Kiedyś pieniądze za nic – przynajmniej jeśli wierzyć klasycznej piosence Dire Straits „Money for Nothing” – otrzymywali tylko muzycy popowi występujący w MTV.

Od 1 stycznia do tej elitarnej grupy dołączą dwa tysiące fińskich bezrobotnych.

Co miesiąc do końca 2018 r. będą otrzymywać od rządu 560 euro, a więc ok. 2500 zł. Świadczenie to będzie bezwarunkowe – nie zostanie zawieszone ani w przypadku, gdy znajdą pracę, ani jeśli wydadzą je w beztroski sposób, kupując za nie najnowszą konsolę do gier wideo albo kilka butelek 20-letniej whisky. Celem eksperymentu jest sprawdzenie, jak w praktyce darmowe pieniądze oddziałują na postawy ludzi. Jego pomysłodawcy mają nadzieję, że oddziaływanie to będzie pozytywne: zwróci beneficjentom poczucie życiowej stabilności i uruchomi w nich pokłady chęci do pracy oraz samorozwoju. Ostatecznym celem eksperymentatorów jest wprowadzenie uniwersalnego dochodu podstawowego (zwanego też „obywatelskim”, czy „gwarantowanym”) w całej Finlandii. Każdy Fin otrzymywałby od państwa niemal 900 euro miesięcznie.

Byłoby to coś bez precedensu w historii świata. Czy to jednak w ogóle możliwe?

Coraz więcej osób uważa, że tak. Idea ta coraz mocniej uwodzi zachodnich intelektualistów, polityków i ekonomistów. Wprowadzenie dochodu podstawowego pozwoli ich zdaniem w wariancie optimum zlikwidować ubóstwo, uleczyć rynek pracy, wynagrodzić ludziom historyczne niesprawiedliwości, a nawet przyczyni się do rozwoju sztuki – w wariancie minimum znacząco złagodzi bolączki społeczne wywołane rynkowymi niedoskonałościami.

Niestety, jak w przypadku wielu idei, którym udało się uwieść umysły intelektualistów, dochód podstawowy to znów wyjątkowo dobrze upudrowana utopia.

Szturm na mainstream

Nic dziwnego zatem, że korzenie tej idei sięgają humanistycznych utopistów Odrodzenia pokroju Thomasa More’a czy filozofów takich, jak Hiszpan Juan Luis Vives. Jej rozwinięcia i modyfikacje pojawiają się w myśli Oświecenia (np. u markiza de Condorceta) czy u XIX-wiecznych socjalistów takich, jak Charles Fourier, a nawet w pismach jednego z twórców myśli liberalnej Johna Stuarta Milla.

W XX w. idea ta była wyznawana m.in. przez wybitnego matematyka i filozofa Bertranda Russella czy ekonomistów takich, jak teoretyk ruchu spółdzielczego George D.H. Cole, a nawet noblista James Meade (zajmował się teorią wzrostu gospodarczego i handlu międzynarodowego).

W pierwszej połowie XX w. utrwaliło się myślenie, że dochód podstawowy to nie darmowe pieniądze, a należna dywidenda społeczna od wspólnego dorobku wielu pokoleń. Cole pisał: „Obecne siły produkcyjne są rezultatem wysiłku teraźniejszego, jak i społecznego dziedzictwa wynalazczości (...) wszyscy obywatele powinni mieć swój w tym udział”. W latach 60. XX w. udało się zwolennikom dochodu podstawowego przebić do mainstreamu. Dzięki ich wysiłkom zaczęto w różnych formach lokalnie eksperymentować z nim – w Kanadzie czy Stanach Zjednoczonych.

– Jay Hammond, republikański gubernator Alaski, założył w 1976 r. fundusz Alaska Permanent Fund, na którym gromadził część dochodów z opodatkowania wydobycia ropy. Z funduszu tego zaczął wypłacać co roku mieszkańcom Alaski stałe kwoty. To działa do dzisiaj – mówi prof. Guy Standing z University of London, jeden z propagatorów idei.

