, które w znacznych stężeniach niszczą infrastrukturę rafineryjną. Tak też stało się w rafinerii w białoruskim Mozyrzu, w której brudna ropa popsuła chłodnicę. Białoruski koncern Biełnaftachim wycenił na 100 mln dol. straty wynikające tylko z wstrzymania eksportu produktów ropopochodnych do państw bałtyckich, Polski i na Ukrainę.