Znaków zapytania jest zdecydowanie więcej niż pewników. Wiadomo jednak, że Angela Merkel straciła największego sojusznika w działaniach na rzecz TTIP jakim był David Cameron. Pewne jest też, że francuski premier Manuel Valls zapowiedział kilka dni temu, iż porozumienie o wolnym handlu, które nie przestrzega interesów Unii Europejskiej, nie powinno być zawarte. "Europa musi być twarda. Francja będzie tego pilnować. Porozumienia o handlu transatlantyckim być nie może. Umowa zmierza w niewłaściwym kierunku" - zadeklarował.

Czy można więc mówić o początku końca negocjacji? Na to chyba jeszcze za wcześnie.

Główni rozgrywający po obu stronach Atlantyku nie mają wątpliwości: stała się rzecz bez precedensu, ale nie zmienia to niczego w podejściu do negocjacji.

27 czerwca unijna komisarz Cecilia Malmström oświadczyła, że ponieważ umowa TTIP będzie przynosić realne korzyści obywatelom UE, więc: „Nasze negocjacje z kluczowymi partnerami będą kontynuowane. Unia Europejska ma ambitny program gospodarczy i pozostaje zaangażowana w realizację i zawieranie różnych procesów negocjacyjnych, w którym jest zaangażowanych w stosunkach dwustronnych i wielostronnych. Jestem zdeterminowana, aby uczynić jak największy postęp w negocjacjach w nadchodzących miesiącach”.

W podobnym tonie wypowiedział się też Michael Froman, specjalny przedstawiciel USA ds. handlu, który zapewniał, iż celem Stanów Zjednoczonych pozostaje kontynuowanie pracy z UE, "by jeszcze w tym roku zawrzeć ambitne i całościowe porozumienie". Przyznał jednocześnie, że konieczna będzie ocena wpływu referendum na negocjacje.

Większym sceptycyzmem niż Malmström i Froman odznacza się David Lidington, brytyjski minister do spraw Europy, który w wywiadzie dla rp.pl stwierdził, że Brexit to cios dla TTIP. „Zawsze byliśmy jednym z liderów negocjacji. […] Zakończenie negocjacji TTIP sukcesem przełożyłoby się zarówno na wzrost gospodarczy, jak i większą liczbę miejsc pracy w Europie i w USA”.

Bartosz Kwiatkowski, PwC, Manager ds Polityk Publicznych
Londyn jest dotąd jednym z największych sojuszników TTIP, a zarazem obok Niemiec największym beneficjentem umowy. W świetle ubiegłotygodniowego referendum, choć z formalnego punktu widzenia status Wielkiej Brytanii w Europie jeszcze się nie zmienił, waga głosu w Brukseli znacznie spadła. Premier Cameron zapowiedział dymisję i powstanie nowego rządu po konferencji Partii Konserwatywnej w październiku. Jeśli brytyjski Parlament zdecyduje zgodnie z wynikiem referendum o wyjściu z Unii Europejskiej, nowy premier na przełomie 2016 i 2017 r. poinformuje o tym Radę Europejską i rozpoczną się negocjacje dotyczące warunków rozwodu Londynu z Brukselą. Potrwają one co najmniej dwa lata i w tym okresie nie spodziewałbym się, aby rozmowy w sprawie umowy transatlantyckiej posunęły się do przodu. W sytuacji prawdopodobnego wygaśnięcia członkostwa Wielkiej Brytanii w Unii, zmieniają się interesy obu stron TTIP - bo od stołu znika ważny gracz, druga największa gospodarka europejska o unikalnej strukturze, historycznie lider zwolenników liberalizacji handlu międzynarodowego. Prawdopodobnie kolejna runda negocjacji w sprawie TTIP zostanie przełożona - podobnie jak rozmowy związane z innymi umowami handlowych w toku.

