Przedstawiciele laureatów ubiegłorocznej edycji konkursu „Gwiazdy Bankowości” organizowanego przez Dziennik Gazetę Prawną i PwC dyskutują na temat wyzwań stojących przed instytucjami finansowymi: kwestii kredytów frankowych, rosnącego nacisku na ochronę praw konsumenta, znaczenia technologii i repolonizacji sektora
Czy w panów opinii zbliżamy się do rozwiązania kwestii kredytów frankowych?
Cezary Stypułkowski: Wydaje mi się, że ryzyka jakiegoś radykalnego rozwiązania już nie ma. W tej sprawie chyba wszystkie argumenty zostały już użyte. Co ważne, doszło do uświadomienia czynnikom sprawczym w tej sprawie, czyli rządzącym, konsekwencji automatycznej konwersji tego portfela na złote. Zwracam uwagę, że kredyty hipoteczne to najdłuższe umowy w naszym kraju. Zdestabilizowanie myślenia, że tych umów trzeba dotrzymywać, byłoby wręcz groźne kulturowo. Dlatego tak istotne jest to, że władza uświadomiła sobie, że nie tędy droga.
Realnym problemem jest to, jak pomóc ludziom, którzy tej pomocy faktycznie potrzebują, bo mieszkają w skredytowanych mieszkaniach i mogą je stracić. Tu zgadzam się z pojawiającymi się propozycjami zwiększenia roli Funduszu Wsparcia Kredytobiorców. Od początku zresztą sektor bankowy był za takim rozwiązaniem.
Reklama
Od razu trzeba wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy: teraz rozmawiamy o problemach związanych z umocnieniem franka, ale na horyzoncie mamy podwyżki stóp procentowych w Polsce. One sprawią, że wzrosną raty kredytów złotowych. Trzeba sobie uświadomić, że prędzej czy później pojawią się problemy z ich obsługą. Nie wiadomo jeszcze, kiedy i w jakiej skali. Chciałbym zobaczyć, jak wtedy będą się zachowywać ci, którzy dziś chcą pomagać frankowiczom.
Tomasz Misiak: Decydując się na ustawowe rozwiązania problemu kredytów frankowych, dotknęlibyśmy zagadnienia trwałości umów między bankami i klientami. Byłaby to decyzja bez precedensu. W tym momencie nie ma konsensusu społecznego co do zastosowania takich rozwiązań. Większość Polaków jest za poszukiwaniem porozumienia na linii klient – przedsiębiorca. By poprawić sytuację frankowiczów, Bank Millennium od dłuższego już czasu proponuje klientom wsparcie w postaci sześciopaku, czyli pakietu rozwiązań ułatwiających obsługę mieszkaniowych kredytów walutowych. Ponadto banki na mocy ustawy z października 2015 r. utworzyły specjalny fundusz w wysokości 600 mln zł, którego celem jest wsparcie kredytobiorców w rzeczywiście trudnej sytuacji finansowej, mających realne trudności ze spłatą rat.

Reklama
Łukasz Bystrzyński szef zespołu doradztwa ds. usług finansowych i partner w PwC / Dziennik Gazeta Prawna
Łukasz Bystrzyński: Tak naprawdę problem kredytów frankowych nie jest do końca zdefiniowany, dlatego też trudno było do tej pory o znalezienie kompromisowego rozwiązania. Dla jednych sprowadza się on do spreadów walutowych. Dla innych to zasadnicze pytanie – czy powinno się brać kredyty w innej walucie, niż otrzymuje się zarobki. Czy może wreszcie chodzi o proces sprzedaży, który nie wyglądał tak, jak powinien, i z tego powodu część klientów banków ma teraz problemy. Najważniejsze, zarówno dla banku, jak i dla klienta, jest oczywiście to, jak zarządzać długoterminowymi relacjami, by być przygotowanym na ewentualne zmiany rynkowe. Franki to jednak dobry przykład, jak ważne są podejmowane decyzje i jak nieprzewidywalne konsekwencje mogą one wywołać.
