Polski rynek franczyzy czas boomu ma już za sobą. Nowym graczom coraz trudniej na nim zaistnieć. Świadczy o tym rosnąca liczba porażek wśród sieci.
Reklama
Choć na polskim rynku franczyzy wciąż debiutują nowe sieci, którym marzy się sukces na miarę McDonalda i Subwaya, to z roku na rok takich śmiałków jest coraz mniej. Od 2011 r. tylko raz zdarzyło się, że ich liczba rok do roku wzrosła. Miało to miejsce w 2014 r., kiedy swoich sił postanowiły spróbować 143 firmy, czyli o 41 więcej niż rok wcześniej. Jednak w 2015 r. liczba debiutantów ponownie była mniejsza niż przed rokiem – wynika z danych opracowanych dla DGP przez Profit System.
Jednocześnie od trzech lat sukcesywnie przybywa sieci, które poniosły porażkę, a więc zdecydowały się wycofać z rozwoju i sprzedały swoją licencję. W ubiegłym roku było ich już 69, czyli o 53 proc. więcej niż pięć lat temu. Na każdą taką firmę przypada już tylko dwóch debiutantów. Powodem jest dojrzałość rynku franczyzy. W naszym kraju działa już ponad 1,1 tys. sieci. To o 46 proc. więcej niż pięć lat temu i ponad trzy razy więcej niż przed dekadą. Nie wszystkie są aktywne, ale z taką liczbą konceptów franczyzowych polski rynek dołączył do rozwiniętych pod tym względem rynków Europy Zachodniej. Pod względem oferty franczyzowej zrównaliśmy się z Niemcami, Włochami i Wielką Brytanią.
Tymczasem szybki wzrost jest domeną rynków wschodzących. Stąd spowolnienie. Sieci mają coraz większe trudności nie tylko z osiągnięciem upragnionego celu w postaci kilku, kilkunastu czy kilkudziesięciu placówek na licencji w skali roku, ale wręcz z przetrwaniem na rynku. Jak podsumował w jednym z raportów Michał Wiśniewski, dyrektor działu doradztwa we franczyzie Profit System, na rynku nie ma miejsca na franczyzy przygotowane na pół gwizdka. Wypunktowanie słabych stron przez rynek, który wszedł już w etap samooczyszczenia, jest kwestią czasu. W dłuższej perspektywie przetrwają tylko najsilniejsi gracze, dysponujący kosztami dobrze dopasowanymi do zysków osiąganych z projektu, budzący zaufanie inwestorów. Franczyzobiorcy stali się bardziej świadomi swoich wyborów i potrafią zweryfikować dobrą ofertę.
– Sieci konkurują o kandydatów nie tylko w ramach branż, w których działają. Konkurują przede wszystkim o kandydata z określonym kapitałem, który mając do zainwestowania np. 200 tys. zł, może zostać franczyzobiorcą zarówno marki odzieżowej, jak i gastronomicznej – komentuje Marcin Kaleta z Profit System. Coraz trudniej też zaproponować coś oryginalnego, co przyciągnie inwestorów i klientów, co przekłada się na skalę debiutów. Wejście na rynek utrudnia to, że na rozwoju poprzez odsprzedaż know-how skupiają się znane od lat marki. Naturalne jest, że inwestorzy w pierwszej kolejności zaufają właśnie im. Przykładem może być Carrefour, obecny we franczyzie od 10 lat, który dopiero w ostatnich latach postanowił mocniej koncentrować się na rozwoju sklepów licencyjnych. W pierwszym półroczu uruchomił ich już 50, a w drugiej połowie roku nie zamierza zwalniać tempa. W efekcie tylko pod marką Carrefour Express Convenience ma już 150 placówek. A otwiera jeszcze licencyjne sklepy pod logo Express Minimarket oraz Globi. Mocno rozpychającymi się graczami są też Żabka i Intermarché.
W efekcie w ostatnim roku w branży spożywczej przybyły tylko trzy nowe sieci, a w 2014 r. – pięć. Wcześniej wchodziło ich na rynek po kilkanaście w skali roku. Podobna sytuacja ma miejsce w branży związanej z urodą i fitnessem, w której w ubiegłym roku przybył jeden gracz, podczas gdy w poprzednich debiutowało ich nawet ośmiu rocznie. Można też wskazać branże, w których wybór sieci się kurczy. Ma to miejsce w edukacji, AGD/RTV i turystyce, w której w ubiegłym roku ubyło trzech graczy. W tym ostatnim sektorze problem wynika z trudności, które przeżywa rynek z powodu zamachów, kryzysu migracyjnego i wahań kursów walut. W przypadku AGD/RTV z kolei na tradycyjnie działające sieci wyniszczająco zadziałała walka z handlem online, który odbierał klientów, działając na minimalnych marżach.