Co ciekawe, wprowadzenie dochodu podstawowego postulowali nie tylko lewicowcy. Dopuszczali je także wybitni propagatorzy wolnego rynku, zarówno Friedrich Hayek, jak i Milton Friedman. Dla pierwszego był on swego rodzaju ubezpieczeniem i rekompensatą dla społeczeństwa za szkody, które w gospodarce wyrządza interwencja państwa i socjalizm. Drugi zaproponował dochód podstawowy w formie negatywnego podatku dochodowego jako po prostu mniej szkodliwą formę pomocy społecznej. Negatywny podatek dochodowy polega na tym, że osoby zarabiające poniżej ustalonego progu minimum otrzymują od państwa subsydium, które w części, ale nie całkiem, zasypuje tę różnicę. Praktyczne eksperymenty z takim rodzajem podatku zakończyły się fiaskiem.

Współcześnie prominentnym wolnorynkowym zwolennikiem dochodu podstawowego jest libertariański filozof Matt Zwolinski, wykładowca University of San Diego i założyciel bloga Bleeding Heart Libertarians (Libertarianie o krwawiących sercach), który chce środowiska wolnorynkowe ożenić z wrażliwością społeczną. Jego zdaniem dochód podstawowy ma znaczenie nie tylko pragmatyczne, lecz także etyczne: wynagradza społeczeństwu zaznaną w przeszłości niesprawiedliwość. Zwolinski podkreśla, że obecny rozkład kapitału w społeczeństwie to w dużej mierze wynik dawnych oszustw, kradzieży i gwałtu, a to wymaga korekty.

Najbardziej jednak popularnym argumentem za dochodem podstawowym jest obawa przed skutkami automatyzacji i robotyzacji dla rynku pracy. W tej optyce współczesne technologie mają więcej miejsc pracy niszczyć niż tworzyć. Choć takie obawy wyrażano już od zarania rewolucji przemysłowej i za każdym razem okazywały się niesłuszne, zdaniem wielu prominentnych myślicieli tym razem jest inaczej. – Gdy wymyślono traktor, utrzymanie stracił właściciel konia, ale zawsze mógł przekwalifikować się na kierowcę tego traktora. A teraz? Teraz maszyny już nie potrzebują ludzkiego nadzorcy czy ludzkiego sterowania – przekonywał niedawno na łamach DGP Martin Ford („Bójmy się robotów”, nr 218 / 2016), futurolog i autor bestsellerowego „Świtu robotów”. Nawiasem mówiąc, idea dochodu podstawowego robi karierę także wśród biznesowych praktyków w Dolinie Krzemowej. Inwestor Sam Altman chce w tym roku ufundować program pilotażowy w Kalifornii. 100 rodzin ma otrzymywać 2 tys. dol. miesięcznie.

Skoro tylu inteligentnych ludzi uważa wprowadzenie dochodu podstawowego za konieczność, to czy faktycznie mamy powód, by uznawać tę ideę za groźną utopię?

To się nie kalkuluje

Mamy. I to niejeden. Z dziwną lekkością na przykład obchodzą się zwolennicy dochodu podstawowego z zarzutami stricte ekonomicznymi, które podsumować można prostym: nie stać nas. Twierdzą oni, że nie ma się czego bać, bo jeśli uprościmy i skonsolidujemy system świadczeń społecznych, spadnie jego koszt całkowity. Ewentualny deficyt środków uzupełni się natomiast dodatkowymi podatkami, które jednak – jak zapewniają – nie zduszą wzrostu gospodarczego.

W odpowiedzi na te zapewnienia sceptycy wyciągają własne kalkulatory.

Jeffrey Dorfman, profesor ekonomii z University of Georgia, wylicza na łamach Forbes.com, że w Stanach Zjednoczonych dochód podstawowy na poziomie 10 tys. dol. rocznie kosztowałby budżet 3,2 bln dol. – Nawet po odjęciu obecnych wydatków socjalnych (1 bln) wydatki federalne wzrosłyby na tyle, że należałoby podnieść dwukrotnie podatki, a najwyższy próg podatkowy wyniósłby 90 proc. – pisze Dorfman. Sytuacja nie wyglądałaby o wiele lepiej nawet wtedy, gdyby dochód podstawowy ograniczyć tylko do osób dorosłych.

