- Grupa PFR to znacznie szersza koncepcja niż to, co kilka lat temu miały realizować Polskie Inwestycje Rozwojowe. Chodzi o to, by angażować się w finansowanie tam, gdzie na rynku są luki - uważa Paweł Borys, prezes Polskiego Funduszu Rozwoju.
Reklama
Polski Fundusz Rozwoju wspólnie z PZU kupują prawie 33 proc. akcji Banku Pekao od UniCredit. Ilu członków rady nadzorczej Banku Pekao będzie miał PFR?
Zawarliśmy z PZU umowę akcjonariuszy. Zgodnie z nią na walnych zgromadzeniach będziemy głosować wspólnie. Dotyczy to również wyboru członków rady nadzorczej Pekao. Można więc zakładać, że to będzie nasza wspólna decyzja, choć oczywiście każda ze stron będzie mogła zaproponować własnych kandydatów. Pamiętajmy, że proporcje w transakcji odkupu akcji Pekao od UniCredit są takie, że 60 proc. przypada na PZU. Na nas – 40 proc.
W jaki sposób zapewnicie, że management będzie wybierany na zasadach kompetencji, a nie według znajomości politycznych?
Jestem przekonany, że PFR udowadnia, że stosuje w tym zakresie wysokie standardy. Członkowie zarządów instytucji z grupy PFR to są osoby profesjonalne, z dużym doświadczeniem biznesowym. Tak jest w PFR, BGK, PARP oraz innych podmiotach.
W ARP? Prezesem jest tam Marcin Chludziński, wcześniej szef Fundacji Republikańskiej.
Zarząd ARP był powołany przed przejęciem nadzoru przez Ministerstwo Rozwoju i wejściem do grupy PFR. Właśnie powołaliśmy tam trzeciego członka zarządu, z dużym doświadczeniem menedżerskim. Natomiast Marcin Chludziński jest jak najbardziej kompetentnym prezesem, a fakt zaangażowania przez jakiś okres w działalność społeczną to dodatkowe doświadczenie.
Wróćmy do Pekao.
Mam przekonanie, że w całej grupie PFR budujemy profesjonalny zespół. To będzie dotyczyło również Banku Pekao. Podkreślam też, że statut Pekao przewiduje, że co najmniej połowa członków rady nadzorczej powinna spełniać kryterium niezależności. Te osoby nie będą mogły mieć bezpośrednich powiązań z PZU czy PFR. Ponadto my będziemy mieć poniżej 33 proc. akcji Pekao. Znaczącą rolę będą więc odgrywać inwestorzy finansowi. Żeby oni zaakceptowali kandydatów do rady, kandydaci będą musieli być kompetentni i wiarygodni. Mam nadzieję, że ład korporacyjny w Pekao będzie oceniany wysoko.
Ile PFR chce zarobić na Pekao?
Zaangażowaliśmy się w tę transakcję, bo wierzymy, że to będzie dobry biznes. Pekao to bank o mocnej pozycji rynkowej, z wysoką rentownością – regularnie wypracowuje ponad 2 mld zł zysku rocznie i daje 6,5–7 proc. stopy dywidendy. Biorąc pod uwagę, że połowa kwoty, jaką zaangażujemy, to będzie nasz kapitał, a druga połowa – dług, za który zapłacimy ok. 3,5 proc. w skali roku, sama dywidenda powinna dawać 10 proc. rentowności w skali roku. Jeśli akcje Pekao będą zyskiwać na wartości, rentowność tej inwestycji dla PFR może być wyższa.
A jeśli spadną?
Oczywiście, istnieje ryzyko związane z tą inwestycją, jak z każdą inną. Branża bankowa przechodzi strukturalną zmianę. Jej dochodowość jest w trendzie spadkowym. Ma to związek z niskimi stopami procentowymi, pojawianiem się nowych regulacji dotyczących ochrony praw konsumenta, ale i koniecznością dużych wydatków na technologie. To wszystko sprawi, że w przyszłości w Polsce będzie miejsce dla sześciu-siedmiu dużych banków. Uważam, że wśród nich powinny być dwie silne grupy lokalne: jedna wokół PKO Banku Polskiego, a druga zbudowana na bazie PZU i Pekao. Również dlatego PFR zaangażował się w ten projekt, aby zapewnić stabilny rozwój sektora finansowego. My jesteśmy jednak inwestorem finansowym, podobnie jak EBOR poprzednio w BGŻ czy Alior. Zakładam, że za kilka lat wyjdziemy z tej inwestycji, być może poprzez ofertę publiczną dla inwestorów detalicznych.
Czy nie lepszy byłby model rozproszonego akcjonariatu Pekao?
Chcieliśmy uniknąć sytuacji, w której dotychczasowy inwestor wychodziłby z Pekao w sposób nieuporządkowany. To kolejny motyw naszego zaangażowania. Docelowo model rozproszonego akcjonariatu z pakietem do 20 proc. akcji posiadanych przez PZU, silnego Pekao notowanego na GPW z lokalnym centrum decyzyjnym powinien być poważnie brany pod uwagę.
Wspomniał pan, że PFR częściowo będzie finansował zakup akcji Pekao długiem. Jakie są plany emisji obligacji w perspektywie kilku lat?