Sieci różnie tłumaczą wycofanie się z rynku. Jedne przyznają, że ich pomysł nie znalazł zainteresowania wśród inwestorów, inne, że koszty jego wdrożenia były za wysokie dla przedsiębiorców. Z kolei w AutoSpa, które wygasiło sieć w 2014 r., usłyszeliśmy, że powody tkwią też po stronie franczyzobiorców. – Wielu nie rozumiało istoty prowadzenia własnego biznesu w ramach sieci, przez co nie angażowało się w działalność – komentuje jeden z pracowników spółki.
– Wypadanie sieci zmniejsza konkurencję, co sprawia, że detaliści mają większą siłę negocjacyjną względem dostawców. Przekłada się to też na stosowanie przez nich większych marż, co znajduje odbicie w cenach. Tracą i producenci, i klienci – słyszymy w CECED, stowarzyszeniu zrzeszającym producentów AGD.
Ostatnie lata udowodniły też, że franczyza nie zawsze bywa bezpiecznym parasolem, pod którym można się schronić w razie spowolnienia. Sieć nie zawsze okazuje się tak sprawdzonym konceptem. Może zbankrutować, tak jak samodzielnie działające przedsiębiorstwo. Przykładem może być upadłość w 2002 r. firmy Semax z branży odzieżowej, Agencji Finansowej Grosik w 2005 r., spółki Polskie Jadło, która zbankrutowała w 2012 r., czy Mix Electronics, o której z tego powodu było głośno rok później. Ta ostatnia miała 140 sklepów, co potwierdza, że noga powinąć się może na tym rynku każdemu. Ostatnio spektakularnych plajt nie było, ale na kłopoty skarżyli się franczyzobiorcy Meritum Banku, a widmo bankructwa zawisło nad drogerią Natura i siecią sklepów A Propos.
– Z naszych doświadczeń wynika, że upadłości we franczyzie zdarzają się rzadziej niż wśród samodzielnie działających przedsiębiorstw. A to, iż firma kończy rozwój przez franczyzę, nie jest jednoznaczne z jej bankructwem, a może wynikać ze zmiany strategii. Są firmy, które zrezygnowały z tego modelu i mają się dobrze. Takim przykładem są banki – w ciągu ostatnich lat kilka zrezygnowało z franczyzy, inne zostały przejęte. Alior przejął Meritum, a teraz przejmuje BPH i tym sposobem z rynku znikają dwa systemy franczyzowe – komentuje Marcin Kaleta.
Na kłopoty rynku franczyzy wpływają też niepochlebne opinie, jakie pojawiają się od lat na forach. Wielu przedsiębiorców nie pozostawia suchej nitki na niektórych sieciach i odradza wchodzenie do sieci. „Zamiast pięknie zarabiać, jak to opisują w swoich prospektach, człowiek już po niecałym roku współpracy może pozostać z niczym, a tak naprawdę z ogromnymi długami” – to cytat z forum prowadzonego przez Franchising.pl. – Franczyza nie podlega w Polsce żadnym uregulowaniom, w przeciwieństwie do Zachodu, gdzie ustalono klauzule abuzywne. U nas współpraca jest na takich warunkach, jakie uda się wynegocjować franczyzobiorcy. Dlatego często wygląda jak niewolnictwo – komentuje Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.
Te czynniki sprawiają, że inwestorów gotowych wydać oszczędności życia na biznes pod cudzym logo nie przybywa już tak szybko jak kiedyś. Widać to zwłaszcza w handlu, gdzie w ostatnich dwóch latach liczba punktów franczyzowych rosła o 1–2 tys. rocznie, podczas gdy wcześniej bywało nawet 7 tys. Można już wskazać sektory, w których placówek na licencji zaczęło ubywać – odzieżowy i obuwniczy, artykuły dla dzieci, sportowe, AGD/RTV, uroda i apteki. W przypadku wielu kategorii trend jest widoczny od dwóch lat.