Podobne zastrzeżenia formułowane są także w odniesieniu do innych rozwiniętych gospodarek, w tym do fińskiej. Jak oblicza serwis Bloomberg, wprowadzenie dochodu podstawowego dla wszystkich kosztowałoby tamtejszy rząd 53 mld euro, a więc o 6 mld euro więcej niż wynoszą jego przychody budżetowe. To całkowicie nierealne. A co z Polską?

Intuicja podpowiada nam, że dochód podstawowy musiałby być u nas niższy niż kwota 560 euro, którą chce wypłacać sobie bogate fińskie społeczeństwo. Przyjmijmy bezpieczne założenie, że dochód podstawowy w Polsce to dochód pozwalający na życie powyżej progu minimum egzystencji. W statystykach określa się tak kwotę konieczną do biologicznego przetrwania – w Polsce oscyluje ona od lat wokół 500 zł miesięcznie.

Tak się składa, że tyle samo wynosi świadczenie w rządowym programie 500+ skierowanym do rodzin z co najmniej dwójką dzieci. Będzie łatwiej liczyć.

Jak podaje rząd, z programu korzysta niemal 3,8 mln dzieci, a jego koszt ma zamknąć się w tym roku w kwocie 17 mld zł. Oznacza to, że gdyby 500 zł rozdawać wszystkim obywatelom, budżet pozbywałby się rocznie ok. 170 mld zł. Załóżmy jednak, że zgodnie z tym, co postulują entuzjaści wprowadzenia dochodu podstawowego, uda się zlikwidować równocześnie większość obecnych świadczeń socjalnych. W Polsce oszczędzilibyśmy w ten sposób ok. 60 mld zł.

Efektem netto byłoby wciąż dorzucanie aż 109 mld zł rocznie do obecnych wydatków budżetowych – bo państwo przecież na wojsko, policję, edukację czy emerytury (dochód podstawowy ich nie zastąpi) wciąż będzie musiało łożyć.

Gdybyśmy dochód podstawowy wprowadzili od przyszłego roku, zwiększylibyśmy trzykrotnie planowany deficyt. Trudno się łudzić, że dodatkowy wzrost gospodarczy, który byłby wynikiem wyższego popytu, kompensowałby te braki w wystarczającym stopniu. W krótkim okresie moglibyśmy się spodziewać odpływu inwestorów i radykalnego zwiększenia kosztów obsługi długu zagranicznego. W długim: scenariusza greckiego. Żeby go uniknąć, trzeba by drastycznie podnieść podatki wszystkim, którzy prócz tego, że otrzymują dochód podstawowy, zarabiają w zwykły sposób. Taka drastyczna podwyżka podatku dochodowego – zgodnie z krzywą Laffera – w końcu jednak wywołałaby skutki podobne do nagłego odwrotu inwestorów.

Powyższym wyliczeniom daleko do dokładności i pomijają one wiele istotnych zmiennych, ale oddają istotę problemu. Zresztą to właśnie jeden z głównych zarzutów wobec idei dochodu gwarantowanego, że skutki jego wprowadzenia są niemożliwe do dokładnej kalkulacji. A skoro tak, to czy jest ktoś, kto weźmie osobistą odpowiedzialność za ewentualną katastrofę?

Inna rzecz, że całkowicie oderwane od politycznej rzeczywistości jest samo twierdzenie o możliwości eliminacji obecnego systemu świadczeń socjalnych. Ich beneficjenci byliby netto stratni. Będą walczyć. Podobnie jak urzędnicy owe świadczenia rozdający. Nawet Ronald Reagan nie zlikwidował, jak obiecał, ministerstwa zdrowia. Opór materii był zbyt duży, a w przypadku próby wprowadzenia dochodu gwarantowanego byłby znacznie większy.