Odkąd przyszedłem do PFR, deklaruję, że chcemy finansować się w jak największym stopniu na rynku. To dotyczy nie tylko samego funduszu, ale także Banku Gospodarstwa Krajowego. W ramach strategii do 2020 r. mamy potencjał, by te dwie instytucje pozyskały w ramach emisji obligacji co najmniej 10–15 mld zł. To efektywny sposób mobilizowania środków na realizowane programy.
PFR jest w 100 proc. zależny od Skarbu Państwa. BGK ma status banku państwowego. Czy wasze zadłużenie nie będzie powiększało długu publicznego?
Nie. Dokładnie zbadaliśmy to. Jesteśmy po konsultacjach z Eurostatem i Głównym Urzędem Statystycznym i jesteśmy klasyfikowani poza sektorem finansów publicznych. W statucie mamy zapis, że połowa członków rady nadzorczej musi spełniać kryteria niezależności. Statut przewiduje również, że nasze inwestycje mają mieć rynkowe stopy zwrotu, mamy niezależne komitety inwestycyjne w ramach funduszy inwestycyjnych. Wspólnie z BGK i KUKE mamy tworzyć grupę finansową, która działa w oparciu o rynkowe standardy, komplementarnie do prywatnego sektora bankowego. To zapewnia ujęcie grupy poza długiem publicznym.
Jakie są tegoroczne osiągnięcia PFR, jeśli chodzi o finansowanie dużych projektów inwestycyjnych?
Bardzo mi zależy, żeby fundusz nie był postrzegany tylko przez pryzmat kilku pojedynczych inwestycji. W ramach grupy PFR realizujemy wiele ważnych i dużych programów. Przykładowo gwarancje de minimis to zaangażowanie rzędu 20 mld zł na finansowanie małych i średnich firm, a program wspierania start-upów przez branżę venture capital to 2,8 mld zł. Na rządowy program Mieszkanie Plus przeznaczamy 6 mld zł. Mamy już 56 lokalizacji pod inwestycje w tym programie. To tylko kilka przykładów.
Grupa PFR to znacznie szersza koncepcja niż to, co kilka lat temu miały realizować Polskie Inwestycje Rozwojowe (na bazie tej spółki powstał Polski Fundusz Rozwoju). Chodzi o to, by angażować się w finansowanie tam, gdzie na rynku są luki. Czyli chodzi o finansowanie długoterminowe, wsparcie małych i średnich przedsiębiorstw, kapitał wysokiego ryzyka, innowacje czy ubezpieczenia eksportu na rynki o podwyższonym ryzyku.
Nie zmienia to faktu, że realizujemy i duże transakcje. Nie o wszystkich mówimy z uwagi na tajemnicę bankową. W tym roku prócz inwestycji w Pekao mamy na koncie przykładowo inwestycję z Pesą, współfinansowanie platformy wydobywczej Lotosu na Bałtyku za 1,6 mld zł, organizację finansowania obwodnicy Krakowa, tzw. Trasy Łagiewnickiej, za ponad 800 mln zł oraz dla Przewozów Regionalnych na podobną kwotę czy zakończenie budowy terminala kontenerowego w porcie gdańskim o wartości miliarda złotych.
Ostatnio mówił pan, że pieniądze na inwestycje są, nie ma projektów inwestycyjnych. Dlaczego ich brakuje?
To problem całej Europy, co pokazuje choćby to, że dla zdynamizowania inwestycji stworzono plan Junckera. Lecz i on startuje bardzo powoli w innych krajach. Z uwagi na rachityczny wzrost i niestabilność po kryzysie finansowym firmy mniej inwestują, a projekty infrastrukturalne wymagają wielu lat przygotowania, a w Polsce jest to szczególnie duży problem. W Polsce specyficznie obecnie mamy dołek inwestycji w samorządach i infrastrukturze po zakończeniu poprzedniej perspektywy finansowej UE z końcem 2015 r. Podbiło to dynamikę PKB w ubiegłym roku i obniżyło w 2016 r. Spodziewam się jednak, że na przełomie lat 2017 i 2018 zobaczymy realne przyśpieszenie w projektach infrastrukturalnych. Będzie to widać w ogólnych danych dotyczących inwestycji oraz wzroście gospodarczym, który zwłaszcza od II kwartału powinien przyspieszać i osiągnąć w drugiej połowie przyszłego roku ponownie ponad 3 proc.
Czy wśród przedsiębiorców widzi pan obawę przed inwestowaniem?
Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że polscy przedsiębiorcy są bardzo konserwatywni. Inwestycje finansują głównie ze środków własnych. Poza tym decyzje o nowych projektach są uzależnione głównie od oceny perspektyw nowych zamówień. Tymczasem w ostatnich miesiącach mieliśmy wiele informacji zwiększających niepewność: brexit, trwająca wojna na Ukrainie, słabe wyniki gospodarcze strefy euro, stosunkowo niski wzrost w Chinach. To wszystko ma wpływ na myślenie o inwestycjach. Ale jestem przekonany, że one ruszą choćby ze względu na sytuację na rynku pracy. Do pewnego momentu przedsiębiorcy mogą szukać pracowników, oferując np. wyższe wynagrodzenie. Ale jeśli rąk do pracy i tak brakuje, trzeba przeorganizować produkcję – czyli zainwestować np. w nowe maszyny.