W panteonie hinduistycznych bóstw pojawiła się nowa istota. Nie jest jeszcze tak silna jak Brahma, Wisznu czy Śiwa. Narodziła się pod koniec ubiegłego wieku, ale jej znaczenie wzrasta.



Nie zajmuje się wielkimi rzeczami, takimi jak tworzenie wszechświatów. Sebi skoncentrowała się na nadzorze nad rynkiem kapitałowym. Niektórzy próbują pozbawiać ją boskich przymiotów i tłumaczą jej imię jako Securities and Exchange Board of India. Ale kilku przekonało się już o jej sile i zaniechało tego. Szczególnie po tym, gdy 10 stycznia br. wydała ona Wedę (święte pismo) dotyczące spółki Satyam Computer Services Limited (SCSL).
Przedstawię Państwu nietypową liczbę – koti. Ten stary, pochodzący z sanskrytu, liczebnik oznacza dziesięć milionów. Jest stosowany w urzędowym indyjskim angielskim (jako „crore”). Koti zapisuje się tak: 1,00,00,000. A to dlatego, że jedno koti to sto lakhów, które zapisuje się tak: 1,00,000.
Reklama
Z tą wiedzą możemy analizować dokumenty opublikowane przez Sebi.

Reklama
Dziewięć lat temu do Sebi dotarł e-mail od przewodniczącego rady nadzorczej spółki SCSL, w którym donosił (sygnalista) o swoich wątpliwościach co do opublikowanego bilansu na dzień 30 września 2008 r. Dotyczyły środków pieniężnych i ich ekwiwalentów, które nie wynosiły 5,36 tys. koti, tylko 241 koti, oraz zobowiązań, których nie wykazano, a które szacowano na 1,23 tys. koti. No i przychody nie wyniosły 2,7 tys. koti, a wynik operacyjny nie wyniósł 649 koti, tylko odpowiednio 2,1 tys. koti i 61 koti (dane w rupiach).
W kasie brakowało ponad pół lakh koti rupii. Dużo to czy mało? Lakh to dziesięć tysięcy, koti to dziesięć milionów, zaś jedna rupia była wówczas warta 5 groszy. Manko w kasie wynosiło więc 2,5 mld zł! Rozpoczęto śledztwo. Przypadek SCSL jest wymieniany jako jedno z największych osiągnięć kreatywnej księgowości na świecie.
Analizowano zapisy bankowe, żeby zobaczyć, gdzie zniknęła gotówka. Okazało się, że w ubiegłych latach audytorzy nie sprawdzali prawdziwości miesięcznych wyciągów bankowych, nie wystąpili też do banków o potwierdzenie sald. Jedna trzecia rzekomych środków pieniężnych, 1,783 tys. koti, miała być zdeponowana w Bank of Baroda w Nowym Jorku. Kiedy sprawdzono, bank poinformował, że na kontach na dzień bilansowy było 51 koti. Resztę (62,5 proc.) miały stanowić lokaty terminowe w pięciu bankach. W Citibanku miało być 613,3 koti, bank potwierdził, że miał depozyt na 1,3 koti. W BNP Paribas z 476,6 koti zrobiło się 8,6 koti. Trzy pozostałe odpowiedziały, że nie przechowywały już wówczas żadnych środków grupy.
Gdzie zniknęła gotówka? Części nigdy nie było. Kiedy zaczęto analizować działalność operacyjną, okazało się, że w ciągu pięciu lat spółka zaksięgowała ponad 7,5 tys. fałszywych faktur. Do systemu księgowego wprowadzono 27 fikcyjnych klientów i to im sprzedawano nieistniejące produkty. Śledczych zadziwiło, dlaczego mimo iż co dziesiąta faktura była fikcyjna, audytorzy nie wyłapali oszustwa. Szczególnie że klientów-widma wprowadzono do systemów finansowo-księgowych, ale już nie zarejestrowano ich w systemach wspomagających sprzedaż. Wszystkie firmy zarejestrowane były w rajach podatkowych i miały ładne nazwy (Cellnet, eCare, Mobitel). Wszystko było bardzo ładne, za wyjątkiem potwierdzeń sald. W 2006 r. wysłano do tych firm 22 potwierdzenia, nie otrzymano żadnego, a w 2007 r. z 16 uzyskano jedno.
Sama SCGL nie zbankrutowała. Po ujawnieniu skandalu notowania spadły z 544 do 11 rupii. Na początku 2009 r. dwie firmy ogłosiły wezwanie do sprzedaży jej akcji. Zaryzykowała i więcej zaoferowała Tech Mahindra, która została jednym z największych graczy na rynku IT w Indiach. Ostateczne połączenie obu firm nastąpiło dopiero w 2012 r., ponieważ w SCGL trzeba było wyjaśnić trochę kwestii podatkowych...
W kwietniu 2015 r. prezes SCGL oraz dziewięciu współpracujących z nim pracowników usłyszało zarzuty. Zostali skazani na siedem lat więzienia każdy. Zostało wyjaśnienie odpowiedzialności audytora. Sebi zadała pytania o luki w procesie audytu oraz czy w działaniach ich audytorów był element przyzwolenia. Miejsc, w których powinny się odezwać dzwonki alarmowe, było wiele i żaden z nich nie zadziałał? A może, pytała Sebi, audytorzy „celowo patrzyli w drugą stronę”, i to „przez ponad osiem długich lat”.
Audytorem SCSL była firma PriceWaterhouse (PW). Okazało się, że w Indiach działa ona jako sieć dziewięciu firm, które nie są ze sobą powiązane kapitałowo. Audyt robiła jedna z nich. Ukaranie tej jednej, i ewentualne jej bankructwo, spowodowałoby, że pozostałe osiem mogłoby dalej działać. Stąd decyzja Sebi, że przez najbliższe dwa lata jakakolwiek osoba czy firma działająca pod marką PW nie może wykonywać usług audytu oraz wydawać jakichkolwiek wymaganych prawem opinii dla jakiejkolwiek spółki znajdującej się pod nadzorem komisji. W przypadku PriceWaterhouse Bangalore oraz audytorów, którzy wydawali pozytywne opinie o SCSL, zakaz ten rozszerzono do trzech lat. Nałożono też na nich karę w wysokości 13,1 koti rupii (6,5 mln zł).
Jednym z elementów hinduizmu jest wiara w reinkarnację. Zastanawiałem się, dlaczego w Indiach ciągle jeszcze funkcjonuje nazwa PriceWaterhouse. Teraz już wiemy, za dwa lata odrodzi się tam PwC.