Ale nawet gdyby to się udało, to nie na długo. – W idei dochodu gwarantowanego nie ma nic, co zapobiegnie tworzeniu przez rząd ustaw pełnych wyjątków i nadzwyczajnych zasad skomplikowanych w równym stopniu, co obecny system – zauważa Jim Manzi, matematyk i statystyk, ekspert Manhattan Institute. Pamiętajmy, że potrzeby socjalne niektórych obywateli będą zawsze wyższe niż dochód gwarantowany. Będzie tak np. w przypadku osób upośledzonych czy obłożnie chorych albo osób poszkodowanych w katastrofach naturalnych. Dla nich trzeba będzie zaprojektować dodatkowe programy, na nowo komplikując system, powiększając jego koszty i tworząc pokusę do nadużyć. Koniec końców dochód podstawowy może być suplementem, ale nie ekwiwalentem obecnych polityk społecznych. Na coś takiego nie stać nikogo, bez względu na to, jak bardzo nieortodoksyjną matematykę zastosuje.

Darmowa kasa? Nie, dziękuję

Obrońcy dochodu gwarantowanego upierają się jednak, że będzie on od obecnego systemu nie tylko bardziej wydajny, ale i bardziej moralny.

Obecny system, jak przekonują, stygmatyzuje swoich beneficjentów. Już na etapie starania się o dane świadczenie petent jest zmuszony do spowiadania się urzędnikom ze swojego życia, często w intymnych i wstydliwych szczegółach. Beneficjent musi w zasadzie udowodnić urzędnikowi, że jest w jakiś sposób niepełnowartościowy, gorszy. Gdy już to udowodni i świadczenie otrzyma, wstyd przed urzędnikiem zastępuje wstyd przed otoczeniem. Spada bowiem na niego opinia darmozjada. On sam wstydzi się przyznać, że pobiera jakieś zapomogi, inni nie traktują go jak równego sobie. W ten sposób spycha się go na społeczny margines. To błędne koło. Pułapka biedy.

Dochód gwarantowany jako przysługujący wszystkim bez wyjątku i bezwarunkowo miałby całkowicie wyeliminować tę upokarzającą właściwość obecnego systemu.

Problem jednak w tym, że ta właściwość wcale nie jest jego wadą. I nie chodzi tylko o to, co podkreślał amerykański ekonomista Murray Rothbard – że dyskomfort, który powoduje, jest jednym z bodźców skłaniających do uniezależnienia się od państwa. Chodzi o to, że odium wiążące się z życiem na zasiłku nie bierze się ze złośliwości i braku społecznej empatii. Jego źródłem jest cywilizacyjne znaczenie pracy i pieniądza. Jedno z drugim jest powiązane: gdyby nie pierwsze, nie byłoby drugiego. Pieniądz nam się należy o tyle, o ile wykonaliśmy jakąś pracę. Jest za nią nagrodą (stąd słowo „wynagrodzenie”). Właściwie w każdej rozwiniętej cywilizacji do przekazywanych z pokolenia na pokolenie zasad należy jakaś wersja ewangelicznej maksymy „Kto nie chce pracować, niech też nie je”. Faktem jest tymczasem, że świadczenia socjalne to pieniądze za nic (mowa o zasiłkach, a nie rentach czy emeryturach). Ich beneficjenci korzystają z owoców nie swojej pracy.

Praca i dochód są w powszechnej świadomości ściśle ze sobą związane i nie można oczekiwać, że to, co je rozrywa, będzie akceptowane społecznie. Nawet jeśli w kolejnych wyborach będą zwyciężać partie z socjalnym programem, przebywanie na zasiłku wciąż będzie niemile widziane. Społeczne reguły współżycia tkwią w nas głębiej niż przekonania polityczne. Stygmatyzacja to nieodłączny produkt uboczny zderzenia reguł państwa opiekuńczego z systemem reguł społecznych.

Wprowadzenie dochodu podstawowego to zatem nie tylko korekta systemu świadczeń socjalnych – to wprowadzenie mechanizmu głęboko niespójnego z tym, w co wszyscy w głębi duszy wierzymy. Rodzice nie będą mogli mówić już dzieciom, że na przyjemność trzeba sobie zapracować, że nic im się – ot, tak – nie należy, skoro rząd będzie im samym płacił za samo istnienie.