Marcin Giżycki: Mojego banku kwestia kredytów frankowych dotyczy w niewielkim stopniu. Ale i dla nas istotna jest związana z tym niestabilność otoczenia, w jakim funkcjonujemy. Pojawiało się już wiele różnych rozwiązań, różnych podpowiedzi dla klientów – często wcale nie w ich najlepszym interesie.
Cezary Stypułkowski: Jak się popatrzy w dane Biura Informacji Kredytowej, to widać, że problem ze spłatą dotyczy przede wszystkim ludzi, którzy mieli wiele kredytów na kilka mieszkań albo w bardzo wysokiej kwocie, co oznacza, że wyjściowo mieli mocną zdolność kredytową.
Łukasz Bystrzyński: Faktycznie, problemy ma ograniczona grupa. 97–98 proc. klientów spłaca te kredyty. Pojawia się pytanie, jak można pomóc tym, którzy sobie nie radzą. Tu ważna jest rola regulatora, który nieformalnie naciska, wykorzystując dostępne narzędzia nadzorcze, by banki dokonywały przewalutowania lub aktywnie inicjowały inne rozwiązania. Wprowadzono dodatkowy 3-proc. bufor kapitałowy dla wszystkich banków, niektóre dostały dodatkowe wymogi, a regulator zastanawia się jeszcze, czy nie dołożyć kolejnego domiaru w wymogach dotyczących ryzyka operacyjnego. Na koniec dnia mamy więc tak naprawdę dwa poziomy dyskusji: jeden to debata z konsumentem, a drugi – wymuszanie określonych rozwiązań na bankach przez regulatora.
Cezary Stypułkowski: Regulator będzie miał dość fundamentalny problem. Ja na przykład nie bardzo widzę jakieś głębsze uzasadnienie dla – powiedzmy – śrubowania wymogów dotyczących wskaźnika LtV. Pół roku przed wzrostem kursu franka uczestniczyliśmy w ogólnoeuropejskim badaniu AQR. Wtedy nie było zastrzeżeń, że poziom LtV w kredytach mieszkaniowych w naszych bankach jest zbyt wysoki. Wydaje się, że poziom ryzyka nie jest aż tak duży, by uzasadniał te wszystkie dodatkowe wymogi, jakie się na nas nakłada. A jest też druga strona: to wszystko prowadzi do przekapitalizowania banków i ograniczenia możliwości emisji kredytu, potencjalnie ze szkodą dla tempa wzrostu gospodarczego.
Osobna kwestia to rosnąca liczba sporów prawnych klientów z bankami. Moim zdaniem one są organizowane przez wyspecjalizowane kancelarie, dla których te procesy i wciąganie w nie naszych klientów to już w tej chwili model biznesowy. Zwłaszcza nieodpowiedzialni wobec klientów są ci promujący nieważność umów.
Tomasz Misiak: Wszystkich inicjatyw związanych z kredytami frankowymi było już kilkadziesiąt. Właściwie każde środowisko polityczne zgłosiło jakiś pomysł. To stwarza podatny grunt dla prawników wspomnianych przez prezesa Stypułkowskiego. A codzienna praktyka zupełnie tego nie uzasadnia. Przecież my z portfelami frankowymi pracujemy już od ładnych paru lat. Wypracowaliśmy własne mechanizmy wsparcia. To m.in. dzięki temu poziom kredytów zagrożonych jest tak niski. Wydaje się, że po wszystkich stronach dyskusji o frankach nastąpił moment pewnego zmęczenia.
Zmieńmy nieco temat. Po wybuchu kryzysu i na poziomie unijnym, i na krajowym pojawiło się wiele regulacji, które mają chronić interesy konsumentów w relacjach z instytucjami finansowymi. Jak one wpływają na funkcjonowanie banków, na ofertę?
Marcin Giżycki wiceprezes ING Banku Śląskiego / Dziennik Gazeta Prawna
Marcin Giżycki: Gdy czytam każdy nowy dokument, który dotyczy tego wymiaru, mam wątpliwości, czy to faktycznie pomoże klientom. Z jednej strony pracujemy nad uproszczeniem różnego rodzaju dokumentów przedstawianych klientom – taka jest polityka mojego banku, że chcemy, by były one łatwe w odbiorze i zrozumiałe. Kiedy już wydaje nam się, że się udało, przychodzi pismo, że trzeba przedstawić klientowi ileś kolejnych załączników.
