Współczesna ekonomia to bankrut, ślepiec, który nie dostrzega, że narzędzia i pojęcia, które wytwarza, są już nieprzydatne do opisu świata. Z czego to wynika? Ze ślepego naśladownictwa fizyki newtonowskiej. Że akcji odpowiada reakcja. Że skoro jest podaż, to musi być popyt.
Reklama
Przeczytałem pańską książkę z zapartym tchem.
Dziękuję.
Ale potem przedstawione przez pana tezy wydały mi się mocno dyskusyjne. Czy naprawdę mamy do czynienia ze zmianą paradygmatu gospodarczego? Czy zmiany technologiczne rzeczywiście wprowadzą nas w epokę gospodarki współdzielenia (sharing economy)?
prof. Jeremy Rifkin pracuje na Uniwersytecie Pensylwanii, myśliciel społeczny i ekonomista, autor książki „Społeczeństwo zerowych kosztów krańcowych”, w której przewiduje koniec kapitalizmu, jaki znamy / Dziennik Gazeta Prawna
Jesteśmy przyzwyczajeni do tradycyjnych pojęć, które nie odpowiadają już nowym realiom. Stąd pańskie niedowiarstwo. W tradycyjnym rozumieniu gospodarka to zbiór podmiotów maksymalizujących zyski. To mają w głowach prezesi największych firm: efektywność, produktywność, rentowność. To jest dla nich sens kapitalizmu. Wiem coś o tym, bo od 15 lat prowadzę uniwersyteckie kursy dla prezesów oraz menedżerów. Nie przewidzieliśmy jednak, że rewolucja technologiczna w świecie cyfrowym „wejdzie” w świat fizyczny i pozbawi kapitalistów możliwości czerpania zysków. W wyniku postępu i konkurencji koszty krańcowe, czyli koszty produkcji każdej kolejnej jednostki produktu, w wielu branżach spadają niemal do zera. Skąd w takiej sytuacji czerpać zyski, skoro w konkurencyjnym świecie trzeba sprzedawać po cenie niemal równej kosztom produkcji, co nie zostawia miejsca na marże? Źródło zysków w kapitalizmie wysycha.
Naprawdę? Jestem w stanie wskazać sporo firm, którym wiedzie się całkiem dobrze.
Bo nie jest tak, że już jutro rano zyski przedsiębiorstw znikną całkowicie. To proces. W XIX w. wraz z pojawieniem się i popularyzacją silnika parowego doszło do pierwszej rewolucji przemysłowej. Potem była masowa elektryfikacja dająca początek drugiemu przełomowi. Obecnie weszliśmy w fazę trzeciej rewolucji przemysłowej, której implikacje nie wszyscy jeszcze pojmują. Widzimy ogromną zawieruchę w gospodarce, której głównym motorem jest pojawienie się internetu rzeczy, który łączy w jedną wielką sieć byty nie tylko cyfrowe, ale także fizyczne. Internet to już nie tylko komunikacja, wymienianie się muzyką i oglądanie filmów na YouTubie. Dzięki sieci dzielimy się autami, domami, ubraniami i zabawkami dla dzieci. Obecnie oprócz internetu informacyjnego mamy także m.in. internet energetyczny i transportowy. Energetyczny sprawia, że każdy z nas może być producentem energii, jednocześnie będąc jej konsumentem. Każdy z nas może być więc prosumentem. Nie potrzeba już olbrzymich przedsiębiorstw energetycznych, których zadaniem jest dostarczanie nam ciepła czy prądu. Sami wzajemnie możemy sobie dostarczać energię, produkując ją z wiatru, słońca czy wody. Internet transportowy powstał poprzez połączenie środków transportu czujnikami gromadzącymi dane przetwarzane w czasie rzeczywistym przez inteligentne oprogramowanie, które może zarządzać procesem logistycznym. Umożliwia to tak mocny wzrost wydajności przesyłania towarów lądem, morzem czy powietrzem, że obniża koszt transportu właściwie do kosztu benzyny i utrzymania aut.