Dlatego, chociaż może się wydawać, że przekonanie społeczeństwa do dochodu podstawowego jest dziecinnie proste, w rzeczywistości okazuje się to bardzo trudne. Dowodem jest chociażby „nie”, które tej idei powiedzieli Szwajcarzy w niedawnym referendum. Że Szwajcarzy to specyficzne społeczeństwo? Przyjmowania darmowych pieniędzy odmawiają także Afrykanie.

W jednym z rejonów Kenii aż 40 proc. osób, którym organizacja GiveDirectly zaproponowała dochód podstawowy, odmówiło jego przyjęcia. Jednym z powodów było „diabelskie pochodzenie pieniędzy”. Ludzie nie wierzyli, że naprawdę można otrzymać coś całkiem za darmo, było to sprzeczne z ich życiowym doświadczeniem i kodeksem moralnym.

Zwolennicy rozdawania pieniędzy chcą jednak zdusić w zarodku reakcyjne odruchy społeczne, czyniąc z dochodu podstawowego nieusuwalną zasadę prawną. Już w 1964 r. socjoekonomista Robert Theobald przyznawał w specjalnym raporcie dla amerykańskiego kongresu, że dochód gwarantowany to idea „zaprojektowana tak, by zerwać nić wiążącą pracę i dochód”, którą należy „uczynić absolutnym konstytucyjnym prawem”, którego „nikt nie będzie władny zawiesić czy ograniczyć”. Zerwana będzie nie tylko nić między pracą a dochodem, lecz także między dochodem a odpowiedzialnością. Bezwarunkowość świadczenia sprawi, że mądre gospodarowanie pieniądzem zostanie zrównane z marnotrawstwem. Zatrze się kluczowe dla działania rynku pojęcie odpowiedzialności. Praca stanie się zaledwie opcją, a nie koniecznością.

Tak komentował to w 1966 r. Henry Hazlitt, wybitny amerykański publicysta ekonomiczny: „Żaden z adwokatów dochodu gwarantowanego nie rozumie, że prawdziwy dochód to nie papierowy pieniądz, który można wydrukować, a dobra i usługi, które ktoś musi wcześniej ciężką pracą wyprodukować. To, co proponują, to system, w którym należy opodatkować całą pracę po to, by wspierać nie tylko tych, którzy nie mogą, ale i tych, którzy nie zechcą pracować. Tym, co adwokaci dochodu gwarantowanego mówią w rzeczywistości, jest: »Spójrzcie, jesteśmy w posiadaniu tego wspaniałego aparatu przymusu, rządu i policji. Dlaczegóżby ich nie użyć, by zmusić robotników do finansowania bezrobotnych?«”.

Praca, ale jaka?

I tu wraca argument o automatyzacji, która ma wyręczać nas w dostarczaniu dóbr i usług: gdy Hazlitt pisał swój esej, nie wiedział, w jakim kierunku podąży światowa gospodarka.

Byłby to mocny argument, gdybyśmy rzeczywiście żyli w świecie, w którym 90 proc. produktywnej w sensie gospodarczym pracy wykonują maszyny. Wówczas problem zwiększonego opodatkowania byłby marginalny. To jednak nie jest jeszcze nasz świat, a tylko przewidywania niektórych co do tego, jak świat może wyglądać za jakiś czas.

Jeśli chcielibyśmy wprowadzić dochód podstawowy teraz, gdy ten czas jeszcze nie nadszedł i gdy popyt na ludzką pracę wciąż jest bardzo wysoki, trzeba by dowodnie wykazać, że obawy co do negatywnego wpływu dochodu podstawowego na rynek pracy są płonne. Że, w skrócie, darmowe pieniądze nie zdemotywują ludzi do pracy. Entuzjaści idei twierdzą, że nie ma się czegoś bać, ponieważ praca (niekoniecznie zarobkowa) dla człowieka jest czymś fundamentalnym, jest wręcz częścią jego istoty i nie porzuci jej dla darmowych pieniędzy, a być może zacznie nawet mądrzej ją wykonywać. Praca, tłumaczą, po prostu inaczej rozłoży się w społeczeństwie. Jeśli ktoś wypracowuje teraz nadgodziny, przestanie to robić, uwalniając w ten sposób przestrzeń na zatrudnienie nowych pracowników. Sam zaś zajmie się np. rodziną, śpiewaniem, społecznikostwem albo czytaniem książek. Jeśli ktoś pracuje w zawodzie podatnym na automatyzację, spokojnie i bez stresu uzupełni swoje kwalifikacje o jakieś rzadkie kompetencje, by znaleźć zatrudnienie gdzie indziej. Dochód podstawowy nie zniszczy rynku pracy. Naoliwi go.

