Innowacja stała się magicznym słowem, które niczym klucz otwiera drzwi do unijnego skarbca. Dziś każde wystąpienie musi zawierać ten termin. Bez niego się nie liczy. Wrzucam słowo „innowacja” do wyszukiwarki w swojej skrzynce pocztowej. Dostaję codziennie dziesiątki e-maili z różnych stron – od firm, PR-owców, czytelników etc. Na 8 tys. wiadomości, jakie do mnie spłynęły od początku 2015 roku, ponad 2 tys. zawiera słowo „innowacja”, odmieniane przez wszystkie przypadki. Sporo.
I bynajmniej nie są to jedynie informacje o sukcesach polskich start-upów, przełomowych patentach czy konferencjach na temat konkurencyjności polskiej gospodarki albo liderach eksportu. Te stanowią niecałą połowę. Większa część korespondencji to notki na temat firm, produktów i usług, których innowacyjnymi nazwać bym nigdy nie śmiała. Przykładowo, czy wielki browar, który chwali się radlerem o smaku jabłko-gruszka, nie przesadza, gdy pisze o „innowacyjnym dla tego segmentu opakowaniu typu PET”, co – jak twierdzi koncern – „zapewni konsumentom wygodę konsumpcji przy różnych okazjach”? Czy producent karmy dla psów, który hasłem „innowacje żywieniowe” reklamuje swój produkt, zna znaczenie tego terminu? Gdy czytam, jak przekonuje ze śmiertelną powagą, że owe „innowacje” mają pupilom pomóc „wykorzystać w pełni ich potencjał genetyczny i osiągnąć wyjątkową długowieczność”, nabieram wątpliwości. Jest jeszcze e-mail o innowacjach w medycynie estetycznej – „efekt botoksu bez zastosowania botoksu” – reklamuje nadawca. Wszystkie te przykłady to dowód na marketingową siłę terminu „innowacja”. Jeszcze parę lat temu takie określenie stosowano w odniesieniu do przełomowych produktów lub usług. Innowacja oznaczała duży krok naprzód, ważną zmianę. Nie nadużywano tego terminu w obawie przed jego wypaczeniem i dewaluacją. Innowacją były na przykład mysz komputerowa, drukarka 3D czy aparat cyfrowy.
Dziś innowacyjne może być niemal wszystko. Drobna zmiana parametrów, a nawet zmiana koloru urządzenia uprawnia do korzystania ze splendorów „innowacyjności”. To słowo stało się jednym z najważniejszych i najczęściej nadużywanych haseł współczesności.
Reklama
„Ja tego nie rozumiem, ale nauczyłem się używać odpowiednich słów kluczowych w odpowiednich polach wniosków o dofinansowanie tak, żeby recenzenci oceniali wysoko...” – pisze bez ogródek jeden z ekspertów od wypełniania wniosków o dofinansowanie unijne na temat innowacji. Cytuje definicję innowacyjności, jaką lansuje PARP w instrukcji wypełniania wniosku w ramach jednego z działań programu Innowacyjna Gospodarka. PARP tłumaczy tam, że chodzi o nowe towary, usługi albo ich ulepszenie. „Ulepszenie może dotyczyć charakterystyk technicznych, komponentów, materiałów, wbudowanego oprogramowania, bardziej przyjaznej obsługi przez użytkownika oraz innych cech funkcjonalnych” – cytuje wspominany ekspert pismo agencji. PARP przekonuje w nim też, że „innowacyjność nie ma charakteru obiektywnego, lecz relatywny, w odniesieniu do konkretnego przedsiębiorstwa”. A to oznacza, że pod innowację podciągnąć dziś można w praktyce niemal wszystko. Wystarczy się trochę nagimnastykować.
– Nie możesz starać się o środki, przedstawiając dobre, kreatywne rozwiązanie, tylko na siłę musisz udowadniać, że jest ono innowacyjne. To bez sensu, bo miarą sukcesu danego projektu powinna być nie jego innowacyjność, ale skuteczność – przyznaje Bartosz Mioduszewski, prezes Polskiej Fundacji Komunikacji. Bez wątpienia to właśnie unijne pieniądze sztucznie napędziły karierę słowa „innowacja”.

