Minister środowiska Jan Szyszko nie ma ostatnio dobrej passy. Najpierw zasłynął ustawą o wycince drzew, a teraz rozkręca burzę wokół GMO. Temat wraca, i to w dość zawoalowany sposób.
Na pierwszy rzut oka trudno doszukać się logiki w nowym lex Szyszko. Szczególnie że to właśnie PiS – w osobie ówczesnego posła, a dzisiejszego ministra środowiska – przekonywał rząd Donalda Tuska, iż wpuszczając GMO do Polski, zniszczy jej renomę jako państwa produkującego żywność o najwyższej jakości. Wówczas poseł grzmiał, że żadne pieniądze UE nie są w stanie naprawić szkód, jakie na polskiej wsi spowoduje GMO. Tymczasem dziś minister Jan Szyszko – nadal przeciwnik GMO – tworzy przepisy, które na GMO pozwalają?
Spokojnie. Fala rodzimej zmodyfikowanej żywności, przynajmniej na razie, nie zaleje polskiego rynku, ale... rzeczywiście w drzwiach twierdzy pojawia się szczelina. I co istotne, większa niż oczekuje tego Komisja Europejska. Ona bowiem żąda (tylko!), aby Polska zaczęła prowadzić wreszcie rejestr lokalizacji upraw GMO. Jak rozumiem pro forma, bo przecież u nas żadne GMO nie jest dopuszczone, co oznacza, że rejestr będzie pusty. Tymczasem w projekcie nowelizacji ustawy o GMO idziemy dużo dalej. Zakładamy bowiem, że Polska będzie wolna od upraw GMO, ale... z wyjątkiem wyznaczonych stref, o ile wyrażą na nie zgodę minister środowiska, samorząd i mieszkający w promieniu trzech kilometrów sąsiedzi. Czyli ustanawiamy procedurę uzyskiwania zezwolenia na uprawy, których i tak prawo nie dopuszcza. I jeszcze tłumaczymy, że procedura celowo jest zaporowa, by jak najmocniej pokazać swój sprzeciw wobec GMO. Tylko po co uprawiać tę sztukę dla sztuki.