Jak zjeść ciastko i mieć ciastko? Jak skonstruować przyszłoroczny budżet tak, by był on jeszcze do zaakceptowania przez rynek finansowy i Komisję Europejską, a równocześnie upchnąć tam kolejną porcję nieco przystrzyżonych obietnic wyborczych i – być może – dodatkowo jakąś niewielką część inicjalnych kosztów planu Morawieckiego?
Reklama
Od jakiegoś czasu, przy okazji rozważań na temat dylematów konstrukcji przyszłorocznego budżetu, słychać o najprzeróżniejszych pomysłach. Jednym z nich ma być przejęcie, zapewne w nieco zmodyfikowanej postaci, pomysłu Platformy Obywatelskiej, a tak naprawdę Ministerstwa Finansów, kierowanego wówczas już bez większej kontroli ze strony zajętych kampanią polityków, przez Mateusza Szczurka i Artura Radziwiłła. Tym pomysłem jest wprowadzenie ujednoliconego, łącznego podatku od dochodów osobistych i składek socjalnych.
Przejęcie przez Prawo i Sprawiedliwość sztandarowego, choć kompletnie niewykorzystanego w przegranej kampanii projektu PO, o którym PiS, wówczas w opozycji, klepał bez zrozumienia rytualne formułki potępiające, może się wydawać na pierwszy rzut oka zaskakujące. Ale tak naprawdę wcale takie zaskakujące nie jest. W oryginalnym projekcie, firmowanym przez PO dość wstrzemięźliwie, jest bowiem spory potencjał, który PiS mógłby wykorzystać dla realizacji celów w pełni zgodnych z tą częścią swojego programu, która sprowadza się do wsparcia najmniej zarabiających i większych obciążeń dla zamożniejszych. A urok tego rozwiązania jest przy tym taki, że – inaczej niż program 500+ – byłoby to rozwiązanie celnie adresowane, nieobciążone kosmicznym kosztem dla budżetu i przy tym przyjęte dobrze przez środowisko ekonomistów jako podstawa do racjonalnej dyskusji.
Trudno naturalnie rozstrzygnąć, w którą stronę i czy w ogóle pójdzie PiS, dźwigając pod pachą sztandarowy projekt schyłkowej Platformy, lecz jedno jest pewne: PO dziś o swoim pomyśle zapomniała. Ma na głowie inne sprawy. Na przykład obronę demokracji. A PiS oprócz fury innych kłopotów ma jeszcze przyszłoroczny budżet i własnych wyborców czekających na więcej z tego, co im obiecano.
Nie możemy dywagować o pomyśle PiS, który dopiero się wykluwa. Możemy jednak przypomnieć, o co w ogóle chodziło w tym jednolitym podatku. Możemy też wskazać kilka węzłowych punktów, gdzie możliwe są alternatywne rozwiązania, nieraz niebezpieczne.
Kluczowym punktem programu PO była zapowiedź ubruttowienia podatków od wynagrodzeń, mylnie interpretowana jako likwidacja składek na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne. W rzeczywistości chodziło o likwidację wyodrębnionych składek i włączenie ich do ujednoliconego progresywnego podatku dochodowego, uiszczanego w postaci miesięcznych zaliczek. Ujednolicony podatek PIT wraz ze składkami trafiałby do US, które przypisywałyby składki i kierowały je następnie do ZUS i NFZ, a te lokowałyby je na indywidualnych kontach ubezpieczonych. Oryginalny program nie przewidywał likwidacji tych instytucji. W programie PiS jest jednak przecież likwidacja NFZ. Jednolity podatek to dobry pretekst.
Po ozusowieniu umów cywilno-prawnych, w kolejnym kroku, miał być wprowadzony jednolity kontrakt o pracę, a następnie zaliczki na PIT miały być odprowadzane do US ŁĄCZNIE ze składkami na ubezpieczenia społeczne. Likwidacja dzisiejszych siedmiu odrębnych składek ubezpieczeniowych nie dotyczyła jednak wszystkich czerpiących dochody z pracy. W starym systemie podatkowym, po dokonanej w ostatniej chwili modyfikacji programu, pozostawać mieli dzisiejsi „liniowcy” płacący podatek PIT według stawki 19 proc. oraz rolnicy. Nowy system dotyczyć miał więc wyłącznie pracowników objętych jednolitym kontraktem o płacę. Podstawą opodatkowania miał być dochód na osobę w rodzinie. Bez kwoty wolnej, ulg i odliczeń. Progresja podatkowa zaczynać się miała od stawki 10 proc. osiąganego dochodu brutto, a kończyć na 39,5 proc. (dzisiejsza maksymalna stopa opodatkowania łącznych dochodów PIT powiększonych o składki na ubezpieczenia wynosi ponad 42 proc.). Stopa opodatkowania miała płynnie rosnąć wraz ze wzrostem dochodów. Oznaczało to likwidację progów podatkowych oraz stóp opodatkowania dochodów na tych progach. Propozycja PO nie ujmowała kwestii wyodrębnienia „na pasku” podatku PIT, ZUS, składki zdrowotnej z łącznej zaliczki. A jest to rzecz przy odbiorze reformy przez podatnika wyborcę przecież nie bez znaczenia.