Reklama
Od 2004 roku jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać u nas inicjatywy, firmy i przedsięwzięcia, które z innowacją na ustach szły walczyć po pieniądze z Brukseli. Z sukcesem. Tak przynajmniej wynika z liczby zer na kontach „innowacyjnych” instytucji oraz przedsiębiorców. W latach 2007–2013 w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka Polska otrzymała 10,2 mld euro, czyli ponad 40 mld zł na wsparcie innowacyjności. Szkoda tylko, że wiele z tych przełomowych firm – beneficjentów wspomnianych środków – padło chwilę po tym, jak ustał dopływ unijnych pieniędzy. O sukcesie na skalę międzynarodową nie mogło być mowy. Nie tylko w kontekście pojedynczych przypadków – choć pamiętam szumne zapowiedzi, że czekamy na polskiego Google’a – ale też pozycji naszego kraju na innowacyjnej scenie międzynarodowej. Choć Polska plasuje się w czołówce państw, które otrzymują najwięcej pieniędzy z budżetu Unii Europejskiej, to pod względem innowacyjności nadal jest w europejskim ogonie.
– Jeżeli sięgniemy do prowadzonych od kilkunastu lat badań innowacyjności w Unii Europejskiej, to Polska w statystykach wypada blado – wśród 28 krajów członkowskich zajmujemy 5. od końca miejsce, wyprzedzając jedynie Rumunię, Bułgarię, Łotwę i Litwę. Co ciekawe, Estonia – w powszechnej opinii lider innowacyjności w obszarze cyfrowym – w unijnym rankingu jest wprawdzie 11. miejsc przed Polską, ale nadal poniżej unijnej średniej – zauważa Krzysztof Kowalczyk, partner funduszu venture capital HardGamma Ventures.
Czy nowa perspektywa, szumnie zapowiadane plany wspierania innowacyjności i kolejne unijne miliardy to zmienią? Dotychczasowe doświadczenia nie napawają optymizmem. Na lata 2014–2020 Bruksela przekaże nam aż 100 mld zł. – Wywalczyliśmy więcej pieniędzy niż ktokolwiek z Europy i więcej, niż mieliśmy poprzednio – chwalił się swojego czasu Donald Tusk i zapewniał, że te pieniądze mają pozwolić nam na „cywilizacyjny skok”.
Jak dotąd napływ środków unijnych do polskiej gospodarki, zamiast wspierać ową mityczną innowacyjność, wręcz ją obniżał. I było to zjawisko charakterystyczne tylko dla Polski. Ten efekt nie występował w innych krajach beneficjentach środków unijnych. Wniosek? Polskie mechanizmy dystrybucji środków zawiodły. Zawiodły też systemy weryfikacji. Pieniądze zamiast wspierać innowacje, poszły na aquaparki czy „zimne termy”.
– Skoro państwa subsydiują innowacje, to nie może dziwić, że chętni na dofinansowanie stają na głowie, żeby wywołać wrażenie innowacyjności – zauważa Maciej Sadowski, prezes fundacji StartUp Hub Poland. – Dlatego tak jest umiejętność weryfikacji tego, co jest innowacją, a co się do niej jedynie upodabnia lifestyle’em czy frazeologią. Jeśli to słowo ulegnie dewaluacji, rozwodnieniu, poprawimy sobie jedynie samopoczucie, a nie sytuację gospodarczą czy naukową – dodaje.
Problem dostrzegają politycy, którzy z innowacji ostatnimi czasy zrobili sobie hasło przewodnie.
– Jeżeli byśmy tyle zrobili w innowacyjności, ile opowiadaliśmy przez ostatnie osiem lat, to na pewno bylibyśmy w czołówce – wyrzucał Mateusz Morawiecki, wicepremier i minister rozwoju, z mównicy sejmowej w czasie sądnego dnia PiS-owskiego audytu rządów PO-PSL. I ma rację. Kolejne kuriozalne przykłady wydawania pieniędzy z UE, m.in. na „horoskopy dla psów”, „wirtualne cmentarze”, „9 km słupów w szczerym polu” lub „innowacyjne pudełko do butów”, tylko utwierdzały w przekonaniu, że unijne środki, zamiast wspierać innowacje, zostały zmarnotrawione. Morawiecki słusznie krytykował poprzedników, ale też sam dołączył do grona hojnych promotorów innowacyjności. Czas pokaże, jakie będą efekty jego programu.
