Dla zwolenników rządu to dodatkowy argument, że program ma sens – nie tylko jako element polityki prorodzinnej, ale i na poziomie całej gospodarki. Sprawa nie jest jednak taka prosta.

Na przyśpieszenie można bowiem liczyć tylko w tym i w przyszłym roku. Na tempo wzrostu PKB z największą siłą program będzie działał od połowy 2016 r., kiedy wypłaty mają ruszyć, do połowy 2017 r. W drugiej połowie przyszłego roku efektu już właściwie nie będzie – poziom wypłacanych świadczeń będzie zbliżony do tego, jaki zanotujemy w II półroczu br. Pozostanie jedynie wpływ „mnożnikowy” – np. taki, że pieniądze wydane w najbliższych miesiącach dadzą pracę komuś, kto w innym wypadku by jej nie miał, zarobki tej grupy osób i ich późniejsze wydatki to dla gospodarki dodatkowy zysk z rządowego programu na rzecz dzieci. Mnożnik szczególnie duży jednak nie będzie: NBP szacuje, że pozytywny wpływ 500+ na wzrost gospodarczy to 0,3 pkt proc., w tym i 0,5 pkt proc. w przyszłym roku.

Tu warto jednak kolejny raz przypomnieć, że 500+ to przede wszystkim promocja wydatków konsumpcyjnych, czyli działanie idące w zupełnie inną stronę niż deklaracje Mateusza Morawieckiego, wicepremiera odpowiedzialnego za sprawy gospodarcze, że powinniśmy zwiększać udział inwestycji w PKB. Żeby tak było, pieniądze, które rząd musi pozyskać na program na dzieci: z podatku bankowego, od handlu detalicznego czy ze sprzedaży częstotliwości telekomunikacyjnych powinny pójść raczej na ograniczenie deficytu budżetowego.

Dla oceny skutków programu 500+ kluczowe nie jest jednak to, jak podziała on na gospodarkę w krótkim, ale w dłuższym okresie. A ten wpływ już tak korzystny nie będzie.

Może się okazać, że związane z nim problemy zobaczymy już w najbliższych dwóch latach. Najpierw po stronie budżetu. Możliwości powiększania wydatków nie są bowiem nieograniczone. A właściwie są prawie żadne – o ile chcemy zmieścić się poniżej granicy ujemnego salda finansów publicznych w wysokości 3 proc. PKB, tak aby nie dać Komisji Europejskiej powodów do objęcia nas procedurą nadmiernego deficytu.

Dostrzega to NBP. „W przypadku podjęcia przez rząd działań nakierowanych na ograniczenie wzrostu deficytu w latach 2017–2018 wynikającego między innymi z realizacji programu „Rodzina 500+”, oczekiwać można zarówno wzrostu obciążeń podatkowych, jak i ograniczenia wydatków. Zmiany te oddziaływałyby w kierunku wyższych niż w scenariuszu bazowym cen konsumenta oraz niższej dynamiki PKB” – stwierdził bank w nowej projekcji inflacji. Tym bardziej że już w przyszłym roku rząd nie będzie miał do dyspozycji 9 mld zł ze sprzedaży częstotliwości, jak w tym roku (można jeszcze liczyć na wzrost ściągalności podatków).

A w dalszej perspektywie jest jeszcze ryzyko zmniejszenia potencjału naszej gospodarki. „Niższy wzrost potencjalnego PKB wynikać będzie w szczególności ze zwiększenia świadczeń rodzinnych, które prowadzi do pogorszenia relacji przeciętnych dochodów pracowników w stosunku do osób niepracujących. Wyższe świadczenia wychowawcze zniechęcają zatem do poszukiwania zatrudnienia, szczególnie osoby o niskim dochodzie do dyspozycji. Może się to przełożyć na spadek stopy aktywności zawodowej oraz wzrost stopy bezrobocia w równowadze, oba będące źródłem negatywnego impulsu dla potencjału polskiej gospodarki” – to z kolei cytat ze styczniowej opinii Rady Polityki Pieniężnej do (wówczas jeszcze projektu) tegorocznej ustawy budżetowej.

Z oceną wpływu 500+ na gospodarkę warto więc chwilę zaczekać.