Polityczne konsekwencje brytyjskiego referendum w dłuższym okresie mogą być poważniejsze, niż ekonomiczne. Wynik głosowania dowodzi nasilających się napięć społecznych związanych z tempem integracji europejskiej i przenoszeniem kompetencji w dziedzinie polityk społecznych i gospodarczych z poziomu krajowego na europejski. W kolejnych miesiącach Bruksela stanie się areną gorącej dyskusji pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami dalszej konsolidacji współpracy - także w zakresie polityki handlowej. W mojej ocenie, dopóki nie wyjaśni się przyszłość Wielkiej Brytanii, w tym scenariusz prawdopodobnego Brexitu, kwestie negocjacji umów handlowych z krajami trzecimi zejdą na dalszy plan. Jeśli będą kontynuowane, stanowisko europejskie może w przyszłości zostać poddane rewizji.

Brexit to nie tylko obciążenie dla TTIP. Okres niepewności, który potrwa do momentu określenia przyszłych zasad współpracy Londynu i Brukseli, obniży rangę Unii Europejskiej jako globalnego gracza w najbliższych latach.

Prof. Leokadia Oręziak, Szkoła Główna Handlowa
Brexit wydaje się być czynnikiem, który powinien spowolnić tempo negocjacji w sprawie TTIP. W tym samym kierunku powinien też działać niedawny sprzeciw Francji wobec tej umowy w takiej formie, o jakiej dziś wiadomo. Przeciwnicy TTIP wiążą z tymi dwoma czynnikami nadzieje, że negocjacje TTIP w ogóle zostaną zaniechane. Można mieć jednak obawy, że wielki biznes nie da tak łatwo za wygraną i będzie dalej działał na rzecz zawarcia tej umowy.

Trzeba podkreślić, że niezwykle silne zaangażowanie Komisji Europejskiej na rzecz TTIP, czyli na rzecz rozwiązania mającego służyć głównie wielkim korporacjom uczestniczącym w handlu transatlantyckim, było jednym z powodów decyzji zwolenników wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii. Wiadomo, że za takim wyjściem opowiedziały się przede wszystkim te regiony i grupy społeczeństwa brytyjskiego, które zostały najbardziej dotknięte skutkami globalizacji, w tym destrukcją przemysłu. Forsowana przez Komisję Europejską umowa między Unią a Stanami Zjednoczonymi nie tylko pogłębiłaby te skutki, ale stworzyłaby szereg nowych zagrożeń, w tym związanych z dalszą prywatyzacją służby zdrowia, choć brytyjski rząd wielokrotnie zapewniał, że taka prywatyzacja nie jest przedmiotem negocjacji dotyczących TTIP. Faktem jest jednak, że nie została wyraźnie z umowy wykluczona, podobnie zresztą, jak w przypadku innych krajów Unii, w tym Polski, a także innych usług publicznych. Trudno przewidzieć, jakie będzie nastawienie do TTIP ewentualnego nowego brytyjskiego rządu. Można założyć, że Wielka Brytania będzie dalej kluczowym politycznym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych w Europie. Nie da się jednak na razie określić, czy i kiedy podobny do TTIP układ między tymi krajami byłby negocjowany.

Marcin Menkes, Law & Economics Advisory Group/Przegląd Prawa Międzynarodowego
Póki nie opadnie kurz po zderzeniu, które na pół rozdarło społeczeństwo Wielkiej Brytanii oraz wstrząsnęło wszystkimi stolicami UE, prognozowanie przyszłości TTIP jest tyle pasjonujące, co bezpieczne. Liczba niewiadomych usprawiedliwi wszelką pomyłkę. Z jednej strony, utrata Londynu jako istotnego zwolennika Porozumienia, pilna konieczność ułożenia na nowo relacji z Wielką Brytanią, czy korzystające z chwili populistyczne ruchy antyeuropejskie przemawiają na rzecz przekreślenia szans na zwieńczenie negocjacji sukcesem. Z drugiej strony, determinacja Brukseli do przykładnego potraktowania secesjonistów, nowy impuls integracyjny po (ewentualnym) odejściu ważnego sceptyka bliższej integracji, a wreszcie wola prezydenta Obamy do zabezpieczenia swojego dziedzictwa a USA przed sukcesją Donalda Trumpa przemawiają na rzecz kapitalizacji nakładów poniesionych na 13 zakończonych rund negocjacyjnych. Choćby w okrojonej wersji traktatu, z którego wyrzucono by sporne rozdziały. Prognozowanie dynamik w parlamentach krajowych, które miałyby TTIP zatwierdzać, ma charakter auspicjów.

