Projekt ustawy o minimalnej odległości dla planowanego przedsięwzięcia sektora rolnictwa, którego funkcjonowanie może się wiązać z ryzykiem powstawania uciążliwości zapachowej. Tak długą i skomplikowaną nazwę ma najnowsze rozwiązanie przygotowane przez resort środowiska. W praktyce mowa o ustawie antyodorowej, na którą czekają setki tysięcy Polaków. Albo raczej – jak przyznają eksperci – o wycinku, którym postanowiono się zająć. Bo projekt nie odpowiada, niestety, na wiele ludzkich bolączek.

Odległy smród

Uciążliwości zapachowe to coraz większy kłopot w życiu obywateli. Świadczy o tym ogrom skarg do Biura Rzecznika Praw Obywatelskich. Przyznaje to również resort środowiska. I wskazuje, że najpoważniejsze problemy związane są z dużymi obiektami produkcji zwierzęcej, takimi jak fermy chowu trzody chlewnej, drobiu oraz zwierząt futerkowych. Dziś, w świetle prawa, stają one w bezpośrednim sąsiedztwie budynków mieszkalnych.

„Obowiązujące aktualnie przepisy prawne, Kodeks dobrej praktyki rolniczej z 2004 r. lub Kodeks przeciwdziałania uciążliwości zapachowej z 2016 r. nie zapewniają w pełni przeciwdziałania uciążliwości zapachowej” – przyznaje MŚ, spostrzegając przy tym, że praktyka wykazała, iż skuteczność dokumentów o charakterze kodeksów dobrych praktyk (czyli zapisów sugerowanego zachowania, ale niewiążących) jest niewielka.

Ministerstwo proponuje więc przepisy sprowadzające się do tego, że w przypadku dużych obiektów będą one musiały być oddalone od zabudowy co najmniej o 500 metrów, a w przypadku średniej wielkości ferm – od 210 do 500 m.

PiS liczy na szybki polityczny efekt

Projektodawca nie ukrywa, że może to być kłopot dla rolników oraz przedsiębiorców zainteresowanych prowadzeniem ferm. Zarazem jednak urzędnicy podkreślają, że trzeba zadbać o zdrowie obywateli. A odór wiele osób fizycznie i psychicznie wykańcza.

– Już dziś utworzenie zwykłej obory na wsi graniczy z cudem. A będzie jeszcze gorzej – komentuje propozycję Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. I dodaje, że w Polsce kwestia uprawy rolnej stoi na głowie. Wieś coraz rzadziej jej służy, a coraz częściej jest po prostu miejscem zamieszkania osób niezwiązanych z rolnictwem.

Czy to oznacza, że pomysł ministerstwa jest absurdalny?

– Tego nie powiedziałem. Trzeba szukać sposobu walki z odorem. Jest on realnym kłopotem. Moim zdaniem jednak rozwiązań należałoby poszukać w urealnieniu znaczenia planów zagospodarowania przestrzennego, które obecnie w Polsce niewiele znaczą – zauważa Cezary Kaźmierczak.

Nietykalny przemysł

Nowa ustawa nie rozwiąże jednak bolączek wielu Polaków. Dotyczyć ma bowiem jedynie ferm. W wielu miejscowościach zaś odór to efekt funkcjonowania dużych zakładów przemysłowych. Przykład? Chrzanów, gdzie zapach powietrza związany jest z przetwarzaniem odpadów.

– Jakkolwiek więc wielu osobom projektowana ustawa może pomóc, to sytuacji np. mieszkańców Chrzanowa nie polepszy – przyznaje burmistrz miasta Robert Maciaszek. I skarży się na to, że obecnie lokalne władze nie mają wystarczających instrumentów, by walczyć z odorem oraz zakładami, które naruszają podstawowe normy współżycia społecznego. Jego zdaniem niefortunny również jest dobór rozwiązania przez ministerstwo.

– Sama odległość to tylko jeden z wielu czynników. Bez trudu można przecież sobie wyobrazić sytuację, w której bliżej znajdujący się zakład jest mniej uciążliwy dla mieszkańców od odleglejszego dzięki zastosowaniu nowocześniejszej technologii oraz większej dbałości właścicieli o to, by nie utrudniać życia obywatelom – spostrzega burmistrz Chrzanowa.

Doktor Bartłomiej Wróblewski, poseł PiS, który od lat zabiega o stworzenie ustawy antyodorowej, przekonuje jednak, że resort środowiska wybrał odpowiednie rozwiązanie.

– Oczywiście w modelu idealnym ustawa antyodorowa objęłaby wszelkie instalacje. To jednak wymagałoby działania kilku różnych ministerstw, długotrwałych konsultacji, a przez to mogłoby się okazać, że nie zostałaby taka ustawa uchwalona do końca kadencji – zauważa parlamentarzysta. I dodaje, że przecież nic nie stoi na przeszkodzie, by niebawem parlament przyjął propozycję dotyczącą ferm, zaś na początku kolejnej kadencji rozszerzono już obowiązujące prawo o działalność przemysłu.

Poszukiwanie kompromisu

Wiadomo już również, że nowe rozwiązania będą obejmowały jedynie obiekty tworzone w przyszłości. Innymi słowy, jeśli fermy utrudniają dziś życie w danej gminie, utrudniać będą dalej.

– Może to być bolesne dla wielu osób, ale to rozwiązanie właściwe – uważa dr Mariusz Bidziński, wspólnik w kancelarii Chmaj i Wspólnicy. Ekspert podkreśla, że trudno byłoby pogodzić z szeregiem konstytucyjnych praw i wolności rozwiązanie, które zmusiłoby rolników do zamknięcia prowadzonej od lat działalności. Byłoby to dopuszczalne jedynie pod warunkiem wypłaty im godziwych rekompensat. Na te jednak, jak wiadomo, nie ma środków w budżecie.

– Swoistego rodzaju kompromisem, który zapewne nie uradowałby ani mieszkańców, ani rolników, ale byłby uczciwy, byłoby wprowadzenie w ustawie kilkuletniego terminu na przeniesienie działalności w zakresie chowu i hodowli zwierząt na tereny niezamieszkane – postuluje Mariusz Bidziński. Pomysł ten podoba się Bartłomiejowi Wróblewskiemu.

– To byłoby rzeczywiście uczciwe. Przy czym termin ten nie powinien być, moim zdaniem, krótszy niż pięć lat. A skłaniałbym się nawet ku dziesięciu – twierdzi poseł.

Ministerstwo Środowiska chce z kolei pozostawić pole do zawarcia kompromisu w przypadku przyszłych instalacji samym zainteresowanym. Jakkolwiek bowiem projekt ustawy określa, że wybudowanie dużej fermy w bezpośrednim sąsiedztwie zabudowy mieszkaniowej będzie niemożliwe, to będzie istniał wyjątek od reguły. Otóż budować będzie można, jeśli właściciele wszystkich mieszkań, domów i gospodarstw agroturystycznych znajdujących się na chronionym terenie wyrażą na to zgodę. A wyrażać ją będą zapewne wskutek odpowiednio hojnej oferty chętnego do utworzenia fermy. Zgoda będzie miała formę aktu notarialnego z wpisem do ksiąg wieczystych.