Zgoda. Nonsensem byłoby zakładać, że ludzie w wyniku wprowadzenia dochodu podstawowego przestaną pracować. Jednak nonsensem jest także wierzyć, że podaż produktywnej pracy nie ulegnie zmianie. Czytanie książek to piękne zajęcie, jednak nie dzięki czytaniu książek, ale dzięki pracy, czasami bardzo prostej i nieintelektualnej, setki milionów ludzi wyszło z biedy w ciągu ostatnich dwu stuleci. Henry Hazlitt zauważa, że dochód podstawowy obniży popyt na „brudne” i niskopłatne prace. – Kto będzie sprzątał toalety? – pyta. Im wyższy dochód podstawowy, tym większy z tym problem. Teoretyzowanie? Fakt, niewiele jest badań, które pokazują wpływ dochodu podstawowego na rynek pracy. Problemem jest metodologia. Nie można ekstrapolować badań, które analizują wpływ zwykłych zasiłków na rynek pracy. Są one warunkowe i ograniczone w czasie. Oddziałują na nas inaczej niż coś, co miałoby być bezwarunkowe i dożywotnie.

A jednak ekonomiści się nie poddają. David Price z Uniwersytetu Stanforda i Jae Song z Administracji Opieki Społecznej (Social Security Administration) przeanalizowali w opublikowanej w 2016 r. pracy długoterminowe efekty eksperymentu z dochodem podstawowym, który przeprowadzono w latach 70. XX w. w Seattle i Denver. Okazało się, że istotne negatywne efekty były odczuwalne jeszcze cztery dekady po jego zakończeniu. O ok. 3 proc. spadła szansa, że jego przeciętny beneficjent pracuje, o ok. 1,8 tys. dol. spadły jego roczne zarobki, a o 6,3 proc. wzrosła szansa, że znów będzie ubiegał się o jakiś zasiłek. – Minimalny dochód gwarantowany może zapewnić życie powyżej progu ubóstwa, ale niekoniecznie stanowi środek, by na trwałe wydostać się z pułapki biedy – konkludują naukowcy. Zbliżone wyniki przynoszą inne istniejące badania.

Wątpliwe, że gwarantowany dochód podstawowy to panaceum na społeczne bolączki. Przeciwnie. To raczej dodatkowe problemy na rynku pracy, katastrofa w finansach państwa i chaos w relacjach społecznych. – W latach 50. XX w. w Stanach liczba ciąży u nastolatek malała, liczba chorób wenerycznych malała, malało uzależnienie od rządowych świadczeń, spadały wskaźniki przestępczości. Te tendencje się odwróciły, gdy w latach 60. zaczęto budować państwo dobrobytu i rozszerzać zakres świadczeń socjalnych. Dotychczasowe skutki odłączania dochodu od pracy nie uzasadniają kontynuacji takiej polityki, nawet w bardziej wysublimowanej formie. Wysublimowana katastrofa społeczna to wciąż katastrofa – podsumowuje stanfordzki ekonomista Thomas Sowell w felietonie „Czy osobista odpowiedzialność jest passe?”.

Żaden z adwokatów dochodu gwarantowanego nie rozumie, że prawdziwy dochód to nie papierowy pieniądz, ale dobra i usługi, które ktoś musi wcześniej ciężką pracą wyprodukować. To, co proponują, to system, w którym należy opodatkować całą pracę po to, by wspierać nie tylko tych, którzy nie mogą, ale i tych, którzy nie zechcą pracować – pisał Henry Hazlitt, amerykański publicysta ekonomiczny