Prawo cały czas się zmienia, ale mam wrażenie, że ono nie nadąża za zmieniającym się światem. Przykładem jest dyskusja dotycząca tego, że określone informacje powinniśmy przedstawiać klientowi na trwałym nośniku. Rozumiem, że państwo regulator chce chronić klientów, ale w rzeczywistości idzie w inną stronę, niż oni sami by chcieli.
Tomasz Misiak dyrektor departamentu marketingu bankowości detalicznej Banku Millennium / Dziennik Gazeta Prawna
Tomasz Misiak: Niewątpliwie widoczna jest rosnąca chęć tworzenia regulacji, które jeszcze bardziej chroniłyby interesy klientów. Takie podejście jest z gruntu dobre. Problem pojawia się wtedy, gdy przygotowujemy te regulacje w sposób nieprzemyślany. Czy jeśli klient dostanie z umową kilkadziesiąt stron różnych dodatkowych informacji, będzie bardziej bezpieczny? Pamiętajmy też, że często źródłem wprowadzanych zmian są przepisy unijne. Wyzwaniem jest właściwe wdrożenie tych przepisów na poziomie krajowym. Tu pojawia się problem właściwej ich interpretacji oraz to, że wymogi stawiane przez lokalne prawo są często bardziej rygorystyczne niż europejskie, a o jego kształcie banki dowiadują się zbyt późno – tuż przed ostatecznym terminem wdrożenia. Dodatkowo zdarza się, że jeśli wypracujemy jakieś rozwiązanie, które wydaje się zgodne z przepisami, po dwóch – trzech latach pojawia się interpretacja inaczej oceniająca dany przepis.
A moim zdaniem rozwiązanie problemu lepszej ochrony konsumenta jest proste. Dopóki na rynku takim jak polski jest duża konkurencja, konsument może czuć się bezpiecznie. Konkurujemy może w mniejszym stopniu ceną, ale jakością usług – na pewno.
Cezary Stypułkowski prezes mBanku / Dziennik Gazeta Prawna
Cezary Stypułkowski: Obserwujemy teraz bardzo poważną rewolucję w bankowości. Dawniej motorem była sprzedaż produktów, teraz organizujemy się wokół relacji z klientem. Koncentrujemy się na tym, jak uczynić relację z klientem pełniejszą i opartą na zaufaniu, a nie jak tylko sprzedać produkty. W wyniku tej zmiany możemy jednak długoterminowo oczekiwać, że przychody będą większe. Podobnie jak ING, my także staramy się być bardziej zrozumiali dla klientów. Jesteśmy gotowi wziąć na siebie większe ryzyko prawne, ale w zamian klienci będą mieli regulaminy, które będą rozumieli. To ryzyko jest oczywiście trochę niezbadane, bo – jak mówiłem – jest pewna skłonność części środowisk prawniczych, by wykorzystywać pewne niedoskonałości, które zawsze powstają w tego typu sytuacjach.
Niezależnie od tego zgadzam się, że sektor jest bardzo konkurencyjny. Z tego bierze się również innowacyjność. W efekcie klienci dostają produkty wysokiej jakości, z których naprawdę – gdy porównamy się np. do innych krajów europejskich – mogą być zadowoleni. Natomiast instytucje, które mają zajmować się ochroną klientów, tkwią w okowach postanglosaskiego myślenia o tych prawach i to nieprzefiltrowanego przez wpływ możliwości technologicznych. I ja non stop mam taki dylemat: wiem, że prędzej czy później nadziejemy się na jakiś problem. Nie może być inaczej, jeśli chce się być w czołówce technologicznej. Regulacje to z reguły rozwiązania sprzed dwóch – trzech lat, które bazowały na dyskusji sprzed pięciu. Mimo to idziemy w innowacje. Trzeba mieć świadomość, że bankowość to jest w Polsce najbardziej innowacyjna branża, jeśli chodzi o sektor usług.