Ożywienia nie przynoszą ustępstwa, na jakie decydują się sieci wobec nowych inwestorów. Około połowy z funkcjonujących franczyzodawców nie pobiera opłat za odsprzedaż know-how, wiele zawiesza na kilka miesięcy opłaty za działanie w ramach konceptu czy oferuje towar w komis. Przykładem sieci, która dostarcza franczyzobiorcy maszyny, środki chemiczne oraz inne akcesoria wykorzystywane w pracy, jest Ziebart Polska. – Zwalniamy partnera z ryzyka związanego z inwestycją. Bierzemy na siebie koszty wyposażenia placówki i realizacji usług. W naszej gestii leżą też rekrutacja pracowników, ich wyszkolenie i wynagradzanie za pracę – mówi prezes Bartosz Liszkowski. W takim układzie sieć i partner dzielą się zyskami po połowie.
Z kolei w Stopiątce i Red Hot Chicken, choć koszt inwestycji sięga 140 tys. zł, wystarczy, że przyszły partner biznesowy dysponuje połową tej kwoty. Na pozostałą część firma Mastergrupa (właściciel obu sieci) udziela pożyczki. Kredyt jest nieoprocentowany, ponieważ pochodzi z budżetu firmy. Partner zwraca pieniądze dopiero wtedy, gdy biznes zaczyna osiągać zysk. Zazwyczaj następuje to po roku od otwarcia. Zwrot może być w ratach lub w całości, w zależności od indywidualnych ustaleń.
To sprawia, że przyszłym inwestorom łatwiej jest wejść na ten rynek. Dzięki takim praktykom spada także średnia kwota netto, jaką inwestują franczyzobiorcy. W 2015 r. wynosiła 787 tys. zł, a w 2014 r. – 796 tys. zł.
Przybywa też sieci, które oczekują inwestycji na poziomie poniżej 100 tys. zł. W 2015 r. było już 568 takich firm. Dla porównania w 2010 r. – niemal o połowę mniej. Popularną metodą obniżania kosztów dla przyszłych partnerów okazało się skierowanie franczyzy do mniejszych miast. Na taką politykę rozwoju zdecydowała się ostatnio sieć Komfort, która ma już 107 sklepów – 81 własnych i 26 franczyzowych. Firma planuje otworzyć sklepy m.in. w Dębicy, Jaśle, Ostrowcu Świętokrzyskim, Jastrzębiu-Zdroju czy Puławach.
– Obranie kierunku wymusiło zmianę warunków współpracy. Wymagamy od franczyzobiorców nakładów na poziomie 50 tys. zł netto, a nie jak wcześniej 120 tys. zł i więcej – komentuje Michał Stemplewski z sieci Komfort.
Takiej polityki trzymają się Solar, DDD Dobre dla Domu czy Mexmo, marka kosmetyków kolorowych, która obrała za cel miasta od 20 tys. do 50 tys. mieszkańców. To akurat pozytywne następstwo nasycenia rynku. Ten model biznesu stał się dostępny nie tylko dla przedsiębiorców z dużych aglomeracji.
– Wymaga on jednak więcej wysiłku od sieci. Rynek mniejszych miast jest z reguły mniej chłonny, mieszkańcy dysponują mniejszą siłą nabywczą. Łatwiej tam o porażkę – zauważa Michał Stemplewski. Takie lokalizacje są niedoceniane przez wiele sieci. Jest zatem luka do wypełnienia.
Na naszym rynku nadal będzie zachodzić selekcja nietrafionych biznesów, ale można oczekiwać napływu nowych pomysłów. W Europie są kraje takie jak Francja, gdzie funkcjonuje około 2 tys. sieci franczyzowych. Nad Wisłą zaś nie ma wciąż wielu znanych marek. Należy też oczekiwać, że pod względem franczyzy bardziej niż sektor handlowy będą się rozwijać usługi, upodabniając nas tym samym do rozwiniętych rynków zachodnich, gdzie właśnie one przeważają. W Polsce branży usługowej udało się wyjść na prowadzenie w 2015 r. Działa w niej 549 konceptów, o cztery więcej niż w handlu. ©?
Rynek mniejszych miast jest z reguły mniej chłonny, mieszkańcy dysponują mniejszą siłą nabywczą. Łatwiej tam o porażkę