I pańska teza brzmi: gospodarka przyszłości to kapitał, który nie jest własnością, ale jest współdzielony. Nie ma w tym świecie miejsca na wielkie przedsiębiorstwa, które uzależniają konsumentów od swoich produktów. Przeciwnie – to firmy w pewnym sensie stają się klientami prosumentów. Raj na Ziemi. Czy to nie za piękne?
Umówmy się: kapitalizm nie zniknie, ale stanie się marginesem życia gospodarczego. Ja nową gospodarkę postrzegam jako dziecko kapitalizmu, więc pewna ciągłość będzie zachowana. Po prostu dziecko przejmie schedę po rodzicu, a rodzic odejdzie w cień, chociaż pozostanie partnerem. To będzie symbioza. Rewolucja cyfrowa wszystkich zaskakuje swoją dynamiką. Przecież jeszcze 16 lat temu ludzie myśleli, że jeśli zamknie się Napstera, jedną z pierwszych aplikacji P2P umożliwiających wymianę plików, skończy się pirackie dzielenie muzyką. Nikt nie wierzył też, że Wikipedia może dzięki crowdsourcingowi stać się najbardziej wiarygodnym źródłem wiedzy na świecie – i to bardziej od tradycyjnych encyklopedii. A stała się. W tym tempie świat w 2050 r. może być już rozwiniętą gospodarką współdzielenia.
Ludzi, którzy wskazują, że dzięki internetowi w gospodarce zachodzi jakościowa zmiana, jest sporo. Chris Anderson, naczelny „Wired”, pisze o „cenie zero” i upadku przekonania, że „nie ma darmowych obiadów”. Z kolei Don Tapscott snuje wizje, w których dzięki technologii zwanej blockchain, która leży u podstaw kryptowalut, zachodzą rewolucyjne prodemokratyczne zmiany gospodarcze i społeczne. A jednak za każdym razem, gdy rozmawiam z ekonomistami, słyszę to samo: prawa ekonomii się nie zmieniają, chociaż internet to rewolucja, to odbywa się ona w ramach kapitalizmu.
Bo współczesna ekonomia to bankrut, ślepiec, który nie dostrzega, że narzędzia i pojęcia, które wytwarza, są już nieprzydatne do opisu świata. Powiem panu, z czego to wynika: ze ślepego naśladownictwa fizyki newtonowskiej. Gdy ekonomia klasyczna rodziła się w XVIII w. i XIX w., badacze chcieli być jak Newton i wszyscy dostrzegali w swoich dziedzinach odbicie praw, które on sformułował. Ekonomiści nie byli tu wyjątkiem. Adam Smith sądził, że w gospodarce dla każdej akcji jest równa reakcja, jak głosi trzecia zasada dynamiki. W ten imitujący fizykę sposób powstało prawo podaży i popytu. Z kolei Francuz Jean-Baptiste Say przekonywał, że podaż stymuluje popyt, który stymuluje podaż, która znów stymuluje popyt, i tak w nieskończoność – chyba że zadziała zewnętrzna siła. To znów echo Newtona i drugiej zasady dynamiki. Problem z takim podejściem polega na tym, że nie opisuje ono gospodarki w sposób właściwy.
Bo ekonomia to nie fizyka?
Bo ekonomia to nie fizyka newtonowska. Wszechświatem, także zdarzeniami na Ziemi, rządzą inne ogólne reguły, o których ekonomiści nic a nic nie wiedzą. A które znane są inżynierom, biologom czy architektom, bo oni na studiach muszą zakosztować nowoczesnej teorii fizycznej. Mowa o pierwszej i drugiej zasadzie termodynamiki.
Cóż termodynamika ma wspólnego z ekonomią?
