Tak. Siedmiu wiceministrów, wspieranych przez wysłannika premiera i przedstawiciela Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów nie jest w stanie załatwić wniosków tak, by do naszego kraju napłynęło blisko 2 mld zł inwestycji i by znalazła się praca dla blisko pięciu tysięcy osób (to mniej więcej tyle, ile etatów ubyło w marcu w całym naszym sektorze przedsiębiorstw).

Można spojrzeć tak: zapotrzebowanie inwestorów na wsparcie jest tak duże, że trzeba będzie na nie po prostu nieco dłużej poczekać. Znając polskie realia, zapewne trzeba jednak szukać nieco mniej optymistycznego wyjaśnienia. Najmniej krytyczne, jakie przychodzi do głowy, jest takie, że program jest nowy, więc ministerstwa jeszcze się nie zestroiły (choć pamiętajmy, że MZds.IoIZdGP zastąpił najwyraźniej zbyt mało wyrafinowany Międzyresortowy Zespół do spraw Inwestycji Zagranicznych).

A właściwie po co nam te wszystkie zespoły? Czy nie lepiej obniżyć koszty wiążące się z ruszaniem z nowym biznesem (tak dużym, jak i małym) i ograniczyć związaną z tym biurokrację? Poprawić, jak to się ładnie mówi, otoczenie regulacyjne? Czy też – jak już marzyć, to na całego – stworzyć takie warunki, by polskim naukowcom zależało na wynalazkach? I to takich, które mogłyby być podstawą rozwoju krajowych firm (nieważne, czy należących do tych naukowców, czy takich, które kupiłyby ich pomysły).

Urzędników mamy sporo. Ale skoro kilku nie może szybko załatwić parunastu projektów, to kilkadziesiąt tysięcy na pewno za mało, by o inwestycje było łatwiej. Mają przecież na głowie ważniejsze sprawy.