Od kilku lat rośnie popularność tanich sklepów, tak zwanych dyskontów. Biedronka, wbrew temu, co twierdzi Jarosław Kaczyński, nie stała się sklepem dla ubogich, ale dla większości Polaków. Sprzedaje więcej niż wszystkie sieci niemieckie (m.in. Real, Metro, Saturn, Media Markt) razem wzięte. Wielkie hipermarkety okazują się już dla nas za drogie, patent Biedronki na handlowanie podchwycili inni. To sklepy małe, nader skromnie wyposażone, z niewielkim wyborem towarów. Za to są to artykuły tanie.

Handel, od którego klienci oczekują przede wszystkim tego, że ma być tanio, dociska swoich dostawców. Wieprzowina, jeśli nie powstaje na wielkich farmach, kryterium ceny nie spełni, będzie dla konsumentów za droga. Świnia przemysłowa ma żyć krótko, jeść jak najmniej i mało się ruszać, żeby nie tracić energii. To samo dotyczy drobiu. Mięso z hodowli przemysłowej smakuje inaczej, ale próby wprowadzenia na rynek na przykład żyjących dłużej kurczaków spaliły na panewce. Popyt na nie jest nader skromny.

Dostawcy mięsa poprawiają swoją ekonomiczną pozycję, szprycując je dodatkowo wodą. Taki bekon, rzucony na patelnię, trzeba przede wszystkim odparować z wyciekającej wody. Producenci wędlin mają o wiele większe pole do działania – unowocześniają receptury. W wędlinach, nie wyłączając szynki, jest coraz mniej mięsa, za to coraz więcej wypełniaczy. Wagę robią azotany i azotyny, które wiążą wodę. Mięso w takiej szynce nie ma faktury, jest gładkie i bez smaku. Ale tanie. Zapędziliśmy się jednak w kozi róg. To tanie, pięknie wyglądające na sklepowej półce jedzenie gwałtownie traci na atrakcyjności po przyniesieniu do domu. Tania szynka już na drugi dzień staje się obła, oślizgła, nie nadaje się do jedzenia. Wędlinom nie pomagają polepszacze smaku. Smakowite, podpędzone chemią białe pieczywo błyskawicznie traci świeżość i nadaje się już tylko do wyrzucenia. Chyba że jest tak nafaszerowane konserwantami, że jego okres przydatności do spożycia wynosi już pół roku albo i więcej.

Im taniej kupujemy, tym więcej i szybciej wyrzucamy. Tylko w sklepie wydaje nam się, że oszczędzamy. Kiedy robimy porządek w lodówce, do śmieci wędruje aż 20 proc. zakupionej żywności. Takie wnioski płyną zarówno z badania budżetów domowych GUS, jak i obserwacji różnego rodzaju banków żywności. Co piąta wydana na jedzenie złotówka jest zmarnowana. Po świętach ta statystyka wygląda jeszcze gorzej. Narzekanie na stale pogarszającą się jakość żywności nic nie da. Jest taka, po jaką sięgamy w sklepach, czyli tania. A tak naprawdę droga, stanowczo za droga.

Sondaże pokazują, że rosnące ceny żywności są w stanie zmienić nawet nasze preferencje polityczne. Rząd traci na popularności, choć dobrze wiemy, że następny, jakikolwiek będzie, cen przecież nie obniży. Nie jesteśmy jednak bezbronni. Tylko konsumenci, a nie żaden rząd, są w stanie tę spiralę odwrócić, zachowując się bardziej ekonomicznie. Wystarczy zastanowić się, czy to, za co dzisiaj płacimy mało, zechcemy zjeść także jutro. Wymuszając lepszą jakość żywności, zaoszczędzimy na kolejnej, rosnącej w naszych budżetach pozycji – wydatkach na zdrowie.