Niektórym zrozumienie tego zajmuje nawet 40 lat. Pierwsza zasada głosi, że od Wielkiego Wybuchu suma energii we wszechświecie ani nie rośnie, ani nie maleje. Druga że kierunek „ruchu” energii jest jeden: porusza się ona od koncentracji do rozproszenia, od gorąca do zimna, z uporządkowania w stronę chaosu. To zasada entropii. Co robi człowiek od swojego zarania? Używa i przekształca na różne sposoby energię natury. Z rzeczy prostych tworzy złożone. Każde działanie to wyrywanie tej energii naturze, czy używamy właśnie smartfona, czy fedrujemy w kopalni. Sama konwersja energii z jednego etapu na kolejne, bardziej zaawansowane, także wymaga energii. W związku z tym każde nasze działanie wiąże się z jakąś energetyczną stratą. Energia, którą „marnujemy”, by coś wytworzyć, nie ginie, lecz raz na zawsze – zgodnie z prawem entropii – ucieka człowiekowi. Ekonomiści zawsze się dziwili, że wydajność produkcji w gospodarce to w zależności od miejsca na Ziemi od 14 proc. (USA) do 20 proc. (Japonia). Tracimy więc ponad 80 proc. energii, a w przeszłości bywało jeszcze gorzej, bo traciliśmy jej nawet ponad 90 proc. Marnotrawstwo to właśnie największa wada zcentralizowanej, zintegrowanej pionowo gospodarki opartej na dużych koncernach oraz podziale na producentów i konsumentów. Ten system się wyczerpał, energii zaczyna brakować. Proste reformy finansów publicznych czy prawa pracy nie sprawią, że PKB globu będzie wciąż rosnąć. Potrzeba reform znacznie bardziej fundamentalnych, tzn. położenia infrastruktury pod gospodarkę współdzielenia.
Brzmi to wszystko bardzo ezoterycznie.
Owszem, do moich teorii można mieć zastrzeżenia i można kwestionować sposób, w jaki opisuję zmiany w gospodarce. Nie zmieni to jednak faktu, że te zmiany są czymś rzeczywistym, dziejącym się tu i teraz, na co są tysiące dowodów.
A więc poproszę o kilka.
W Europie, głównie w Niemczech, w północnej Francji, Danii czy Holandii, już od lat trwa budowa tej infrastruktury – z naciskiem na sektor energetyczny. Sam doradzam w tych kwestiach kanclerz Angeli Merkel. Już teraz 10 proc. populacji Francji może stać się z dnia na dzień prosumentami. W świecie, który nadchodzi, nie ma transakcji starego typu, jest nieustanny przepływ usług i zarządzanie nimi. Chiny również postanowiły podążać tą ścieżką i niedawno zainwestowały 82 mld dol. w budowę inteligentnej infrastruktury energetycznej. Nowa infrastruktura musi umożliwiać prosumentom dołączenie do sieci, odsprzedaż czy skup energii od innych i optymalne zarządzanie jej przepływami. To zresztą jest miejsce dla firm energetycznych. Największe z nich już rozumieją, że paliwa kopalne nie będą w przyszłości dawać zysków, bo kto inny i inaczej będzie wytwarzać energię. Kto? My. Jak? Z czystych źródeł. Kiedyś 1 wat energii słonecznej kosztował 80 dol., teraz kosztuje 17 centów. Powszechność takiej energii jest o krok. Dlatego właśnie firmy energetyczne opracowują specjalistyczne oprogramowanie, które pozwoli im przejść ze świata drugiej rewolucji przemysłowej do trzeciej. Oczywiście wciąż produkują energię, wciąż tradycyjnie ją dystrybuują, ale równolegle budują alternatywę. A teraz przykład z innej branży. Zna pan IBM? Nie wiedzieć czemu wciąż kojarzy się tę firmę z komputerami, choć już w latach 90. zmieniła swój model biznesowy na zarządzanie informacją. I wyprzedziła rynek o kilka lat. Obecnie każda licząca się firma na świecie ma prezesa ds. informacji – IBM świetnie na tym zarabia.