Łukasz Bystrzyński: Z jednej strony mamy rozwój technologiczny, z drugiej jest np. najnowsze unijne rozporządzenie RODO dotyczące danych osobowych, które wymaga, by każda procedura miała dobrze udokumentowaną zgodność, jeśli chodzi o ochronę tych danych. Jest więc kwestia wyważenia technologii i możliwości, że tak powiem, ufintechowienia regulacji. Tu kłania się np. dyrektywa PSD2 dotycząca systemu rozliczeniowego.
Cezary Stypułkowski: Ja uważam, że PSD2 to przepisy przygotowane na potrzeby niektórych krajów, które są bardzo zapóźnione, jeśli chodzi o system rozliczeń, gdzie przelew szedł dwa dni, a rozliczano się głównie czekami. U nas od dawna są dostępne płatności natychmiastowe. My jako sektor z dużym zapasem wyprzedzamy więc PSD2 i nic poważnego nam z powodu tej dyrektywy nie grozi.
Wracając do regulacji klientowskich – w Stanach Zjednoczonych po kryzysie finansowym powołano z inicjatywy Elisabeth Warren, która była wtedy wykładowcą prawa na Harvardzie, teraz jest senatorem, Consumer Financial Protection Bureau. To był dla mnie sygnał, że instytucje finansowe muszą zmienić nie tylko sposób oferowania produktów, ale także narrację wokół swojej społecznej funkcji.
Ale teraz myślenie tam idzie w inną stronę. Zastanawiają się nawet nad likwidacją CFPB.
Cezary Stypułkowski: Myślenie się zmieniło. Coraz więcej jest głosów, że rynek został przeregulowany. My jesteśmy jakieś 10 lat w tyle za zmianami na Zachodzie. Komisja Nadzoru Finansowego powstała u nas mniej więcej dekadę po tym, jak w Wielkiej Brytanii powstało Financial Services Authority. FSA już nie ma. Funkcje nadzorcze przeniesiono do banku centralnego, a ochroną klientów zajmuje się nowy organ. Prawdopodobnie u nas będzie podobnie. Ja nie mam wątpliwości, że funkcje regulacyjne i nadzorcze powinny być przy banku centralnym.
Do tej pory o tym nie rozmawialiśmy, ale proszę zwrócić uwagę, jaki jest wpływ regulacji, np. na ocenę zdolności kredytowej. W mBanku udzielamy kredytów konsumenckich w zdecydowanej większości tylko osobom, które mają już u nas konto. To oznacza, że przy dzisiejszej technologii jesteśmy w stanie znakomicie ocenić ich zdolność kredytową na podstawie historii rachunku, który w określony sposób kategoryzuje ich wydatki. A regulacje nadal przyjmują, że najlepszą podstawą oceny zdolności kredytowej jest zaświadczenie o dochodach w poprzednim kwartale.
Jaki wpływ na rynek będzie mieć wdrożenie dyrektywy MiFID2 dotyczącej produktów inwestycyjnych?
Marcin Giżycki: Nowe regulacje na pewno doprowadzą do przebudowy rynku szeroko rozumianych inwestycji. Z biznesowego punktu widzenia istotne jest to, jakie wyzwania to kreuje. Pamiętajmy, że wiąże się to także z poważnymi kosztami. Jest np. kwestia dokumentowania. Dla nas to wyzwanie przede wszystkim, jeśli chodzi o szukanie nowego sposobu obsługi klienta. Ponieważ coraz większą rolę odgrywać będzie technologia – rozwiązania typu robo-advise, to z punktu widzenia klienta o produkty inwestycyjne nie będzie trudniej. Mam nadzieję, że będzie mniej sytuacji spornych. Dyskusje na temat missellingu zawsze będą się pojawiały, ale w miarę wdrażania nowych regulacji ryzyko takiego zdarzenia po prostu będzie się zmniejszać.