Problem widzą też językoznawcy. Profesor Jerzy Bralczyk w czasie wykładu na temat innowacyjności przestrzegał przed zmianą znaczenia tego słowa. Zaznaczał, że w historii sporo już było podobnych pojęć, które trafiały na transparenty, choć nie bardzo było wiadomo, co one miały oznaczać. Tak było ze słowami „równość”, „postęp”, „pokój” czy „sprawiedliwość”. – Wartości dosyć łatwo stają się słowami kluczami, a nawet – co gorsza – słowami wytrychami – tłumaczył Bralczyk. – Odrywają się od cech, które możemy zidentyfikować, i stają się pustymi hasłami – przekonywał. Czy ten sam los czeka innowacje?
Definicji tego słowa jest wiele. Najogólniej rzecz ujmując, to po prostu skuteczne wdrożenie do rzeczywistości gospodarczej jakiejś nowości. Korzeniami słowo sięga łacińskiego „innovare” i oznacza „zrobienie czegoś nowego”.
Na grunt ekonomii termin ten wprowadził Joseph Schumpeter, austriacki ekonomista, który już w pierwszej połowie XX wieku przekonywał, że innowacyjność to jedna z najważniejszych cech przedsiębiorstwa, chcącego utrzymać wysoką pozycje na rynku. Innowacja według niego oznacza wprowadzenie do praktyki nowego rozwiązania. Schumpeter wymieniał – jako innowację – zarówno wprowadzenie nowego produktu, nowatorskiej metody produkcji, stworzenie nowego rynku, jak i wykorzystanie nowych źródeł albo nowej struktury organizacji jakiegoś przemysłu. Zastrzegał przy tym, że wynalazek to nie to samo, co innowacja.
– Może to być zarówno fizyczny produkt, jak i proces biznesowy. W odróżnieniu od wynalazczości, gdzie powstaje ów produkt lub proces, kluczowe w innowacyjności jest samo wprowadzenie wynalazku z sukcesem, definiowanym jako zmiana zachowań konsumentów czy organizacji jakiegoś segmentu rynku. Dobrym przykładem może być tu iPhone, którego wprowadzenie (bazując na znanych uprzednio technologiach) spowodowało skokową zmianę w sposobie korzystania z telefonów komórkowych i doprowadziło do stworzenia ekosystemu aplikacji mobilnych – tłumaczy Kowalczyk. Tyle teoria.
Praktycy wskazują, że innowacją są wszystkie zmiany, które prowadzą do poprawy funkcjonowania przedsiębiorstwa. Nie zawsze sam produkt jest istotą innowacji, często zawiera on cechę lub rozwiązanie, które czyni go konkurencyjnym na rynku. – Często o innowacjach mówimy, mając na myśli pierwszy lot w kosmos czy pierwsze lądowanie na Księżycu, wymyślenie internetu, przełomowe wynalazki, takie, które pobudziły całą gospodarkę czy całe państwa. Tymczasem za innowacyjnością kryją się malutkie kroczki i to są często naprawdę drobne zmiany, usprawnienia procesów sprzedażowych, logistycznych, produkcyjnych, finansowych. Wszystko to, co poprawia skuteczność przedsiębiorstwa – mówi Marek Szymański, prezes Franke Polska.
Nie brakuje zwolenników jak najszerszego pojmowania słowa „innowacja”. Zwłaszcza wśród mikro- i małych przedsiębiorców. Oni też chcą być innowacyjni. Przy czym tę innowacyjność rozumieją bardzo szeroko. Z sondażu PARP wynika, że aż 60 proc. mikropracodawców uznaje swoją działalność za innowacyjną. Oczywiście jest to ich subiektywna ocena. Dopytywani o szczegóły odpowiadali, że termin „innowacyjna firma” kojarzy im się z nowoczesnością, podążaniem z duchem czasu (23 proc.), nowymi technologiami (22,5 proc.), rozwojem i doskonaleniem przedsiębiorstwa (17 proc.), rzadziej z nowatorskimi usługami i rozwiązaniami (10 proc.).
Faktem jest, że małych firm nie stać na kosztowne technologie czy działy badawczo-rozwojowe. O innowacje łatwiej w dużych, dobrze dofinansowanych korporacjach niż skromnie sytuowanych przedsiębiorstwach rodzinnych. Nie chodzi tylko o wielkość samego budżetu na poszukiwanie nowych rozwiązań, ale także o umiejętność zarządzania ryzykiem związanym z działalnością innowacyjną, w tym zdolność do amortyzacji ewentualnych strat w wyniku porażki.
Małe firmy próbują przekonywać, że są innowacyjne na mniejszą skalę, bo usprawniają procesy zarządzania, dostosowują organizację firmy do aktualnej sytuacji rynkowej, poprawiają jakość swoich wyrobów, szukając dla siebie nowych nisz rynkowych.
