Budżety quasi-państw na Donbasie mieszają się z pieniędzmi w portfelach ich przywódców. Jednych i drugich nie byłoby bez Rosji.
Reklama
Minister energetyki Ukrainy Ihor Nasałyk szacował w niedawnej rozmowie z DGP, że 60 proc. budżetu separatystycznych republik pochodzi z handlu wydobywanym tam węglem. O schematach, dzięki którym surowiec trafiał do Polski, piszemy od września na łamach DGP. Ale antracyt to niejedyne źródło dochodów prorosyjskich bojowników stojących na czele Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych (DRL i ŁRL).
Zanim wybuchła wojna, wielki przemysł Zagłębia Donieckiego odpowiadał za ćwierć ukraińskiego eksportu. Działania zbrojne, exodus połowy mieszkańców, którzy przed chaosem uciekli do innych obwodów Ukrainy lub do Rosji, przejmowanie co atrakcyjniejszych spółek przez bojowników i związanych z nimi ludzi, wreszcie międzynarodowa izolacja nieuznawanych quasi-państw – wszystko to sprawiło, że poziom wymiany handlowej drastycznie zmalał.
Fundamenty doniecko-ługańskiej gospodarki zostały osłabione na przełomie 2016 i 2017 r. Najpierw opozycyjni aktywiści, a pod ich naciskiem Rada Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy zablokowała handel z niekontrolowaną częścią Donbasu. Obecnie przez linię rozdzielającą wojujące strony można przewozić wyłącznie rzeczy osobiste i pomoc humanitarną. Zlikwidowało to legalny handel oraz podkopało, choć nie do końca, kontrabandę.
Poziom wymiany Rosji z DRL i ŁRL jest znany rosyjskiej służbie celnej i kolejom RŻD, które jednak niechętnie dzielą się swoją wiedzą. Do ich dokumentów dotarł dziennikarz portalu Liga.net Jewhen Hołowatiuk. Dane za 2016 r. wskazują, że oba quasi-państwa oficjalnie wysłały do Rosji towary warte 200 mln dol. Wśród nich węgiel stanowił 23 proc., co stoi w sprzeczności ze słowami Nasałyka. Więcej, bo 36 proc., miałaby stanowić produkcja rolno-spożywcza.
Wówczas jednak handel z Ukrainą był otwarty i legalny, a zatem w 2017 r. te statystyki mogą się bardzo zmienić. Blokada sprawiła, że do walki o zajęcie miejsca dotychczasowych dostawców towarów rzuciło się wielu chętnych: Rosjanie, wielki biznes zbliżony do zbiegłego w 2014 r. prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza oraz watażkowie związani z przywódcami DRL i ŁRL, którzy niejednokrotnie w zamian za ochronę wypłacali im dolę.
O tym, jak brutalna może to być rywalizacja, świadczy historia sprzed dwóch lat z byłym ministrem energetyki ŁRL Dmytrem Laminem w roli głównej. Według Aleksieja Anpiłogowa, rosyjskiego dziennikarza, który przez pewien czas pracował w ministerstwie obrony ŁRL, Lamin z każdej tony wysyłanego na Ukrainę węgla brał do kieszeni 300 hrywien (w październiku 2015 r. było to 50 zł). 17 października 2015 r. do jego domu wdarli się zamaskowani mężczyźni, brutalnie go pobili i oskarżyli o defraudację. Uzbrojeni ludzie okazali się funkcjonariuszami bezpieki i MSW ŁRL.
Lider ŁRL Ihor Płotnycki powiedział potem, że nie zezwolił siłowikom na akcję, więc Lamin został wypuszczony. Jednak do ministerstwa już nie wrócił, a ukraińscy dziennikarze ustalili, że cała historia była związana z niechęcią ówczesnego kierownictwa ministerstwa energetyki do dzielenia się zyskami z bezpieką. Niektóre źródła podają, że po dymisji Lamina jego zastępca Ołeksandr Melnyczuk, którego sieć eksportu węgla opisujemy od kilku dni w DGP, przez pewien czas kierował pracami resortu.
Trudno stwierdzić, jaka część zysków z eksportu trafia do kieszeni kontrolujących handel ludzi, a jaka jest wykorzystana przez budżet DRL i ŁRL. Ten podział bywa bardzo płynny. Można natomiast oszacować poziom wsparcia separatystów przez Rosję. Choćby na przykładzie dostaw gazu od Gazpromu. Rosyjski koncern uważa, że dostarczając błękitne paliwo do Doniecka i Ługańska, wywiązuje się z kontraktu z ukraińskim Naftohazem. Ten ostatni nie zamierza jednak za niego płacić. Także dlatego, że nie ma jak skontrolować, jakie wolumeny gazu faktycznie płyną do Donbasu.
W efekcie za błękitne paliwo nie płaci nikt. Dane Gazpromu mówią, że w 2016 r. DRL i ŁRL otrzymały dostawy warte 800 mln dol., zaś dane rosyjskich celników szacują ten koszt na 1,2 mld dol. Liga.net, która je analizowała, nie znalazła racjonalnego wyjaśnienia tych rozbieżności. Kwoty te – niezależnie od tego, która jest prawdziwa – można traktować jako faktyczne dotacje Kremla. W ten sam sposób od lat funkcjonuje model wspierania oderwanego od Mołdawii Naddniestrza.
Rosjanie pomagają rebeliantom także gotówką. Jak w 2016 r. ujawnił niemiecki „Bild”, na pensje dla urzędników, bojowników i emerytów Kreml wydaje 1 mld euro rocznie. Przelewy trafiają na miejsce przy wykorzystaniu banków zarejestrowanych w Abchazji i Osetii Płd. Zbuntowane gruzińskie prowincje w 2008 r. zostały uznane przez Rosję za niepodległe państwa, dzięki czemu ich instytucje finansowe mają dostęp do rosyjskiego systemu bankowego.