Dostałem najnowsze statystyki dotyczące sprzedaży nowych samochodów, z których wynika, że w pierwszej dziesiątce najchętniej kupowanych przez Polaków marek są aż trzej producenci klasy premium. To nie żart.
Dobra zmiana okazała się tak dobra, że kierowcy mają obecnie kieszenie wypchane forsą po brzegi i masowo przesiadają się ze swoich octavii, lagun i focusów do mercedesów, audi i BMW. Niedługo handlowcy będą rozwozili papier toaletowy do Rossmanów nowymi X3, a szef zmiany w podrzędnym zakładzie mięsnym dojeżdżał będzie do roboty merolem GLE, do którego wchodzi 500 kilo kaczych podrobów. Czy naprawdę już tak nam się przelewa? Otóż nie. Kupujemy auta premium, bo w ostatnim czasie bardzo staniały.
Owszem, jeżeli zajrzycie do cenników, to włos zjeży się wam na głowie. Sęk w tym, że prawie nikt nie kupuje dziś aut za gotówkę. Rządzą kredyt, leasing i wynajem. Do niedawna za 1500–2000 zł miesięcznie mogliście jeździć najwyżej białym golfem z materiałową tapicerką, pokrętłami zamiast przycisków i z silnikiem od sokowirówki pod maską. Dziś za taką kwotę możecie mieć naprawdę nieźle wyposażone audi albo BMW. Oczywiście tak naprawdę nie będzie wasze, bo po dwóch–trzech latach będziecie musieli oddać je dilerowi i zostaniecie z niczym, ewentualnie z kolejnym samochodem, za który trzeba będzie bulić co miesiąc 1500–2000 zł. Ale kogo to tak naprawdę dzisiaj obchodzi? Kiedyś auto było najważniejszym członkiem rodziny – z trudem zdobytym dobrem, na które trzeba było harować przez pierwszą połowę życia, a przez drugą stać po nie w kolejce. Znam takich, którzy swoje maluchy i poldki myli częściej niż własne dzieci. A gdy zmieniały właściciela (auta, nie dzieci), płakali rzewniej niż na pogrzebie własnych rodziców. Jednak dzisiaj samochód to po prostu narzędzie, które służy do przemieszczania się z punktu A do B, robienia zakupów, do pracy, a przede wszystkim – do wożenia dzieci między szkołą, basenem, baletem, lekcjami muzyki, chińskiego, jazdy konnej i garncarstwa starożytnego. Przeciętny mieszkaniec dużego miasta codziennie spędza w aucie od jednej do dwóch godzin, dlatego kompletnie się nie dziwię, że coraz częściej woli to robić w komfortowym, przyjemnie wykończonym wnętrzu jakiejś marki z wyższej półki. Nie rozumiem tylko, dlaczego najczęściej jest to BMW, audi i mercedes. Nie rozumiem, bo właśnie wysiadłem z nowego volvo XC60, które w wersji ze 190-konnym dieslem D4 i napędem na cztery koła możecie mieć na trzy lata za 1800 zł netto miesięcznie. I wierzcie mi – trudno znaleźć w podobnej cenie samochód, w którym tak przyjemnie spędza się czas.