W tej sytuacji, bezpieczna w swoich prognozach, znaczna część uczestników debaty na temat TTIP postanowiła poświęcić się zaklinaniu rzeczywistości. Zwolennicy Partnerstwa dowodzą, dlaczego negocjacje ulegną znacznemu przyspieszeniu. Przeciwnicy wzywają do rewizji traktatów europejskich oraz – szczególnie na Wyspach – nawołują do mobilizacji w obliczu „wielkiego biznesu”, który szykuje jeszcze gorsze rozwiązania traktatowe. Dyskusja w mikroskali odzwierciedla ton całej debaty publicznej na temat Partnerstwa, tj. fragmentarycznego odnoszenia się do wybranych kwestii bez zrozumienia kontekstu negocjowanych rozwiązań oraz bez próby refleksji z szerszej perspektywy. Stoimy wobec wyboru, czy w globalizującym się świecie chcemy integracji gospodarczej na fundamencie europejskich wartości, czy też w imię obrony tożsamości inicjatywę przekażemy wschodzącym potęgom. Odwrotu bowiem nie będzie.

Stanowisko Ministerstwa Rozwoju przekazane GazetaPrawna.pl

Wszyscy respektują wynik referendum w Wielkiej Brytanii. To suwerenna decyzja jej obywateli, ale na razie żadna procedura opuszczenia Unii Europejskiej nie została oficjalnie uruchomiona. Do czasu wynegocjowania warunków wyjścia z UE (na podstawie art. 50 Traktatu o Unii Europejskiej) obowiązują aktualne traktaty i prawo UE. Dzisiaj trudno przesądzać, jaki kształt przyjmie nowy model relacji tego kraju z Unią Europejską, bo to będzie dopiero elementem negocjacji. W zależności od ich wyników konsekwencje dla polityk unijnych i trwających negocjacji handlowych, w tym umowy o transatlantyckim partnerstwie handlowo-inwestycyjnym (TTIP) mogą być różne. Przykładowo, formalne wyjście Wielkiej Brytanii z UE może osłabić zainteresowane bardziej otwartą polityką handlową również w negocjacjach ze Stanami Zjednoczonymi i wzmocnić podejście zachowawcze. Może to oznaczać spowolnienie negocjacji i bardziej stanowcze stanowisko Unii, np. w kwestiach rolnych.
Perspektywa opuszczenia UE przez Wielką Brytanię nie zmienia naszego podejścia do negocjowanej umowy o ustanowieniu transatlantyckiej strefy wolnego handlu. Polska niezmiennie popiera inicjatywy, które znoszą bariery w handlu międzynarodowym, ale nie zaburzają równowagi w relacjach gospodarczych między stronami umowy. Mamy też zastrzeżenia do proponowanych mechanizmów rozstrzygania sporów między państwem a inwestorem. Nie chcemy działać pod presją czasu, bo zależy nam na wypracowaniu ambitnego porozumienia, które wyznaczy standardy handlu na następne dekady.  Radosław Domagalski, wiceminister rozwoju

Trzeba pamiętać, że o ile TTIP jest nadal w fazie negocjacji, o tyle inną umowę tego typu wynegocjowały już Unia Europejska i Kanada. CETA czeka na ratyfikację. W swoim oświadczeniu, komisarz Malmström nawiązała też do tego porozumienia i podkreśliła, że Komisja Europejska wkrótce przedstawi wniosek dotyczący ratyfikacji umowy. "Jest to najbardziej ambitne porozumienie jakie negocjowaliśmy do tej pory. Będzie ono wyznaczać nowe standardy dla umów handlowych XXI wieku. Będzie  oferować możliwości dla konsumentów, pracowników i przedsiębiorców" - zapewnia Komisarz.