W oficjalnych rankingach innowacyjności państw bierze się pod uwagę wiele wskaźników – m.in. liczbę doktorantów (w tym spoza UE), publikacji naukowych oraz wspólnych z biznesem, wydatki na badania i rozwój (zarówno w sektorze publicznym, jak i prywatnym), inwestycje venture capital, wzory użytkowe, liczbę firm innowacyjnych oraz wskaźniki dotyczące przychodów osiąganych w wyniku sprzedaży rozwiązań innowacyjnych (w tym eksport i przychody z licencji IP) czy liczbę patentów. Jeśli chodzi o te ostatnie, to choć pobiliśmy w zeszłym roku rekord (do Europejskiego Urzędu Patentowego – EPO – trafiło w 2015 roku 568 polskich wniosków patentowych), to polskim uczelniom i firmom ciągle daleko do wyników przodujących państw. Dla porównania – w ubiegłym roku USA złożyły ponad 42 tys. wniosków, Niemcy – prawie 25 tys., a Japonia – ponad 21 tys. Poza tym wiele z opatentowanych wynalazków w Polsce nigdy nie znalazło drogi na rynek, a wiele z nich opracowywanych jest w zupełnym oderwaniu od rynku i jego potrzeb, co w zasadzie z góry skazuje prawie wszystkie te rozwiązania na porażkę rynkową. Czy Polakom, którzy we wszelkich rankingach innowacyjności wypadają słabo, rzeczywiście brakuje kreatywności? Czy tego rodzaju rankingi pozwalają określić rzeczywisty stopień innowacyjności danego narodu?
– Polacy chętnie sięgają po nowe rozwiązania. Przypomnijmy sobie szybkość adopcji magnetowidów i anten satelitarnych w latach 80. mimo ogromnej bariery cenowej. Wydaje się, że szukają wszelkich możliwych sposobów pokonania przeszkód. Brakuje jednak kultury współpracy oraz dzielenia się wiedzą i doświadczeniami, brakuje silnej gospodarki cenionej jako eksporter innowacyjnych rozwiązań (jak np. kraje skandynawskie czy Niemcy) i gotowej zapłacić premię za nowe rozwiązania – tłumaczy Kolwaczyk. Dodaje jednak, że z każdym rokiem widzimy coraz więcej innowacji powstających w Polsce i wychodzących z niej.
Z innowacyjnością problem ma zresztą nie tylko Polska. O czym świadczą wyniki raportu Nielsena. Z najnowszego Breakthrough Innovation Report 2015 wynika, że aż 85 proc. produktów innowacyjnych to wręcz rynkowe niewypały. By zyskać miano zwycięzcy „przełomowej innowacji”, nowo wprowadzone produkty musiały spełnić trzy warunki: wprowadzić całkowicie nowy koncept (a nie jedynie udoskonalenie), wygenerować sprzedaż na poziomie co najmniej 10 mln euro lub funtów (zależnie od kraju) w pierwszym roku oraz utrzymać 90 proc. tej sprzedaży w drugim roku. Docenianych zostało jedynie 18 na 8650 nowych inicjatyw z branży FMCG. Reszta nie spełniła wymagań.
Polakom wciąż brakuje rozeznania w światowych trendach, co powoduje, że wielu pomysłodawców nawet nie wie, że ich propozycja została już wdrożona jako opłacalny biznes w innej części świata. – To bariera nawyków – myślimy. W Polsce tego nie ma, to po co sprawdzać za granicą? A może boimy się sprawdzać i liczymy, że inwestor też nie trafi na ślad odtwórczości. Dobry inwestor bada rynek w pierwszej kolejności – zaznacza Sadowski.
Jego zdaniem Polska traci też na tym, że na pewnym etapie wielu uczonych wybiera komercjalizację wyłącznie za granicą, przenosząc cenną własność intelektualną lub know-how do innego kraju. – Nam zostaje satysfakcja, że pomysł narodził się w Polsce, ale korzyści gospodarcze zapisują się na konto kraju przyjmującego – mówi Sadowski.
Na razie polskie branże innowacyjne wytwarzają ok. 2 proc. PKB, podczas gdy chociażby we Francji jest to 6 proc. Zachęcanie fiskalne, grantowe, regulacyjne rodzimych talentów i przyciąganie projektów z zewnątrz do wyboru Polski jest żywotnym interesem polskiej innowacyjności i główną barierą dzielącą Polskę od cywilizacyjnego skoku.