Jak rewolucja technologiczna odbija się na statystycznym Kowalskim? Z jednej strony wiele głosów zachwytu: że dzięki nowym wynalazkom dostęp do kapitału stanie się łatwiejszy, także do wiedzy czy chociażby do nowych metod leczenia. Z drugiej strony sporo ekspertów – w tym pan – zauważa negatywną stronę zmian: automatyzację i zmniejszanie się liczby miejsc pracy.
Jeśli świat pozostanie ślepy na potrzebę dostosowania się do nieuniknionych zmian, to bezrobocie pozostanie problemem. Jeśli postanowi zareagować – problemu nie będzie. Do 2050 r. możemy wręcz obserwować wzrost netto zatrudnienia. Ktoś przecież musi tę infrastrukturę zaprojektować i wybudować. I z całym szacunkiem dla wizji futurologów nie będą to roboty. Kto wymieni drzwi i okna na energooszczędne? Kto zainstaluje baterie słoneczne? Kto położy przewody łączące prosumentów? Kto dostosuje drogi do nowoczesnego transportu? Kto wyprodukuje i zainstaluje stacje ładowania pojazdów energią elektryczną? Przed nami, ludźmi, ogrom pracy. Mamy badania pokazujące, że dzięki temu w realistycznym scenariuszu w samej tylko UE możemy mieć w ciągu najbliższych dwóch czy trzech dekad o 5–10 mln miejsc pracy netto więcej, i to biorąc poprawkę na te wszystkie miejsca pracy „zniszczone” przez nowe technologie. To oznacza, że bezrobocie będzie wynosić średnio ok. 6 proc. To poziom, z jakim polityka społeczna z powodzeniem może sobie poradzić.
A co gdy już infrastruktura powstanie? Można zakładać, że w 2050 r. roboty i maszyny będą tak zaawansowane, że kiedy skończą się infrastrukturalne „prace publiczne”, bezrobocie znów może wzrosnąć.
Niektórzy uważają, że odpowiedzią na to pytanie jest dochód gwarantowany. Maszyny będą pracować, a my będziemy się rozkoszować życiem, co miesiąc pobierając konkretną kwotę. To nonsens. Gospodarka współdzielenia oznacza, że w dużej części produkty potrzebne do życia wytwarzamy nie w ramach klasycznej pracy zarobkowej, ale w ramach współpracy z innymi. To właśnie błogosławieństwo wynikające z faktu, że koszty marginalne spadną niemal do zera. Inną sprawą jest, że wiele z zawodów nigdy nie zostanie zastąpionych przez maszyny. Robot może przynieść dwulatkowi jedzenie, ale nie może pokazać mu, jak być człowiekiem. Zawody wymagające miękkich i niedefiniowalnych na cyfrowy język cech przetrwają. Największą jednak zmianą w strukturze zatrudnienia, i to zmianą, którą już teraz obserwujemy, będzie wzrost znaczenia sektora non profit. Już teraz w USA w tym sektorze pracuje 10 mln ludzi, a w Europie Zachodniej 14 mln. Ten trend będzie postępował.
A co z pojęciem pieniądza w tym nowym wspaniałym świecie?