Łukasz Bystrzyński: MiFID2 to jeden z ciekawych elementów regulacyjnych, który wymusza fundamentalne zmiany w modelach biznesowych. To nie jest regulacja związana tylko z dodatkowymi procedurami. Ona zmienia sposób obsługi, raportowania, przedstawienia informacji klientowi. Z punktu widzenia klienta powinno to pomóc. Ale jest kwestia wdrożenia i tego, na ile da to możliwość stworzenia wystarczającego wachlarza produktowego i serwisowego dla klientów. I na ile będziemy patrzeć na procedury, a na ile na pryncypia współpracy z klientem. Celem powinien być dekalog współpracy z klientem, a nie nowe tomy dokumentacji. Więc może to być krok w pozytywnym kierunku.
Gdy mówili panowie o regulacjach, cały czas przewijała się kwestia technologii. Fintech to chyba ulubiony temat bankowców...
Cezary Stypułkowski: Dawniej były dotcomy, teraz są fintechy.
I skończy się tak samo – pęknięciem bańki?
Cezary Stypułkowski: To jest po prostu pewien hype, moda, wokół nowego zjawiska. Mogę powiedzieć: „My jesteśmy fintech” – w rozumieniu użytkowym. Wszyscy staramy się rozwijać technologie. Ale w finansach nie będzie takiej rewolucji fintechowej, jaką przyniósł Uber. Oni faktycznie zmienili sposób funkcjonowania pewnej sfery, która chyba na całym świecie jest uznawana za szarą. To całkowicie zmieniło doświadczenie klienta, buduje zupełnie nowy sposób wyobraźni. Jeśli ktoś tego nie rozumie, to walczy jak tkacze z maszynami w Lyonie na początku XIX w. To jest droga donikąd. W tym sensie my też musimy się dostosować za pomocą rozwiązań typu one-click, ale generalnie – już o tym mówiłem – jakiejś wielkiej przestrzeni do pójścia do przodu ja tu nie widzę.
Tomasz Misiak: W bankach wdrażamy już rozwiązania fintechowe. Oczywiście korzystamy ze współpracy partnerów, którzy mają np. jakieś ciekawe pomysły. Ale oni nie mają takiego przełożenia na rynek, jakie mamy my w sektorze finansowym. Umówmy się, że Uber był jeden, długo trzeba będzie czekać na nowe rozwiązania tego typu. Ważne jest, by myślenie o fintechach nie szło w stronę ulepszania tego, co już funkcjonuje, ale raczej wymyślania czegoś od nowa. Uber to zupełnie nowe myślenie. I przed bankami również stoją takie wyzwania. Ważne, żebyśmy nie zabili tego kierunku rozwoju regulacjami.
Cezary Stypułkowski: Proszę pamiętać, że my w bankach za darmo wykonujemy bardzo dużo zadań zleconych przez państwo. To się dzieje przy niskiej relacji kosztów do dochodów i opłat na klienta. Nasz lokalny sektor jest po prostu bardzo efektywny.
Chodzi panu o to, że banki są na tyle sprawne, że nie powinny obawiać się fintechów?
Cezary Stypułkowski: Raczej o to, że gdyby przez ostatnie dwa lata w Polsce nie toczył się kontredans frankowy, gdyby nie podatek bankowy, to moim zdaniem polskie banki miały szanse na to, by wyjść za granicę. My mamy unikalny produkt. Ale podatek bankowy niszczy rentowność działania za granicą. Wiem o tym, bo mBank ma oddziały w Czechach i na Słowacji. Od aktywów na Słowacji płacę go podwójnie – i tam, i w Polsce. Powiem szczerze, że zastanawiamy się nad tym, czy tych operacji nie zamknąć.
Łukasz Bystrzyński: Zaawansowanie technologiczne banków w Polsce jest nieporównywalne do banków w Europie Zachodniej czy w Stanach. Tam nowinką technologiczną jest rozliczanie czeków przez komórkę, a w mało którym sklepie można zapłacić kartą sposobem bezdotykowym. Jesteśmy jednym z największych rynków kart bezstykowych, na różnych kongresach fintechowych nagrody idą do polskich banków – to też świadczy, że jesteśmy w światowej pierwszej lidze. Jest tylko pytanie, jak to odpowiednio zeskalować i wyjść z tymi rozwiązaniami za granicę.