Marii Świetlik, Inicjatywa Pracownicza

Mamy do czynienia z sytuacją bez precedensu – mam na myśli zarówno samo wyjście kraju członkowskiego z UE, jak i wycofanie się jednego z państw z umowy handlowej wynegocjowanej przez Unię jeszcze przed jej podpisaniem – możemy zatem na razie tylko spekulować. Zakładając jednak, że Wielka Brytania faktycznie Unię opuści, wiemy, że nie nastąpi to przecież w ciągu najbliższych miesięcy, mówi się o procesie nawet 2-letnim, ale do tego czasu decyzje ws. CETA muszą już zapaść, bo presja Kanady i KE na podpisanie umowy jest znacząca.

Możliwy jest więc raczej scenariusz taki, jaki miał miejsce w przypadku Karty Energetycznej, gdzie już po podpisaniu porozumienia, Włochy się z niego wycofały. Oznaczałoby to, że Wielka Brytanie zostanie poza transatlantycką strefą wolnego handlu. W samym tekście umowy wpisane są dwie jej strony: Kanada i właśnie kraje członkowskie UE, czyli raczej nie będzie możliwe dołączenie Wielkiej Brytanii po jej wyjściu z Unii jako trzeciej strony. Wymagałoby to rewizji tekstu umowy, a na to chyba nikt w Kanadzie i KE nie ma ochoty.

Pamiętajmy jednak, że nadal nie mamy pewności, czy w ogóle kraje członkowskie zostaną dopuszczone do ratyfikacji tego porozumienia. Dopiero 5 lipca powinniśmy się dowiedzieć, czy Rada Unii Europejskiej przychyli się do apeli strony społecznej, o to by każdy kraj osobno musiał wyrazić zgodę na podpisanie CETA, czy jednak uzna, że wystarczy zgoda PE. Jeśli tak, to losy CETA są niepewne. Nie znamy jeszcze stanowiska polskiego parlamentu - a najwyższa pora by się w tej ważnej sprawie wypowiedział. W innych państwach niechęć do umów transatlantyckich jest znacząca.

Takie są aspekty prawno-formalne. Jeśli spojrzymy na kwestie ekonomiczne, to wyjście Wielkiej Brytanii oznacza na przykład, że potężne bezcłowe kwoty importowe na wołowinę, wieprzowinę, łososia czy pszenicę trafią do 27 a nie 28 państw, co jeszcze dotkliwiej wpłynie na sytuację europejskich rolniczek i rolników.
Pozostaje też kwestia polityczna, czyli reakcja na to, co oznacza Brexit dla dotychczasowej determinacji urzędników KE w intensyfikowaniu neoliberalnej polityki. Brytyjczycy, ale też pracownice i pracownicy z reszty Europy oraz Kanady, mają dosyć pogłębiania nierówności, polityki cięć wydatków publicznych, czyli płacenia kosztów kryzysu wywołanego przecież właśnie przez zderegulowanie rynków finansowych. W tej sytuacji naciskanie na dalszą deregulację, byłoby nie tylko afrontem wobec 500 mln ludzi, ale też pięknym prezentem dla takich polityków skrajnej prawicy jak Nigel Farage w Wielkiej Brytanii i jego kontynentalni odpowiednicy.

[29 czerwca, Przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker, zaproponował, by zrezygnować z ratyfikacji krajowych w przypadku umowy pomiędzy Kanadą a UE i przyjąć, że nie jest to umowa mieszana, ale wyłącznie o charakterze handlowym. Otwarte pozostaje pytanie, co w tej sytuacji zrobi Rada UE i PE - red]