Jak widać, już na tym etapie powstaje przestrzeń do pewnych modyfikacji. Po pierwsze – PiS musiałby wycofać się z obietnicy podniesienia kwoty wolnej; po drugie – trzeba by coś zrobić z tymi nieszczęsnymi 500 zł (wyjęcie ich z dochodu na osobę burzyłoby jednolitość systemu); po trzecie – trzeba by rozstrzygnąć kwestię ujednolicenia systemu na wszystkich osiągających dochody z pracy; po czwarte wreszcie – do przeliczenia pozostawałyby stawki najniższego i najwyższego opodatkowania.
Propozycja PO była de facto propozycją znacząco zwiększonej redystrybucji w systemie podatkowym: od najzamożniejszych singli do rodzin wielodzietnych i uboższych. Najkrócej: chodziło w niej o mniej płaski niż dziś system podatkowy. Wysokość klina podatkowego spaść miała dla najmniej zarabiających po przeliczeniu dochodu na głowę, a rosnąć dla najbardziej zamożnych, szczególnie tam, gdzie liczba członków rodziny jest niska. Jest to rozwiązanie – jako zasada – w pełni mieszczące się w programie PiS. A jak to wygląda w wymiarze makroekonomicznym?
Zmniejszenie klina podatkowego dla najmniej zarabiających (obciążenie stawką 10 proc. skonsolidowanego podatku PIT plus składki ubezpieczeniowe) oznaczałoby niższy przypis składki emerytalnej w porównaniu ze stanem obecnym. Ponieważ zasady wypłaty świadczeń z I filaru pozostają na razie niezmienione (wysokość emerytury zależy od tego, ile zebraliśmy na indywidualnym koncie w okresie składkowym), mniejszy przypis składki oznaczałby niższą emeryturę.
Zmniejszenie klina podatkowego opłacone niższą emeryturą w przyszłości (wyższy bieżący dochód rozporządzalny netto) inspirowane przez rząd byłoby szczytem nieodpowiedzialności. Stąd przy zachowaniu obecnego systemu emerytalnego (zdefiniowane świadczenie: DC) zachodziłaby konieczność DOPŁATY do składek emerytalnych ludzi o najniższych dochodach. Taka operacja niegenerująca kosztów budżetowych MUSI być opłacona przez ludzi o wyższych dochodach, a jeśli tych dochodów nie wystarczy – powiększa bieżący deficyt.
Przy zachowaniu 30-krotności wysokości średniego wynagrodzenia, po przekroczeniu której przestaje się odprowadzać składki na ubezpieczenia, i tak nadal podatnika obejmowałaby najwyższa – 39,5-proc. – stopa opodatkowania skonsolidowanego dochodu, który staje się już tylko podatkiem dochodowym. W ten sposób zamiast dzisiejszego marginalnego podatku PIT 32 proc. ludzie o najwyższych dochodach zapłaciliby 7,5 pkt proc. więcej. W tej grupie klin podatkowy wyraźnie więc RÓSŁBY.
I tu mamy kolejne punkty dyskusyjne. Na przykład po ubruttowieniu PIT o składki likwidacja 30-krotności średniego wynagrodzenia przy odprowadzaniu składek ubezpieczeniowych oznaczałaby silny wzrost podatków dla ludzi o bardzo wysokich dochodach w zamian za obietnicę nielimitowanych emerytur w przyszłości. Jest to więc międzypokoleniowe przesunięcie długu. Można tego oczywiście próbować uniknąć, likwidując 30-krotność, ale pozostawiając limit dla wysokości emerytur. Byłoby to zapewne rozwiązanie kwestionowane przez Trybunał Konstytucyjny. Ale w dzisiejszych czasach...
Gdyby dopłaty przez budżet do składek emerytalnych podatników z dolnego przedziału opodatkowania nie zostały zrekompensowane dodatkowymi dochodami budżetu z wyższego PIT od najzamożniejszych, powstałby dodatkowy koszt budżetowy po stronie powiększonego deficytu FUS. Ten koszt (według PO nieprzekraczający 10,2 mld zł rocznie) trzeba by przeliczyć, w zależności od przyjętych rozwiązań co do stawek opodatkowania i powszechności systemu.
No, ale jest i inne ryzyko modyfikacji oryginalnego projektu PO przez PiS. Uważam je za diabelnie niebezpieczne.
Chodzi o czerpanie przez polityków pełnymi garściami z zasobu korzyści, jakie stwarza redukcja klina podatkowego dla najuboższych i zwiększenia klina dla najzamożniejszych po wprowadzeniu ujednolicenia podatku, a jednocześnie uniknięcie konieczności ponoszenia bieżących kosztów dopłat do składek emerytalnych dla tych pierwszych. Otóż obawiam się całkiem serio, że przyjęcie takiej optyki musiałoby prowadzić prostą drogą do przywrócenia systemu emerytalnego opartego na zdefiniowanym świadczeniu (DB), a porzucenia dzisiejszego systemu zdefiniowanej składki (DC), który polityków uwiera, bo odbiera im głosy coraz liczniejszej grupy seniorów. Przyszły dług polityków nie obchodzi. Najbliższe wybory – jak najbardziej.
Trzeba więc wyraźnie powiedzieć: gdyby adopcja przez PiS pomysłu PO na ujednolicony podatek miała w rezultacie doprowadzić, niejako przy okazji, do likwidacji dzisiejszego systemu emerytalnego, byłoby to prawdziwą narodową katastrofą. Całą resztę da się jakoś kiedyś poprawić – tego już nigdy. Po tym byśmy się nie pozbierali.
Kluczowym punktem programu PO była zapowiedź ubruttowienia podatków od wynagrodzeń, mylnie interpretowana jako likwidacja składek na ubezpieczenia