Porozmawiajmy jeszcze o repolonizacji i o wpływie tej tendencji na sektor. Czy ubiegłoroczne wydarzenia na tym polu – kupno BPH przez Alior czy Pekao przez PZU – to oznaka trwałej tendencji, czy raczej coś przejściowego?
Łukasz Bystrzyński: Ja przede wszystkim cały czas zadaję sobie pytanie, jaki jest tego cel. Czy chodzi o zwiększenie bezpieczeństwa, konkurencyjności, czy może chodzi o zrealizowanie ciekawej transakcji? Jak już panowie mówili, poziom konkurencji w sektorze jest dość wysoki, regulator przyjął – moim zdaniem słusznie – podejście, że w każdym dużym banku jest inwestor strategiczny, który jest za niego odpowiedzialny. Dzięki temu nie ma takiej sytuacji, jak np. we Włoszech, gdzie jak trzeba było wziąć odpowiedzialność za instytucje finansowe, to trudno było to wymusić, nie mówiąc już o tym, jak dojść do szybkiej ścieżki dokapitalizowania. W debacie publicznej pojawiał się też argument, że chodziło o to, by zwiększyć możliwość oddziaływania na sektor. Realizacja programu „Rodzina 500 plus” w sektorze bankowym czy to, jak wykorzystywane były gwarancje de minimis na kredyty dla firm, świadczy, że ten wpływ jest. Nie trzeba banków kupować, by mieć na nie wpływ. Są przykłady na to, że można to robić w inny sposób. Ale najpierw zdefiniujmy cel.
Marcin Giżycki: Zgadzam się. Jeśli państwo ma np. cel zwiększenia bezpieczeństwa, to bezpośrednia inwestycja kapitałowa nie jest do tego potrzebna. Nie do końca rozumiem, po co to robiono. I to właściwie powinien być jedyny komentarz. Z drugiej strony – może to w jakimś wymiarze pomoże sektorowi. Bo jeśli ktoś kupuje te banki, a jednocześnie tworzy dla nich regulacje – mówię o państwie – to być może weźmie pod uwagę, jak te regulacje przełożą się np. na płaconą przez banki dywidendę. Każda decyzja, która wpływa na sektor, ma przełożenie na dochody.
Cezary Stypułkowski: Kiedyś byłem zwolennikiem konceptu flagowej instytucji o narodowej tożsamości. Ale to była końcówka lat 90. On w sumie został przegrany. Wydaje mi się, że kraj o takim potencjale powinien mieć kilka instytucji, w których proces zarządczy koncentruje się wokół lokalnego rynku. Ale pomiędzy tym a upaństwowieniem jest duża różnica. Upaństwowienie zawsze prowadzi do jednego: mandatory lending. Zawsze jest alternatywa: czy żeby komuś pomóc, użyć środków publicznych czy depozytów klientów banków. Jeżeli już się decydować na udomowienie, to z wyraźnym wskazaniem, że te banki powinny być wolne od wpływów politycznych.
Tomasz Misiak: Warto też podkreślić, że my – chociaż inwestorzy strategiczni pochodzą z zagranicy – jesteśmy bankami polskimi. Mamy tu aktywa, spółki zarejestrowane są w Polsce, są notowane na warszawskiej giełdzie, mamy bardzo dużą niezależność, jeśli chodzi o funkcjonowanie i inicjowanie różnych pomysłów lokalnie. Po drugie: jeśli zapewnione są takie same warunki działania dla wszystkich, bez preferencji, a równocześnie działa prawidłowy nadzór ze strony inwestorów, to ja nie widzę problemu. I jeszcze jedna rzecz: my oczywiście ze sobą konkurujemy, ale równocześnie jest wiele przykładów współpracy w tworzeniu różnorodnych rozwiązań infrastrukturalnych tam, gdzie widzimy potencjał dla rozwoju rynku. Przykładem jest system Blik. To, że rynek płatności jest w Polsce tak mocno rozwinięty, to nie tylko zasługa konkurencji, ale przede wszystkim współpracy. Myślę, że w przyszłości ta współpraca będzie jeszcze lepsza.
Na koniec: co dla panów jest istotnym wyzwaniem dla banków w perspektywie średnioterminowej?