Pieniądz i wymiana pieniężna nie zanikną, a po prostu przeniosą się w cyfrowy świat. Coś jak bitcoin, który teraz jest marginesem, stanie się głównym środkiem wymiany. Naukowcy, np. na MIT, pracują nad dostosowaniem technologii nowego pieniądza do przyśpieszonej zautomatyzowanej i ciągłej wymiany, jaka będzie cechą gospodarki przyszłości. Wracając do miejsc pracy – chciałbym dodać, że nie można teraz na 30 lat naprzód wytypować, które konkretnie znikną czy jakie nowe się pojawią. Dam przykład. W związku z rozwojem internetu transportowego i pojawieniem się samosterujących pojazdów można by oczekiwać, że zniknie zawód kierowcy zawodowego. Po co taki, skoro ciężarówka sama pokona dystans od punktu A do punktu B, prawda? Tymczasem moja ostatnia wizyta w siedzibie firmy Dailmer przekonała mnie, że istnieje jeszcze trzecie rozwiązanie. Szefostwo firmy zebrało gości, naukowców i dziennikarzy z całego świata w dużej sali. W pewnym momencie szef Daimlera oświadczył, że 300 tys. ciężarówek tej firmy w tajemnicy wyposażono w specjalne czujniki wychwytujące takie parametry, jak prędkość, pogoda, długość trasy itd., i że te auta już od lat jeżdżą po drogach. W pewnym momencie włączono transmisję live z helikoptera, który leciał nad trzema ciężarówkami. Zrobiono zbliżenie z kamery na samochody i nawiązano bezpośrednią łączność z kierowcami. Dostali polecenie, by zdjąć nogę z pedałów gazu i nie trzymać kierownic. Zrobili to, a auta nadal płynnie jechały. W pewnym momencie zbliżyły się do siebie na niewielką odległość i jadąc w równych odstępach, przypominały pociąg towarowy. A jednak kierowcy byli potrzebni, bo choć nie wykonywali fizycznie żadnych czynności, analizowali napływające do komputera pokładowego dane i to do nich należały ostateczne decyzje, np. w kwestii zmiany trasy. W razie awarii to oni naprawialiby auto. Kierowcy zamienili się więc w analityków danych i mechaników.
Czyli światu nie grozi masowe bezrobocie?
Jeśli pójdzie właściwą ścieżką, to bezrobocie w takim sensie jak obecnie, że „bez pracy nie ma kołaczy”, nam nie grozi.
A pójdzie?
Jestem optymistą, ale bardzo umiarkowanym. Przed nami wiele wyzwań. Nie można położyć infrastruktury pod nową gospodarkę częściowo. To zadanie totalne, więc wymaga oddania sprawie ze strony rządów światowych. Przemyślenia wymagają także regulacje i prawo, które są dostosowane do warunków świata drugiej rewolucji przemysłowej, który jest scentralizowany, oparty na twardo pojmowanej własności, także intelektualnej, do świata, w którym dominują zamknięte systemy i efekty skali. Świat gospodarki współdzielenia to świat setek milionów prosumentów wymieniających się w czasie rzeczywistym wartościami: informacją, energią, produktami, usługami, w którym firmy komercyjne pomagają im tę wymianę koordynować, a państwo dba o to, by w ogóle była ona możliwa. Trzeci problem, najpoważniejszy, to zmiany klimatu. Myślę, że chociaż ludzkość jest na etapie zaakceptowania faktu, że te zmiany są przez nią powodowane, to wciąż nie zdaje sobie sprawy z ich możliwych katastrofalnych skutków. Zmiany klimatu wpływają na ziemski cykl hydrologiczny, który determinuje częstotliwość występowania susz, powodzi czy huraganów. Swoją drogą, czy wie pan, że badania wskazują, iż jeszcze za życia pańskiego i pańskich dzieci może wyginąć aż do 70 proc. wszystkich gatunków zwierząt? Jeśli nie złagodzimy skutków zmian klimatu, cała infrastruktura, którą położymy, wszystko, co pod kątem nowej gospodarki zmodernizujemy, może zostać zniszczone w mgnieniu oka.
W wyniku postępu i konkurencji koszty krańcowe w wielu branżach spadają niemal do zera. Skąd w takiej sytuacji czerpać zyski, skoro trzeba sprzedawać po cenie niemal równej kosztom produkcji, co nie zostawia miejsca na marże? Źródło zysków w kapitalizmie wysycha