Marcin Giżycki: Technologia. Już jesteśmy świadkami rewolucji technologicznej i ona nadal będzie trwała. Mam wrażenie, że w ciągu trzech-czterech lat większość operacji bankowych przeniesie się do komórek. To będzie miało wiele poważnych konsekwencji. Komórka stanie się oddziałem przyszłości. Wszyscy już o tym mówią, ale w tym horyzoncie czasowym to się już wydarzy.
Skoro wszystko w komórkach, to nie będzie oddziałów bankowych? Z drugiej strony – może to szansa dla nowych graczy, którym łatwiej będzie zdobywać rynek?
Marcin Giżycki: Dla nowych graczy – raczej nie. Będzie decydowało zaufanie, siła brandów. Jak już mówiliśmy, banki są na takim poziomie zaawansowania technologicznego, że komuś nowemu trudno byłoby wymyślić jakieś rewolucyjne rozwiązanie. Jeśli chodzi o oddziały, to zmieni się ich rola. Mniej będzie typowej sprzedaży, więcej doradzania i oczywiście będą służyć do rozwiązywania bardziej skomplikowanych problemów. Tak naprawdę to dziś nie wyobrażamy sobie nawet, jakie mogą być konsekwencje tej zmiany.
Łukasz Bystrzyński: Zmienić się powinien cały sposób myślenia. Dziś klient najpierw szuka domu, a na koniec jest oferta kredytowa. W przyszłości to z banku może wychodzić inicjatywa w sprawie znalezienia domu. I rzecz w tym, by być nie tylko finansującym, ale stać się sercem ekosystemu realizującego potrzeby Kowalskiego od A do Z za pomocą kliknięcia w apce banku w jego smartfonie.
Wszystko będzie można w bankach kupić?
Tomasz Misiak: Pytanie, czy w bankach. Na pewno minęliśmy już punkt, w którym można mówić, że dostęp do rachunku realizowany jest głównie przez komórkę. Teraz chodzi o to, by wykorzystać nowoczesne technologie bankowe do oferowania innych produktów i usług. Już widać, że banki nie zajmują się tylko kredytami, depozytami i rozliczeniami, a stają się platformami do oferowania innego typu usług i rozwiązań, także niefinansowych.
Cezary Stypułkowski: Ja zwróciłbym uwagę na zupełnie inną sprawę. Po wyborach we Francji i Niemczech dojdzie moim zdaniem do odrodzenia Unii Europejskiej, czyli tak naprawdę strefy euro. To doprowadzi do pojawienia się inicjatyw zmierzających w stronę budowy paneuropejskich instytucji bankowych. Tego w tej chwili właściwie w ogóle nie ma. Ten stan nie może się utrzymać. Pojawiają się inicjatywy oparte na technologiach, jak N26. Duże banki mają problem z tym, żeby wystartować z taką paneuropejską inicjatywą. Ktoś, kto zrobi krok w tym kierunku jako pierwszy, będzie zwycięzcą. Tam, gdzie jest jedna waluta, jednolity system rozliczeniowy, to myślenie, że będzie osobna izba rozliczeniowa w każdym kraju, nie ma sensu. Oczywiście tych rozliczeń transgranicznych jest ciągle niewiele, ale proszę popatrzeć, jak ludzie jeżdżą po całej Europie. To jest przestrzeń, która otworzy zupełnie nowe rubieże dla sektora bankowego. Nie tylko w Polsce. Moim zdaniem systemowo my jako kraj mamy pewne przewagi, ale zapewne w jakiejś perspektywie czasowej bez wejścia do strefy euro je utracimy.
Spory prawne klientów z bankami są organizowane przez wyspecjalizowane kancelarie, dla których te procesy i wciąganie w nie naszych klientów to już w tej chwili model biznesowy
Uber to zupełnie nowe myślenie. I przed bankami również stoją takie wyzwania. Ważne, żebyśmy nie zabili tego kierunku rozwoju regulacjami
W przyszłości to z banku może wychodzić inicjatywa w sprawie znalezienia domu. I rzecz w tym, by być nie tylko finansującym, ale stać się sercem ekosystemu realizującego potrzeby Kowalskiego od A do Z